Dziennik Łódzki » Wiadomości » Nasi gimnazjaliści nie rozumieją, co czytają

Nasi gimnazjaliści nie rozumieją, co czytają

Data dodania: 2009-11-08 21:35:30 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2009-11-09 06:41:49

Dziennik Łódzki

Agnieszka Jasińska

PrześlijDrukuj
Mniejsza czcionka Większa czcionka
Nasi gimnazjaliści nie rozumieją, co czytają

Czytanie tekstu ze zrozumieniem to pięta achillesowa gimnazjalistów (© fot. Grzegorz Gałasiński)

Co piąty gimnazjalista potrafi przeczytać tekst, ale go nie rozumie, wynika z międzynarodowego badania kompetencji uczniów PISA. Badanie pokazało też, że gimnazjaliści nie umieją poprawnie pisać, opowiadać i posługiwać się przyswojoną wiedzą. W przyszłości mogą mieć spore kłopoty, np. ze zrozumieniem nawet instrukcji obsługi kupionej w sklepie pralki czy telewizora.

Aż 20 proc. gimnazjalistów to tzw. funkcjonalni analfabeci. Taki wniosek płynie z międzynarodowego badania kompetencji uczniów PISA. Co piąty gimnazjalista potrafi przeczytać tekst, ale go nie rozumie. Badanie pokazało także, że gimnazjaliści nie umieją poprawnie pisać, opowiadać i posługiwać się przyswojoną wiedzą. W przyszłości mogą mieć spore kłopoty, np. ze zrozumieniem nawet instrukcji obsługi kupionej w sklepie pralki czy telewizora.
∨ Czytaj dalej


- Z roku na rok jest coraz gorzej. Czytanie ze zrozumieniem to pięta achillesowa gimnazjalistów - mówi Janusz Brzozowski, wicedyrektor Gimnazjum nr 10 w Łodzi. - Wszystko przez to, że dzieci są wychowywane przez telewizję. Rodzice zamiast czytać maluchom bajki przed snem, włączają kreskówki. To nie nauczy dzieci logicznego myślenia ani nie rozwinie ich wyobraźni.

Według Brzozowskiego, winę za funkcjonalny analfabetyzm u gimnazjalistów ponoszą przede wszystkim rodzice.

- Dobry nauczyciel może zdziałać cuda, ale tylko we współpracy z rodzicami. Niestety, większość rodziców nie poświęca czasu swoim dzieciom i wysiłek pedagogów idzie na marne. A problemy z rozumieniem tekstu uczniowie mają już w szkole podstawowej. Dlatego część z nich do gimnazjum przychodzi już jako wtórni analfabeci - dodaje wicedyrektor.

Podobnego zdania jest Krzysztof Durnaś, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 35 w Łodzi. - Z roku na rok dzieci są coraz bardziej nadpobudliwe i nie potrafią się skupić. Przez to mają problemy ze zrozumieniem tekstów. Poza tym borykamy się z dysleksją. Na 61 pierwszaków aż 27 to dyslektycy - przyznaje Durnaś.

Międzynarodowe badania PISA odbyły się w Polsce w marcu. Dotyczyły oceny wiedzy i umiejętności uczniów. Zostały przeprowadzone w blisko czterystu szkołach: gimnazjach oraz szkołach ponadgimnazjalnych. Badania dotyczyły kompetencji czytania oraz kompetencji matematycznych i naukowych 15-latków. Wzięli w nich udział m.in. uczniowie Gimnazjum nr 2 w Łodzi. - Rozumienie tego, co się czyta, ważne jest nie tylko na języku polskim. Jestem matematyczką i staram się uczyć dzieci, że to podstawowa umiejętność, jaką trzeba nabyć - mówi Jolanta Kowalska, dyrektorka Gimnazjum nr 26.

Co roku Kowalska przeprowadza wśród pierwszaków trzyminutowy test. Staje przed klasą z zegarkiem w ręku i wprowadza nerwową atmosferę. Pierwsze polecenie: zanim zaczniesz cokolwiek pisać, przeczytaj test do końca. Wszystkie kolejne mają związek z równaniami matematycznymi, natomiast ostatnie brzmi: W lewym górnym rogu wpisz imię i nazwisko, nic innego nie musisz robić. Co roku zaledwie jeden, dwóch uczniów nie daje się nabrać.

Jolanta Kowalska podkreśla, że czytanie ze zrozumieniem przydaje się przez całe życie. - Kto nie nauczy się w szkole, potem nie zrozumie instrukcji obsługi, albo umowy, którą podpisuje - podkreśla dyrektorka.

Dodajesz jako: Gość

ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Zaloguj przez Facebook

Powrót do przeszłości. Rządowa wyprawka dla uczniow i nauczycieli

zgłoś 0 / 0

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

ATI (gość), 09.11.09, 16:32:00

Przewidywane reformy bowiem cofają nas nie o sto, ale o dwieście pięćdziesiąt lat. Rząd przedstawił kompleksowy pakiet, w którym znalazło się wszystko: począwszy od promocji prywatnego (czytaj: kościelnego) szkolnictwa poprzez degradację związków zawodowych, a skończywszy na drastycznym obniżeniu emerytur, powiększeniu pensum i – de facto – obniżeniu płac nauczycieli.

Przy systemie oświaty publicznej grzebali bodajże wszyscy polscy rządzący od 20 lat, zawsze z negatywnymi skutkami. Działo się tak dlatego, że rozumowano cały czas w duchu ekonomii wolnorynkowej. i Wwychodzono tym samym z założenia, że w tym kraju potrzebna jest tania i posłuszna siła robocza, a nie ludzie myślący. Już na samym początku polskiej transformacji pojawiły się słynne pomysły autorstwa prof. Stelmachowskiego, by państwowa szkoła uczyła „pisać, czytać i rachować do tysiąca". Tego ideału kolejnym ekipom osiągnąć się wprawdzie jeszcze nie udało, ale jesteśmy na najlepszej drodze.
Dekada psucia szkolnictwa publicznego
Ataki na system państwowego szkolnictwa ruszyły pełną parą za czasów ministra Handkego, który – oprócz wprowadzenia słynnej „reformy” edukacji w– ramach pakietu czterech reform z 1999 roku – zrujnował system państwowych, bezpłatnych przedszkoli. Obecnie, po 10 latach, znalezienie bezpłatnego przedszkola jest niemożliwe. Kompletnym fiaskiem okazały się także gimnazja, które stały się doskonałym miejscem nauki życia w obecnym systemie. Uczniowie przechodzą tam szybki kurs picia, palenia, a w ramach bonusu teraz ostatnio doszły jeszcze tzw. „ustawki" czyli bitwy między grupami gmiminazjalistów. Po drodze zanotowaliśmy jeszcze ciągnące się od kilku lat fiasko kolejnych wydań nNowej mMatury, cechowanej nie tylko przez ogłupiające i metody oceniania, ale i coraz bardziej kuriozalne błędy w tzw. kluczach odpowiedzi – coroczny koszmar zdających. .
Potem za psucie państwowego szkolnictwa zabrał się Roman Giertych. Zbawienia upatrywał w traktowaniu uczniów jak przestępców, przekształcaniu szkół z zakładów wychowawczych w zakłady poprawcze, klerykalizacji i ideologizacji nauczania, wreszcie i wprowadzeniu surowej dyscypliny i elementów donosicielstwa. Jednak zabawy Giertycha, choć bolesne dla uczniów i uczennic, tyczyły się tylko – można by rzec – nadbudowy systemu, nie uderzając w jego podstawę. Wiele z jego najbardziej radykalnych pomysłów nie przetrwało zresztą konferencji prasowych, na których zostały wygłoszone. Tę sytuację naprawić chce Teraz, kiedy Giertych poszedł na dobre w odstawkę, sprawy wzięła w swoje ręce nowa, PO-wska minister edukacji, Katarzyrystyna Hall.
Rząd PO a edukacja
Zmęczeni PiS-owską paranoją ludzie w październiku ubiegłego roku oddali swe głosy na PO wierząc, że jeśli nawet nie będzie zapowiadanego cudu, to przynajmniej wróci normalność. Tak jednak się nie stało. Zaraz po utworzeniu rządu PO rozpoczęła ataki na publiczny system edukacji. Najpierw mówiono o zlikwidowaniu Karty Nauczyciela – ustawy normującej czas i warunki pracy nauczyciela, która jest jedną z ostatnich motywacji do podjęcia tego zawodu. Po styczniowych mobilizacjach nauczycielskich okazało się jednak, że rząd jest zbyt słaby, by w świetle reflektorów zabrać pedagogom wszystkie ich dotychczasowe uprawnienia. Przyjęto więc taktykę „krzyczcie sobie co chcecie, a my i tak zrobimy swoje". I tak oto – praktycznie bez konsultacji ze środowiskami związkowymi – przyjęto nowy regulamin płacowy Nie ulega wątpliwości, że sama pani minister nie wpadła na genialny pomysł ominięcia związków zawodowych. Najnowsza "strategia negocjacyjna" (czyli kompletny brak konsultacji ze związkami) na pewno odbywa się przy współudziale ministra premiera, szefa negocjatorów Michała Boniego. I nie powinno to być dla nas zaskoczeniem. Konflikt na poczcie, o którym pisaliśmy niedawno, a w trakcie którego Boni wykazał się zadziwiająco prozwiązkową postawą, miał zupełnie inny charakter. Wydaje się, że rząd korzysta z usług dobrej firmy badającej nastroje społeczne. O ile bowiem w przypadku poczty trafnie oceniono, iż załoga nie weźmie udziału w strajku, o tyle teraz Boni i cała ekipa Tuska wiedzą, że muszą działać szybko i z zaskoczenia, bo nauczyciele projektu nowych zmian – mówiąc potocznie – nie kupią. Dlatego też to właśnie w sezonie ogórkowym, za plecami związków, próbuje się wprowadzić głębokie zmiany systemowe w szkolnictwie. Rządzących może jednak czekać wkrótce duża niespodzianka.
Katalog ataków na państwową edukację
Nie starczyłoby atramentu, żeby opisać wszystkie przedstawione na początku sierpnia pseudoreformy szykowane przez rząd Tuska. Skupmy się jednak na kilku ważnych aspektach proponowanych zmian, które cofają polskie szkolnictwo co najmniej o sto lat:

Po pierwsze, rząd Tuska przewiduje wprowadzenie zapisów, które w krótkim czasie doprowadzą do dalszego pogorszenia się jakości szkolnictwa publicznego. (nie wspominając już o jego dostępności). Na dobry początek proponuje się, by szkoły zostały oddane pod zarząd samorządu terytorialnego. I nie tylko chodzi tu o drastyczne ograniczenie kompetencji kuratoriów, które - dodajmy – do tej pory niejednokrotnie były jedyną zaporą, która skutecznie rozbijała plany zamknięcia kolejnych placówek edukacyjnych przez samorządy. Teraz będą one mogły powoływać i zamykać szkoły wedle własnego uznania. Lokalni włodarze dostaną także decydujący wpływ na wybór dyrektorów szkół – nauczyciele i władze oświatowe będą w mniejszości. To by było na tyle, jeśli chodzi o demokratyczne referencje rządu PO.
Dodatkowo, nowowybrany dyrektor nie będzie musiał legitymować się wykształceniem pedagogicznym. Wiadomo – dyrektor musi być dobrym menedżerem, a nie jakimś tam belfrem. Nasz menedżer dostanie też nowe kompetencje: będzie mógł dowolnie przyjmować i odrzucać programy nauczania. Nietrudno więc wyobrazić sobie sytuację, w której wójt z LPR-u mianuje swojego partyjnego kolegę, który z kolei zarządzi nauczanie na lekcjach biologii kreacjonizmu jako „naukowej alternatywy” dla teorii ewolucji. Temu systematycznemu obniżaniu poziomu edukacji będzie dodatkowo sprzyjał system kształcenia nauczycieli. Od kilku lat bowiem wszystkie uczelnie wyższe muszą przejść na tzw. program „3 plus 2”, który w praktyce oznacza wypuszczanie nauczycieli z tytułem licencjata – czyli tańszych w utrzymaniu i gorzej wykształconych.

To jednak dopiero początek. Samorządy będą mogły z łatwością likwidować placówki edukacyjne, a ich mienie oddawać np. prywatnym fundacjom lub też kościołowi. Nowych zarządców nie będzie obowiązywała już Karta Nauczyciela, więc pensum będzie można podnieść z 18 np. do 27 godzin, oczywiście bez zbędnego podwyższania płac. Pilotażowe przykłady skutków takiej reformy są już dostępne na rynku. W Jarocinie szkołą zarządza - za pieniądze państwowe - fundacja, która płaci dyrektorowi… 1400 złotych miesięcznie! W ten sposób, choć formalnie Karta Nauczyciela – oczywiście okrojona – pozostanie w mocy, to w praktyce i tak nikt nie będzie musiał jej przestrzegać. Skutek? Nauczyciele będą zatrudniani na umowę o dzieło, płacone im będzie za każde 45 minut w klasie, a dyrekcji nie będzie obchodziło ani to, ile pracy trzeba włożyć po lekcjach, ani z czego nauczyciel żyje w lipcu i sierpniu. Nowe przepisy otwierają też furtkę do prywatyzacji szkół tylnymi drzwiami oraz oddania ich pod kontrolę Kościoła – jak przed dwustu laty. Przypomina to hiszpańskie szkoły katolickie, opłacane z pieniędzy publicznych. Jak widać, nowe projekty zbliżają nas do standardów unijnych, albo raczej post-frankistowskich.
Kolejną, wybitnie postępową reformą, jest umożliwienie samorządom zwiększenia pensum, czyli ilości godzin lekcyjnych, dla nauczycieli z 18 do 22 - wzrost o 22%. Przy czym nie idzie ono w parze ze zwiększeniem zarobków. A po co, skoro nauczyciele i tak będą musieli pracować, bo kończy się im prawo do wcześniejszych emerytur oraz zabiera się im możliwość skorzystania z emerytur pomostowych. Gorzej jeszcze mają tylko ci, którzy są ubezpieczeni w nowym systemie. Wedle wyliczeń samego rządu 50-letnia nauczycielka urodzona w 1963 roku, dostanie emeryturę w wysokości – uwaga! – 23,8% (!) ostatniej płacy.

Wróćmy jednak do pensum. Zwiększenie godzin nie tylko poróżni nauczycieli – ich los bowiem będzie w rękach samorządów – ale także może doprowadzić do zwolnienia nawet 1/5 kadry, czyli ponad 100.000 pedagogów. W sumie zmiany te powinny skutecznie odstraszyć absolwentów uczelni wyższych od podejmowania zawodu nauczyciela – i to dosłownie: w szkołach zostanie bowiem dobijająca do emerytury i nisko opłacana kadra. Zdając sobie sprawę z tego zagrożenia, rząd zasugerował wszakże, że – jeśli znajdą się pieniądze – być może da podwyżkę najmniej doświadczonym, dopiero co rozpoczynającym pracę pedagogom, nauczycielom stażystom. Nie zapominajmy jednak, że o podwyżkach perorował już Giertych. I dał – po kilka, może kilkanaście złotych na głowę...
Na deser planowane jest zdegradowanie związków zawodowych do roli organów opiniujących corocznie ustalane nauczycielskie regulaminy wynagrodzeń. Zresztą, kto by się liczył ze związkami, skoro i tak proponowane zmiany są tylko legitymizacją panującego obecnie poczucia, że można z nimi rozmawiać, ale i tak rząd robi co chce.
Cały ten pakiet przywodzi na myśl aforyzm Alana Woodsa, współczesnego brytyjskiego teoretyka myśli lewicowej, który zwykł mawiać: „jeżeli w dzisiejszych czasach słyszysz o reformach – sięgaj po rewolwer”.
Nauczyciele gotowi do odparcia ataku
Próby demontażu państwowego szkolnictwa trwają już od wielu lat. Każda z nich była prowadzona przy akompaniamencie protestów nauczycielskich. Przed i po każdej z tych mobilizacji pytani o opinię nauczyciele zawsze odpowiadają, że chcą walczyć o poprawę swoich zarobków oraz o godną pracę w swym zawodzie. Po masowej, jak na polskie realia, manifestacji w styczniu nastąpił jednodniowy strajk ostrzegawczy z 27 maja. Efekt? Rząd w ogóle wziął pod uwagę ewentualność wysłuchania strony związkowej. Prowadzone w czerwcu i lipcu negocjacje jednak można streścić bardzo krótko – rząd swoje, związki swoje. Rząd wysłuchał racji związkowych, a potem i tak zaproponował swoje własne rozwiązania. W taki oto sposób przeforsowano podniesienie procenta kwoty bazowej dla nauczycieli stażystów z 82% do 100% przy jednoczesnym obniżeniu jej dla nauczycieli dyplomowanych. Nie przyjęto planu podwyżek zaproponowanego przez związki – od 300 PLN dla stażystów po 800 PLN dla nauczycieli dyplomowanych, którzy stanowią połowę ogólnej liczby zatrudnionych pedagogów. Zamiast tego zaproponowano 400 złotych dla stażystów (5% ogółu nauczycieli) i jedynie 90 zł dla nauczycieli dyplomowanych.
Podobnie sprawa ma się z emeryturami pomostowymi. Rząd – mimo dwóch ekspertyz z 2004 i 2006 roku wykonanych przez specjalistów ds. higieny pracy – arbitralnie oświadczył, że zawód nauczyciela nie jest zawodem wykonywanym w szczególnych warunkach, co znalazło swoje odzwierciedlenie w zaproponowanym projekcie ustawy o emeryturach pomostowych.
PO i PSL jeszcze raz udowadniają w ten sposób, że obce jest im pojęcie dialogu społecznego, a jedynymi argumentami, które mogą skłonić ich do ustępstw są manifestacje i strajki. Nic dziwnego – w końcu wiernie reprezentują oni elity finansowe i tzw. „przedsiębiorców”, którzy bez walki jeszcze nigdy nie oddali nikomu ani grosza.

Czas przejść do ofensywy!
W obecnym konflikcie nie chodzi już tylko o skandalicznie niskie płace nauczycieli, choc i tak poziom ich zarobków, zwłaszcza w porównaniu ze standardami obowiązującymi w Europie Zachodniej, byłby dostatecznym powodem do zmasowanej akcji protestacyjnej. Wybór jest między charakterem szkolnictwa. Albo będzie ono dążyło w stronę elitaryzmu, prywatyzacji i – w konsekwencji – do dalszego obniżenia jakości i poddania wpływom Kościoła, albo też będzie ono państwowe, powszechnie dostępne, świeckie i o wysokiej jakości. Obecnej sytuacji nie można więc postrzegać wyłącznie jako sporu na linii związki zawodowe – rząd. Przyjęcie proponowanych zmian – co podkreślają związkowcy – odbije się nie tylko na nauczycielach, ale także i na uczniach oraz społecznościach lokalnych.

Za parę lat szkoły mogą zacząć mieć problemy kadrowe, a to w konsekwencji doprowadzi do dalszego demontażu systemu i – kto wie – być może do obniżenia wieku obowiązku szkolnego. Faktyczna prywatyzacja szkolnictwa pociągnie za sobą bardzo poważne skutki społeczne. Zamkniętych zostanie bardzo wiele „nierentownych placówek", a wśród tych, które ocaleją, nastąpi duże zróżnicowanie na bezpłatne dla biedoty i płatne dla bogatych. Nieprzypadkowo reformę tę forsuje się w dobie postępującego kryzysu ekonomicznego. Klasy rządzące nie stać dłużej na kształcenie ludzi. Wykształcone społeczeństwo zresztą nie jest im do niczego potrzebne: mniejsze wykształcenie – mniejsza płaca.

Dlatego właśnie sytuacją szkolnictwa powinien zainteresować się cały ruch związkowy oraz rodzice i uczniowie. Związki zawodowe muszą działać wspólnie – jedność jest bowiem naszą największą siłą. Absurdalne są promowane przez niektóre środowiska podziały na „post-komunistów” i „katolickie” związki zawodowe. Takie stawianie sprawy tylko ułatwi pracę rządowi Tuska, który – korzystając z podziału wewnątrz ruchu – znacznie łatwiej będzie mógł izolować protestujących. Stworzy to także pole do dalszego podziału środowiska, który tym razem może mieć śmiertelne konsekwencje nie tylko dla wszystkich nauczycieli. Istnieje paląca potrzeba przeprowadzenia ogólnospołecznej kampanii informacyjnej, za pomocą której nauczyciele będą mogli wyjaśnić dlaczego chcą podjąć akcję strajkową. Rozdawanie ulotek, sprzedaż prasy nauczycielskiej, spotkania z uczniami i rodzicami… to tylko niektóre sposoby na prowadzenie tego rodzaju kampanii. Jeżeli nauczycielom uda się zdobyć poparcie społeczeństwa (choc w obliczu nieuniknionego dalszego ciągu prowadzonej przez media kampanii ataków na nich nie będzie to łatwe), to nawet najsilniejszy rząd – do których zresztą obecny nie należy – nie będzie w stanie ich powstrzymać. Pokażmy liberalnejemu PO i całemu rządowi, że związki zawodowe mogą działać skutecznie i być wzorem demokracji i organizacji pracowników!

Środowiska nauczycielskie i związki zawodowe przez całe lata tłumaczyły, prosiły, błagały i ostrzegały. Teraz czas na podjęcie zdecydowanych i radykalnych działań. Likwidacja państwowej edukacji pociągnie za sobą nie tylko zwolnienie kilkuset tysięcy nauczycieli, ale także drastyczne obniżenie poziomu nauczania, elitaryzację systemu edukacyjnego i uczynienie z nowych pokoleń głupiej i taniej siły roboczej, z którą już nikt w tym kraju nie będzie musiał się liczyć. Będzie to kolejny krok w stronę XIX-wiecznych standardów życia.

odpowiedzi (0)

skomentuj

Rozrywka

Dziennik Łódzki

  • Czytaj nas na iPhone oraz iPad
  • Czytaj nas na Androidzie
  • Czytaj nas na pozostałych telefonach
  • Rozrywka NMEkstraklasa LiveZobacz inne aplikacje

Aktualne wydanie:

"Dziennik Łódzki", piątek 25.05.2012

Kup e-wydanie

Prenumerata:

Dział Sprzedaży Domowej
90-532 Łódź
ul. ks. I. Skorupki 17/19
pn-pt 8.00 - 17.00
tel.: 0-42 66-59-360,
fax: 0-42 637-75-11
e-mail: prenumerata@dziennik.lodz.pl

Zamów prenumeratę

Reklama:

Dział Sprzedaży Reklam



Łódź 90-532
ul. ks. hm. I. Skorupki 17/19
tel. 0-42 66-59-430
fax: 0-42 66-59-437

Reklama i biura sprzedaży ogłoszeń

Aktualne cenniki ogłoszeń

Zamów reklamę

Kontakt z redakcją:

Polska Dziennik Łódzki
ul. ks. I. Skorupki 17/19
0-532 Łódź,
tel.: (042) 66-59-100
e-mail: dziennik@dziennik.lodz.pl

O nas

Napisz do nas

Zapisz się do Newslettera

Reklama

Reklama

Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikLodzki.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.