Data dodania: 2010-01-04 06:15:56 ▪ Ostatnia aktualizacja: 2010-01-06 13:11:34
Wojciech Łaszkiewicz, były szef zespołu doradców prezydenta (© fot. Grzegorz Gałasiński)
Siedem lat temu, gdy Jerzy Kropiwnicki został prezydentem, a przypomnę, że Łódź była wówczas w trakcie transformacji z miasta przemysłowego w nieprzemysłowe, wyjazdy zagraniczne, w których towarzyszyłem prezydentowi, były zabieganiem o łaski, żebraniną o zainteresowanie się Łodzią.
WERT (gość), 05.01.10, 21:20:30
BANDA PŁATNYCH GNOJKÓW USUWAJĄCYCH METYTORYCZNE
WYPOWIEDZI ----MODERATORZY DZIAŁAJA TAK JAK
KOMUNISTYCZNA CENZURA ,USUWAJĄ TO CO NIE PASI ICH
CHLEBODAWCOM ---MODERATORZY TO PROSTYTUTKI ,ZA
PIENIĄDZE ZROBIĄ WSZYSTKO !!!!
odpowiedzi (0)
skomentujJUSTUS (gość), 05.01.10, 21:19:17
Czarny Sztandar, pt., 04/12/2009
A więc stało się... W środę, 2 grudnia amerykański koncern Dell, ustami rzecznika prasowego swej polskiej filii, Rafała Branowskiego, ogłosił decyzję o sprzedaży łódzkiej fabryki koncernu tajwańskiej firmie Hon Hai Precision Industry Company,
producentowi elektroniki na zlecenie wielkich światowych marek. Zamiast obiecywanej europejskiej centrali i ośrodka badawczo – rozwojowego liczącego się w świecie koncernu, łódzka fabryka stanie się tanim podwykonawcą, kolejną z anonimowych montowni elektronicznych komponentów, nastawioną na maksymalną produktywność przy minimalnych kosztach. Łódzka Dolina Krzemowa okazała się bruzdą na kartoflisku...
Nietrudno się domyślić, co decyzja koncernu będzie oznaczać dla liczącej w tej chwili prawie dwóch tysięcy załogi łódzkiego zakładu. Amerykański koncern twierdzi oczywiście, że jej pracownicy przejdą do nowej firmy na podstawie dotychczasowym umów o pracę, nie będzie redukcji etatów, a wynagrodzenia w fabryce i warunki pracy nie ulegną zmianie. Cóż z tego, jeśli ten sam koncern jeszcze przed rokiem twierdził kategorycznie, że nie zamierza sprzedawać łódzkiej fabryki Tajwańczykom, dementując krążące wśród jej załogi pogłoski na ten temat. Sama umowa sprzedaży łódzkiego zakładu pozostaje oczywiście tajna, należy jednak wątpić by ochrona dotychczasowych warunków pracy i płacy była dla Amerykanów priorytetem w negocjacjach na ten temat. Zresztą już w czasach Della sytuacja pracowników zakładu była nie do pozazdroszczenia. Do ich pierwszego konfliktu z przyszłym pracodawcą doszło jeszcze podczas szkolenia w Irlandii, gdy grupa polskich stażystów zbundowała się przeciwko wykorzystaniu ich jako darmowej siły roboczej w zakładach w Limerick i ogłosiła strajk. Protest poparły wtedy irlandzkie związki zawodowe, a cała sprawa została szybko wyciszona. Już w Łodzi nie było dużo lepiej, Łodzianie ubiegający się o pracę w Dellu nie kryli rozczarowania oferowanymi przez koncern stawkami, mimo ciężkiej sytuacji na rynku pracy rekrutacja szła jak po grudzie, co zmusiło w końcu zarząd fabryki do podniesienia oferowanych wynagrodzeń. Przedstawiciele koncernu nie kryli przy tym zdziwienia, że nie ma chętnych na pracę przy taśmie montażowej za niecałe 1000 złotych na rękę.
Jak twierdzą sami pracownicy łódzkiego Della, sytuacja była potem stosunkowo dobra, dopuki kierowali nim irlandzcy managerowie. Problemy zaczęły się, gdy na ich miejsce przyszła polska kadra kierownicza przeszkolona w Limerick. Polscy managerowie zaczęli „podkręcać” wydajność pracy, a możliwość awansu dla zatrudnionych praktycznie się skończyły. Na dodatek, Dell odkrył możliwość obniżenia kosztów pracy przez masowe zatrudnienie pracowników tymczasowych (dostarczała ich firma Adecco), zarabiających poniżej 1300 złotych na miesiąc i w nadziei na trwałe zatrudnienie gotowych do pracy w nadgodzinach i w weekandy. Atmosfera w fabryce była coraz gorsza, w lecie tego roku pracownicy Della zdecydowali się na poinformowanie łódzkiej opinii publicznej o sytuacji w zakładzie bez pośrednictwa działającego w zakładzie związku zawodowego „Solidarność”
Teraz pracownicy Della czują się oszukani, „Solidarność”(łódzka fabryka jest prawdopodonie jedynym zakładem Della na świecie, w którym działają związki zawodowe) ustami przewodniczącego Regionu Łódzkiego zapowiada obronę załogi, jednak jak twierdzą sami pracownicy charakter tego związku w Dellu jest raczej iluzoryczny, i nie ma on w zakładzie jakiegokolwiek znaczenia. Solidarność nie jest w stanie wymóc na pracodawcy szafek na rzeczy osobiste dla pracowników nie mówiąc już o jakiej większej sprawie. Nikt nie ma wątpliwości że w sytuacji konfliktu z nowym właścicielem pracownicy będą stać na stracownej pozycji. Nowi właściciele zrobią z nim co chcą, a koncerny z Dalekiego Wschodu, konkurujące kosztami produkcji w walce o zlecenia, nie słyną raczej z dobrych warunków pracy, inwestycji w pracowników i hojnych pakietów socjalnych. To, co stało się w łódzkim centrum rachunkowym Philipsa po przejęciu go przez indyjską firmę Infosys jest tego smutnym przykładem.
Mimo dość kiepskich doświadczeń z zakładową „Solidarnością” jedyną nadzieją pracowników fabryki na Olechowie są właśnie związki zawodowe. Wszystko, co mogą zrobić, to zapisać się do istniejącej w zakładzie organizacji lub powołać nową, dopuki mają jeszcze taką możliwość...
Dziennikarze łódzkich mediów, z „Gazetą Wyborczą” na czele, wynoszący jeszcze niedawno Della pod niebiosa i bezkrytycznie „kupujący” zapowiedzi koncernu o uczynieniu z Łodzi swej europejskiej centrali przyjęli teraz postawę dzieczyny z czworaków, zbałamuconej przez bogatego dziedzica i pozostawionej na pastwę losu.
Dziennikarze „Wyborczej” przypominają płaczliwym tonem wszystkie fawory, jakie lokalne władze czyniły koncernowi i 200 milionów złotych dotacji z publicznej kasy, jakie wnieść miała Łódź w „posagu” dla Della, żaląc się jednocześnie, że amerykańska korporacja nie potraktowała naszego miasta „rozwojowo”. Robią wręcz Amerykanom wyrzuty, że zarobili grube pieniądze na sprzedaży łódzkiego zakładu – co w gazecie będącej największą tubą propagandową neoliberalizmu w tym kraju brzmi naprawdę śmiesznie.
Wśród lokalnych polityków zapanował popłoch, przedstawiciele władzy i opozycji starają się za wszelką cenę przekonać Łodzian, że to nie oni ściągnęli do nas niewdzięcznych Amerykanów. Decyzja koncernu, ogłoszona na miesiąc przed referendum w sprawie odwołania prezydenta Kropiwnickiego, może się dla niego okazać gwoździem do trumny. Póki co, władze miasta starają się robić dobrą minę do złej gry i zapewniają, że tajwańska firma w Łodzi sprawa rozwojowa". Wiceprezydent Włodzimierz Tomaszewski przekonuje, jaka to ważna spółka – bo ma fabryki na całym świecie, zatrudnia 550 tys. osób i pracuje dla znanych marek.
Najlepiej na całej łódzkiej inwestycji wyszedł oczywiście Dell. Koncern zaiwestował w fabrykę na Olechowie 800 milionów złotych, i kolejne 72 w zakup terenu pod budowę (pierwotnie Dell domagał się przekazania mu liczącej skromne 100 hektarów działki za symboliczną złotówkę – na szczęście do tego nie doszło). Suma transakcji z Tajwańczykami pozostaje tajna, ale nieoficjalnie dowiaduje się „Gazeta Wyborcza”, będzie ona dużo wyższa niż wydatki Della. Dodatkowo Amerykanie nie zamierzają wcale zrezygnować z uzyskania od rządu 216 milionów złotych publicznych dotacji, zablokowanych wcześniej przez Komisję Europejską. Ministerstwo Gospodarki nie wie, co z Dellem zrobić. A amerykański koncern wysyła na rozmowy z przedstawicielami rządu prawników. Będą przekonywali, że przecież firma "kreuje" w regionie miejsca pracy, więc kasa się należy. Pewnie okaże się, że w umowie z Dellem znajduje się jednak przeoczony przez rządowych negocjatorów zapis, z ktorego wynika że pieniądze należą się Amerykanom bez względu na wszystko.
Eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski zamierza zresztą przekazać pieniądze z dotacji Tajwańczykom, o ile wcześniej nie zgarnie ich amerykański koncern.
Trudno mieć pretensje do korporacji o to, że zarabia pieniądze – ile się da i na czym się da. Tak właśnie działają korporacje, tak w Łodzi jak i na całym świecie. Historia z łódzkim zakładem Della jest podręcznikowym przykładem działań ponadnarodowych korporacji w krajach Trzeciego Świata – wykorzystywania taniej siły roboczej, czerpania pełnymi garściami z publicznych pieniędzy – a potem szybkiej ewakuacji, gdy tylko okaże się, że gdzieś na świecie można produkować jeszcze taniej – lub jeszcze taniej kupować gotowe produkty, opatrzone własną metką. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że z ucieczka Della będzie nauczką na przyszłość dla władz miasta i kraju. Prowadzona przez władze miasta przez całe lata polityka ściągania inwestorów za wszelką cenę kolejny raz udowodniła swą nieskuteczność. Pomysł, by Łódź konkurowała z krajami Dalekiego Wschodu kosztami produkcji okazał się równie poroniony, jak konkurowanie z Chinami w produkcji ryżu. Nie da się tego zrobić – kapitał zainwestowany w tanią produkcję w montowniach, która nie wymaga ani wykwalifikowanych pracowników, ani wykorzystania lokalnych zasobów naturalnych, ani co najważniejsze lokalnego zaplecza naukowo – technologicznego zawsze prędzej lub później przeniesie się do krajów o jeszcze niższych kosztach siły roboczej, jeszcze niższych standardach w zakresie ochrony praw pracowniczych czy środowiska naturalnego. Z Irlandii do Polski. Z Polski na Tajwan. Z Tajwanu do Afryki? I będzie się tak dziać tak długo, jak długo będą istnieć kraje Trzeciego Świata, zmuszone za wszelką cenę ściągać do siebie inwestorów.
Na pamiątkę po przygodzie z ponadnarodowymi koncernami miastu pozostanie kilkunastotonowy głaz przywieziony z odkrywki w Szczercowie, który miał być symbolem sukcesu Łodzi. - Będzie pamiątką rozpoczęcia ery informatycznej w mieście związanej z inwestycjami Philipsa i Della - mówił dwa lata temu po jego odsłonięciu Kajus Augustyniak, rzecznik prezydenta miasta. Zostanie też długa na 5 kilometrów, dwupasmowa droga, wybudowana dla Della za 54 miliony złotych z kasy miasta. By przypodobać się Amerykanom, prowadzącą do ich fabryki na Olechowie ulicę nazwano Aleją Ofiar Terroryzmu. Teraz można można ją przemianować na Aleję Ofiar Kapitalizmu...
A więc stało się... W środę, 2 grudnia amerykański koncern Dell, ustami rzecznika prasowego swej polskiej filii, Rafała Branowskiego, ogłosił decyzję o sprzedaży łódzkiej fabryki koncernu tajwańskiej firmie Hon Hai Precision Industry Company,
producentowi elektroniki na zlecenie wielkich światowych marek. Zamiast obiecywanej europejskiej centrali i ośrodka badawczo – rozwojowego liczącego się w świecie koncernu, łódzka fabryka stanie się tanim podwykonawcą, kolejną z anonimowych montowni elektronicznych komponentów, nastawioną na maksymalną produktywność przy minimalnych kosztach. Łódzka Dolina Krzemowa okazała się bruzdą na kartoflisku...
Nietrudno się domyślić, co decyzja koncernu będzie oznaczać dla liczącej w tej chwili prawie dwóch tysięcy załogi łódzkiego zakładu. Amerykański koncern twierdzi oczywiście, że jej pracownicy przejdą do nowej firmy na podstawie dotychczasowym umów o pracę, nie będzie redukcji etatów, a wynagrodzenia w fabryce i warunki pracy nie ulegną zmianie. Cóż z tego, jeśli ten sam koncern jeszcze przed rokiem twierdził kategorycznie, że nie zamierza sprzedawać łódzkiej fabryki Tajwańczykom, dementując krążące wśród jej załogi pogłoski na ten temat. Sama umowa sprzedaży łódzkiego zakładu pozostaje oczywiście tajna, należy jednak wątpić by ochrona dotychczasowych warunków pracy i płacy była dla Amerykanów priorytetem w negocjacjach na ten temat. Zresztą już w czasach Della sytuacja pracowników zakładu była nie do pozazdroszczenia. Do ich pierwszego konfliktu z przyszłym pracodawcą doszło jeszcze podczas szkolenia w Irlandii, gdy grupa polskich stażystów zbundowała się przeciwko wykorzystaniu ich jako darmowej siły roboczej w zakładach w Limerick i ogłosiła strajk. Protest poparły wtedy irlandzkie związki zawodowe, a cała sprawa została szybko wyciszona. Już w Łodzi nie było dużo lepiej, Łodzianie ubiegający się o pracę w Dellu nie kryli rozczarowania oferowanymi przez koncern stawkami, mimo ciężkiej sytuacji na rynku pracy rekrutacja szła jak po grudzie, co zmusiło w końcu zarząd fabryki do podniesienia oferowanych wynagrodzeń. Przedstawiciele koncernu nie kryli przy tym zdziwienia, że nie ma chętnych na pracę przy taśmie montażowej za niecałe 1000 złotych na rękę.
Jak twierdzą sami pracownicy łódzkiego Della, sytuacja była potem stosunkowo dobra, dopuki kierowali nim irlandzcy managerowie. Problemy zaczęły się, gdy na ich miejsce przyszła polska kadra kierownicza przeszkolona w Limerick. Polscy managerowie zaczęli „podkręcać” wydajność pracy, a możliwość awansu dla zatrudnionych praktycznie się skończyły. Na dodatek, Dell odkrył możliwość obniżenia kosztów pracy przez masowe zatrudnienie pracowników tymczasowych (dostarczała ich firma Adecco), zarabiających poniżej 1300 złotych na miesiąc i w nadziei na trwałe zatrudnienie gotowych do pracy w nadgodzinach i w weekandy. Atmosfera w fabryce była coraz gorsza, w lecie tego roku pracownicy Della zdecydowali się na poinformowanie łódzkiej opinii publicznej o sytuacji w zakładzie bez pośrednictwa działającego w zakładzie związku zawodowego „Solidarność”
Teraz pracownicy Della czują się oszukani, „Solidarność”(łódzka fabryka jest prawdopodonie jedynym zakładem Della na świecie, w którym działają związki zawodowe) ustami przewodniczącego Regionu Łódzkiego zapowiada obronę załogi, jednak jak twierdzą sami pracownicy charakter tego związku w Dellu jest raczej iluzoryczny, i nie ma on w zakładzie jakiegokolwiek znaczenia. Solidarność nie jest w stanie wymóc na pracodawcy szafek na rzeczy osobiste dla pracowników nie mówiąc już o jakiej większej sprawie. Nikt nie ma wątpliwości że w sytuacji konfliktu z nowym właścicielem pracownicy będą stać na stracownej pozycji. Nowi właściciele zrobią z nim co chcą, a koncerny z Dalekiego Wschodu, konkurujące kosztami produkcji w walce o zlecenia, nie słyną raczej z dobrych warunków pracy, inwestycji w pracowników i hojnych pakietów socjalnych. To, co stało się w łódzkim centrum rachunkowym Philipsa po przejęciu go przez indyjską firmę Infosys jest tego smutnym przykładem.
Mimo dość kiepskich doświadczeń z zakładową „Solidarnością” jedyną nadzieją pracowników fabryki na Olechowie są właśnie związki zawodowe. Wszystko, co mogą zrobić, to zapisać się do istniejącej w zakładzie organizacji lub powołać nową, dopuki mają jeszcze taką możliwość...
Dziennikarze łódzkich mediów, z „Gazetą Wyborczą” na czele, wynoszący jeszcze niedawno Della pod niebiosa i bezkrytycznie „kupujący” zapowiedzi koncernu o uczynieniu z Łodzi swej europejskiej centrali przyjęli teraz postawę dzieczyny z czworaków, zbałamuconej przez bogatego dziedzica i pozostawionej na pastwę losu.
Dziennikarze „Wyborczej” przypominają płaczliwym tonem wszystkie fawory, jakie lokalne władze czyniły koncernowi i 200 milionów złotych dotacji z publicznej kasy, jakie wnieść miała Łódź w „posagu” dla Della, żaląc się jednocześnie, że amerykańska korporacja nie potraktowała naszego miasta „rozwojowo”. Robią wręcz Amerykanom wyrzuty, że zarobili grube pieniądze na sprzedaży łódzkiego zakładu – co w gazecie będącej największą tubą propagandową neoliberalizmu w tym kraju brzmi naprawdę śmiesznie.
Wśród lokalnych polityków zapanował popłoch, przedstawiciele władzy i opozycji starają się za wszelką cenę przekonać Łodzian, że to nie oni ściągnęli do nas niewdzięcznych Amerykanów. Decyzja koncernu, ogłoszona na miesiąc przed referendum w sprawie odwołania prezydenta Kropiwnickiego, może się dla niego okazać gwoździem do trumny. Póki co, władze miasta starają się robić dobrą minę do złej gry i zapewniają, że tajwańska firma w Łodzi sprawa rozwojowa". Wiceprezydent Włodzimierz Tomaszewski przekonuje, jaka to ważna spółka – bo ma fabryki na całym świecie, zatrudnia 550 tys. osób i pracuje dla znanych marek.
Najlepiej na całej łódzkiej inwestycji wyszedł oczywiście Dell. Koncern zaiwestował w fabrykę na Olechowie 800 milionów złotych, i kolejne 72 w zakup terenu pod budowę (pierwotnie Dell domagał się przekazania mu liczącej skromne 100 hektarów działki za symboliczną złotówkę – na szczęście do tego nie doszło). Suma transakcji z Tajwańczykami pozostaje tajna, ale nieoficjalnie dowiaduje się „Gazeta Wyborcza”, będzie ona dużo wyższa niż wydatki Della. Dodatkowo Amerykanie nie zamierzają wcale zrezygnować z uzyskania od rządu 216 milionów złotych publicznych dotacji, zablokowanych wcześniej przez Komisję Europejską. Ministerstwo Gospodarki nie wie, co z Dellem zrobić. A amerykański koncern wysyła na rozmowy z przedstawicielami rządu prawników. Będą przekonywali, że przecież firma "kreuje" w regionie miejsca pracy, więc kasa się należy. Pewnie okaże się, że w umowie z Dellem znajduje się jednak przeoczony przez rządowych negocjatorów zapis, z ktorego wynika że pieniądze należą się Amerykanom bez względu na wszystko.
Eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski zamierza zresztą przekazać pieniądze z dotacji Tajwańczykom, o ile wcześniej nie zgarnie ich amerykański koncern.
Trudno mieć pretensje do korporacji o to, że zarabia pieniądze – ile się da i na czym się da. Tak właśnie działają korporacje, tak w Łodzi jak i na całym świecie. Historia z łódzkim zakładem Della jest podręcznikowym przykładem działań ponadnarodowych korporacji w krajach Trzeciego Świata – wykorzystywania taniej siły roboczej, czerpania pełnymi garściami z publicznych pieniędzy – a potem szybkiej ewakuacji, gdy tylko okaże się, że gdzieś na świecie można produkować jeszcze taniej – lub jeszcze taniej kupować gotowe produkty, opatrzone własną metką. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że z ucieczka Della będzie nauczką na przyszłość dla władz miasta i kraju. Prowadzona przez władze miasta przez całe lata polityka ściągania inwestorów za wszelką cenę kolejny raz udowodniła swą nieskuteczność. Pomysł, by Łódź konkurowała z krajami Dalekiego Wschodu kosztami produkcji okazał się równie poroniony, jak konkurowanie z Chinami w produkcji ryżu. Nie da się tego zrobić – kapitał zainwestowany w tanią produkcję w montowniach, która nie wymaga ani wykwalifikowanych pracowników, ani wykorzystania lokalnych zasobów naturalnych, ani co najważniejsze lokalnego zaplecza naukowo – technologicznego zawsze prędzej lub później przeniesie się do krajów o jeszcze niższych kosztach siły roboczej, jeszcze niższych standardach w zakresie ochrony praw pracowniczych czy środowiska naturalnego. Z Irlandii do Polski. Z Polski na Tajwan. Z Tajwanu do Afryki? I będzie się tak dziać tak długo, jak długo będą istnieć kraje Trzeciego Świata, zmuszone za wszelką cenę ściągać do siebie inwestorów.
Na pamiątkę po przygodzie z ponadnarodowymi koncernami miastu pozostanie kilkunastotonowy głaz przywieziony z odkrywki w Szczercowie, który miał być symbolem sukcesu Łodzi. - Będzie pamiątką rozpoczęcia ery informatycznej w mieście związanej z inwestycjami Philipsa i Della - mówił dwa lata temu po jego odsłonięciu Kajus Augustyniak, rzecznik prezydenta miasta. Zostanie też długa na 5 kilometrów, dwupasmowa droga, wybudowana dla Della za 54 miliony złotych z kasy miasta. By przypodobać się Amerykanom, prowadzącą do ich fabryki na Olechowie ulicę nazwano Aleją Ofiar Terroryzmu. Teraz można można ją przemianować na Aleję Ofiar Kapitalizmu...
odpowiedzi (0)
skomentujWERT (gość), 05.01.10, 21:18:07
Czarny Sztandar, pt., 04/12/2009
A więc stało się... W środę, 2 grudnia amerykański koncern Dell, ustami rzecznika prasowego swej polskiej filii, Rafała Branowskiego, ogłosił decyzję o sprzedaży łódzkiej fabryki koncernu tajwańskiej firmie Hon Hai Precision Industry Company,
producentowi elektroniki na zlecenie wielkich światowych marek. Zamiast obiecywanej europejskiej centrali i ośrodka badawczo – rozwojowego liczącego się w świecie koncernu, łódzka fabryka stanie się tanim podwykonawcą, kolejną z anonimowych montowni elektronicznych komponentów, nastawioną na maksymalną produktywność przy minimalnych kosztach. Łódzka Dolina Krzemowa okazała się bruzdą na kartoflisku...
Nietrudno się domyślić, co decyzja koncernu będzie oznaczać dla liczącej w tej chwili prawie dwóch tysięcy załogi łódzkiego zakładu. Amerykański koncern twierdzi oczywiście, że jej pracownicy przejdą do nowej firmy na podstawie dotychczasowym umów o pracę, nie będzie redukcji etatów, a wynagrodzenia w fabryce i warunki pracy nie ulegną zmianie. Cóż z tego, jeśli ten sam koncern jeszcze przed rokiem twierdził kategorycznie, że nie zamierza sprzedawać łódzkiej fabryki Tajwańczykom, dementując krążące wśród jej załogi pogłoski na ten temat. Sama umowa sprzedaży łódzkiego zakładu pozostaje oczywiście tajna, należy jednak wątpić by ochrona dotychczasowych warunków pracy i płacy była dla Amerykanów priorytetem w negocjacjach na ten temat. Zresztą już w czasach Della sytuacja pracowników zakładu była nie do pozazdroszczenia. Do ich pierwszego konfliktu z przyszłym pracodawcą doszło jeszcze podczas szkolenia w Irlandii, gdy grupa polskich stażystów zbundowała się przeciwko wykorzystaniu ich jako darmowej siły roboczej w zakładach w Limerick i ogłosiła strajk. Protest poparły wtedy irlandzkie związki zawodowe, a cała sprawa została szybko wyciszona. Już w Łodzi nie było dużo lepiej, Łodzianie ubiegający się o pracę w Dellu nie kryli rozczarowania oferowanymi przez koncern stawkami, mimo ciężkiej sytuacji na rynku pracy rekrutacja szła jak po grudzie, co zmusiło w końcu zarząd fabryki do podniesienia oferowanych wynagrodzeń. Przedstawiciele koncernu nie kryli przy tym zdziwienia, że nie ma chętnych na pracę przy taśmie montażowej za niecałe 1000 złotych na rękę.
Jak twierdzą sami pracownicy łódzkiego Della, sytuacja była potem stosunkowo dobra, dopuki kierowali nim irlandzcy managerowie. Problemy zaczęły się, gdy na ich miejsce przyszła polska kadra kierownicza przeszkolona w Limerick. Polscy managerowie zaczęli „podkręcać” wydajność pracy, a możliwość awansu dla zatrudnionych praktycznie się skończyły. Na dodatek, Dell odkrył możliwość obniżenia kosztów pracy przez masowe zatrudnienie pracowników tymczasowych (dostarczała ich firma Adecco), zarabiających poniżej 1300 złotych na miesiąc i w nadziei na trwałe zatrudnienie gotowych do pracy w nadgodzinach i w weekandy. Atmosfera w fabryce była coraz gorsza, w lecie tego roku pracownicy Della zdecydowali się na poinformowanie łódzkiej opinii publicznej o sytuacji w zakładzie bez pośrednictwa działającego w zakładzie związku zawodowego „Solidarność”
Teraz pracownicy Della czują się oszukani, „Solidarność”(łódzka fabryka jest prawdopodonie jedynym zakładem Della na świecie, w którym działają związki zawodowe) ustami przewodniczącego Regionu Łódzkiego zapowiada obronę załogi, jednak jak twierdzą sami pracownicy charakter tego związku w Dellu jest raczej iluzoryczny, i nie ma on w zakładzie jakiegokolwiek znaczenia. Solidarność nie jest w stanie wymóc na pracodawcy szafek na rzeczy osobiste dla pracowników nie mówiąc już o jakiej większej sprawie. Nikt nie ma wątpliwości że w sytuacji konfliktu z nowym właścicielem pracownicy będą stać na stracownej pozycji. Nowi właściciele zrobią z nim co chcą, a koncerny z Dalekiego Wschodu, konkurujące kosztami produkcji w walce o zlecenia, nie słyną raczej z dobrych warunków pracy, inwestycji w pracowników i hojnych pakietów socjalnych. To, co stało się w łódzkim centrum rachunkowym Philipsa po przejęciu go przez indyjską firmę Infosys jest tego smutnym przykładem.
Mimo dość kiepskich doświadczeń z zakładową „Solidarnością” jedyną nadzieją pracowników fabryki na Olechowie są właśnie związki zawodowe. Wszystko, co mogą zrobić, to zapisać się do istniejącej w zakładzie organizacji lub powołać nową, dopuki mają jeszcze taką możliwość...
Dziennikarze łódzkich mediów, z „Gazetą Wyborczą” na czele, wynoszący jeszcze niedawno Della pod niebiosa i bezkrytycznie „kupujący” zapowiedzi koncernu o uczynieniu z Łodzi swej europejskiej centrali przyjęli teraz postawę dzieczyny z czworaków, zbałamuconej przez bogatego dziedzica i pozostawionej na pastwę losu.
Dziennikarze „Wyborczej” przypominają płaczliwym tonem wszystkie fawory, jakie lokalne władze czyniły koncernowi i 200 milionów złotych dotacji z publicznej kasy, jakie wnieść miała Łódź w „posagu” dla Della, żaląc się jednocześnie, że amerykańska korporacja nie potraktowała naszego miasta „rozwojowo”. Robią wręcz Amerykanom wyrzuty, że zarobili grube pieniądze na sprzedaży łódzkiego zakładu – co w gazecie będącej największą tubą propagandową neoliberalizmu w tym kraju brzmi naprawdę śmiesznie.
Wśród lokalnych polityków zapanował popłoch, przedstawiciele władzy i opozycji starają się za wszelką cenę przekonać Łodzian, że to nie oni ściągnęli do nas niewdzięcznych Amerykanów. Decyzja koncernu, ogłoszona na miesiąc przed referendum w sprawie odwołania prezydenta Kropiwnickiego, może się dla niego okazać gwoździem do trumny. Póki co, władze miasta starają się robić dobrą minę do złej gry i zapewniają, że tajwańska firma w Łodzi sprawa rozwojowa". Wiceprezydent Włodzimierz Tomaszewski przekonuje, jaka to ważna spółka – bo ma fabryki na całym świecie, zatrudnia 550 tys. osób i pracuje dla znanych marek.
Najlepiej na całej łódzkiej inwestycji wyszedł oczywiście Dell. Koncern zaiwestował w fabrykę na Olechowie 800 milionów złotych, i kolejne 72 w zakup terenu pod budowę (pierwotnie Dell domagał się przekazania mu liczącej skromne 100 hektarów działki za symboliczną złotówkę – na szczęście do tego nie doszło). Suma transakcji z Tajwańczykami pozostaje tajna, ale nieoficjalnie dowiaduje się „Gazeta Wyborcza”, będzie ona dużo wyższa niż wydatki Della. Dodatkowo Amerykanie nie zamierzają wcale zrezygnować z uzyskania od rządu 216 milionów złotych publicznych dotacji, zablokowanych wcześniej przez Komisję Europejską. Ministerstwo Gospodarki nie wie, co z Dellem zrobić. A amerykański koncern wysyła na rozmowy z przedstawicielami rządu prawników. Będą przekonywali, że przecież firma "kreuje" w regionie miejsca pracy, więc kasa się należy. Pewnie okaże się, że w umowie z Dellem znajduje się jednak przeoczony przez rządowych negocjatorów zapis, z ktorego wynika że pieniądze należą się Amerykanom bez względu na wszystko.
Eurodeputowany PO Jacek Saryusz-Wolski zamierza zresztą przekazać pieniądze z dotacji Tajwańczykom, o ile wcześniej nie zgarnie ich amerykański koncern.
Trudno mieć pretensje do korporacji o to, że zarabia pieniądze – ile się da i na czym się da. Tak właśnie działają korporacje, tak w Łodzi jak i na całym świecie. Historia z łódzkim zakładem Della jest podręcznikowym przykładem działań ponadnarodowych korporacji w krajach Trzeciego Świata – wykorzystywania taniej siły roboczej, czerpania pełnymi garściami z publicznych pieniędzy – a potem szybkiej ewakuacji, gdy tylko okaże się, że gdzieś na świecie można produkować jeszcze taniej – lub jeszcze taniej kupować gotowe produkty, opatrzone własną metką. Pozostaje mieć tylko nadzieję, że z ucieczka Della będzie nauczką na przyszłość dla władz miasta i kraju. Prowadzona przez władze miasta przez całe lata polityka ściągania inwestorów za wszelką cenę kolejny raz udowodniła swą nieskuteczność. Pomysł, by Łódź konkurowała z krajami Dalekiego Wschodu kosztami produkcji okazał się równie poroniony, jak konkurowanie z Chinami w produkcji ryżu. Nie da się tego zrobić – kapitał zainwestowany w tanią produkcję w montowniach, która nie wymaga ani wykwalifikowanych pracowników, ani wykorzystania lokalnych zasobów naturalnych, ani co najważniejsze lokalnego zaplecza naukowo – technologicznego zawsze prędzej lub później przeniesie się do krajów o jeszcze niższych kosztach siły roboczej, jeszcze niższych standardach w zakresie ochrony praw pracowniczych czy środowiska naturalnego. Z Irlandii do Polski. Z Polski na Tajwan. Z Tajwanu do Afryki? I będzie się tak dziać tak długo, jak długo będą istnieć kraje Trzeciego Świata, zmuszone za wszelką cenę ściągać do siebie inwestorów.
Na pamiątkę po przygodzie z ponadnarodowymi koncernami miastu pozostanie kilkunastotonowy głaz przywieziony z odkrywki w Szczercowie, który miał być symbolem sukcesu Łodzi. - Będzie pamiątką rozpoczęcia ery informatycznej w mieście związanej z inwestycjami Philipsa i Della - mówił dwa lata temu po jego odsłonięciu Kajus Augustyniak, rzecznik prezydenta miasta. Zostanie też długa na 5 kilometrów, dwupasmowa droga, wybudowana dla Della za 54 miliony złotych z kasy miasta. By przypodobać się Amerykanom, prowadzącą do ich fabryki na Olechowie ulicę nazwano Aleją Ofiar Terroryzmu. Teraz można można ją przemianować na Aleję Ofiar Kapitalizmu...
odpowiedzi (0)
skomentujUla (gość), 04.01.10, 10:18:28
Wazelina przedreferendalna, ale to w końcu "były szef zespołu doradców prezydenta". Dudkiewicz nie jeździ, a ile inwestycji w nowoczesne technologie a nie w niskopłatne montownie i księgowość miało w tym czasie miejsce we Wrocławiu...
odpowiedzi (0)
skomentujDział Sprzedaży Domowej
90-532 Łódź
ul. ks. I. Skorupki 17/19
pn-pt 8.00 - 17.00
tel.: 0-42 66-59-360,
fax: 0-42 637-75-11
e-mail: prenumerata@dziennik.lodz.pl
Polska Dziennik Łódzki
ul. ks. I. Skorupki 17/19
0-532 Łódź,
tel.: (042) 66-59-100
e-mail: dziennik@dziennik.lodz.pl
O nas
Reklama
Reklama
Copyright © Polskapresse Sp. z o.o.
Realizacja serwisu: Gratka Technologie Sp. z o.o.
Polskapresse sp. z.o.o informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie DziennikLodzki.pl podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.
Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.