Dwie kadencje Jerzego Kropiwnickiego na fotelu prezydenta Łodzi bardzo istotnie zadłużyły miasto (niespełna 500 mln zł długu na początku pierwszej kadencji do ponad 1,3 mld zł planowanego na koniec 2010 r. - red.) i trudno w Łodzi odnotować istotne oraz trwałe przedsięwzięcia infrastrukturalne, które by tę kwotę zadłużenia uzasadniały.
Należy zatem domniemywać, że te pożyczone pieniądze poszły na finansowanie lub współfinansowanie przedsięwzięć, które w znacznej części i przy lepszym zarządzaniu powinny być opłacone z dochodów bieżących miejskiego budżetu. Drugi ważny element jest taki, że dla prostego zadłużania się samorządu, które ogranicza możliwości przyszłych budżetów, a zatem i przyszłych władz miasta oraz skutkuje obowiązkiem spłacania odsetek przez nasze dzieci lub nawet wnuki, alternatywą jest sprzedaż mienia komunalnego, które zresztą w Łodzi jest fatalnie zarządzane. Do tego komunalnego majątku należą przede wszystkim nieruchomości, głównie mieszkalne i użytkowe, oraz wiele terenów poprzemysłowych.
Prezydent Kropiwnicki powiada, że podwoił budżet Łodzi w ciągu siedmiu lat swego urzędowania? (z 1,5 mld zł w 2002 r. do 3 mld zł w 2010 r. - red.) To zawsze i wszędzie należy oceniać w kategorii dochodów własnych budżetu, bo znaczna jego część to przecież dotacje i subwencje, na których wysokość władze miasta wpływu nie mają, lub mają w bardzo niewielkim stopniu. Znaczna część wzrostu dochodów własnych miasta, a one pochodzą przecież z odpisów od podatków bezpośrednich, jest związana ze wzrostem gospodarczym i bardzo dobrą koniunkturą ostatnich kilku lat - z wyjątkiem poprzedniego roku - która podniosła naszą bazę podatkową, a zatem i bazę przychodów własnych miasta. Poza tym, co jest mniej przyjemne i na co bardzo duża część mieszkańców Łodzi zgrzytała zębami, to drastyczne podniesienie opłat komunalnych, choćby za wodę i dzierżawę wieczystą, które - zresztą "Polska Dziennik Łódzki" o tym informował - można wyliczać w setkach procent wzrostu. Cieszenie się z faktu, że zwiększyło się stawki podatkowe najbardziej aktywnej grupie mieszkańców, czyli przedsiębiorcom i właścicielom nieruchomości, powinno być raczej dla prezydenta elementem wstydliwym, a nie przynoszącym chwałę. Jeśli prezydent Jerzy Kropiwnicki zachwyca się faktem, że Łódź ma o połowę mniejsze zadłużenie w przeliczeniu na jednego mieszkańca niż Warszawa, Kraków czy Wrocław (według prezydenta Kropiwnickiego zadłużenie przypadające na każdego łodzianina to 1,4 tys. zł, a w wymienionych wyżej miastach to suma dwa razy wyższa niż w Łodzi - red.) przypomina mi retorykę nieocenionego Jerzego Urbana, rzecznika peerelowskich rządów lat 80. minionego stulecia. On na pytanie zachodniego dziennikarza, dlaczego w socjalistycznym państwie, jakim wtedy była Polska, bije się pałami robotników za to, że próbują dochodzić swoich praw, miał tylko jedną, ale bardzo interesującą odpowiedź: "A w Ameryce bije się Murzynów". A tak już zupełnie poważnie... Usprawiedliwianie swoich nieudanych przedsięwzięć czy posunięć tym, że inni to robią jeszcze gorzej, jest w mojej opinii niewystarczającym i bardzo wątpliwym uzasadnieniem własnych poczynań.