Pod wskazanym adresem był kandydat jak malowany wraz z jego "lewicowymi" zasługami. Lewicowemu Szmajdzińskiemu młodzi socjaliści wytknęli poparcie dla: obniżek podatków dla najbogatszych, cięć wydatków socjalnych, odbierania pracownikom zabezpieczeń, agresji na Irak. I jeszcze kilka.
Drugi działacz wręcz stwierdził, że Szmajdziński to żadna lewica. To dziwne, bo chłop od małego pracował jak nie dla partii, to dla jej przybudówek. Jak z powyższego widać, chyba rzeczywiście tzw. polska lewica się sypie. Zabrakło Millera, który dobrze zaczynał, ale źle skończył, i wszystko diabli wzięli.
Obnażenie przez młodych socjalistów liberalnego oblicza lewicy przypomniało mi opowieści majora Wiesława Cygańskiego, kawalera Virtuti Militari, uczestnika kampanii wrześniowej, a potem działań wojennych we Francji.
Kampanię francuską udało mu się przeżyć - Niemcy zmiażdżyli obronę kilka kilometrów dalej. Do kraju wrócił dopiero po 1956 roku. Po wyjściu z niewoli kilka lat przepracował jako ogrodnik u bogatego Francuza. Co go najbardziej zdumiało u francuskiego patrona? Ten bogacz uważał się za komunistę i nawet należał do Francuskiej Partii Komunistycznej!
Major, który znał komunistów z przedwojennej propagandy i o mały włos nie poznał ich osobiście, kiedy w 1939 roku na chwilę wpadł do domu we Lwowie, w żaden sposób nie potrafił sobie wyobrazić, na czym polega lewicowość jego pracodawcy. Powrót do komunistycznej Polski w żaden sposób nie pomógł mu w wyjaśnieniu tej zawiłości. W Polsce nawet wódz tutejszych komunistów nie był bogaty, palił papierosy w szklanej "lufce", dzieląc je na połowę dla oszczędności.
Myślę, że gdyby major przeżył w zdrowiu do dzisiaj, pewnie by zrozumiał, że przynależność do partii to nie jest kwestią poglądów ideologicznych, ale finansowych.