Ognie, fajerwerki, wybuchy i przejażdżka muzyka zespołu na pontonie na rękach widowni - czyli wszystko to, czego po show zespołu Rammstein się spodziewaliśmy.
I wszystko to otrzymaliśmy w piątek wieczorem w Atlas Arena Łódź. Podczas, można już tak śmiało powiedzieć, niezapomnianego koncertu niemieckiej formacji w łódzkiej hali.
Był to z pewnością jeden z najbardziej ekstremalnych wieczorów muzycznych, w jakich mogliśmy w Łodzi uczestniczyć. Zapowiedź mocnej, brutalnej dawki muzyki otrzymaliśmy już w wykonaniu supportu - tryskającego energią, demonicznego zespołu Combichrist.
Rammstein zaś najpierw przebił się przez ścianę za sceną m.in. przy pomocy palnika, a potem przetoczył się przez Arenę niczym czołg, chwytając za gardło od pierwszych dźwięków i nie puszczając ani na chwilę do ostatnich minut koncertu. Siła i moc płynąca z muzyki formacji podczas koncertu jest nie do wyrażenia w słowach i jedynie uczestniczenie w tym akcie daje wyobrażenie, jak daleko muzyka dziś zaszła.
Rammstein przygotował dla swoich fanów świetnie ułożony zestaw piosenek. Mieliśmy i "Ich tut dir weh", i "Pussy", i "Weisses fleisch", i "Feuer Frei!", i "Fruehling in Paris", czy w końcu "Engel". Wszystko "opiekane" ogniem z miotaczy, iskrami rzucanymi przez wokalistę zespołu, Tilla Lindemanna, a przede wszsytkim fantastycznie oświetlone. Do swojej muzyki Rammstein przygotowali zaiste piekielne show i trzeba przyznać, że perfekcyjnie jedno do drugiego pasowało.
O fakcie, że Rammstein doskonale się podczas koncertu sprawdza, można się było przekonać obserwując fenomenalnie bawiącą się publiczność, bez chwili oddechu dotrzymującą tempa zespołowi. Co więcej, śpiewającą w języku niemieckim razem z muzykami i bez nich. Till kończąc koncert podziękował za to, mówiąc bardzo udanie czystą polszczyzną: "dziękuję bardzo". Dziękujemy, Rammstein!