(© fot. Krzysztof Szymczak)
2010-03-22 17:45:44, aktualizacja: 2010-03-22 17:47:19
Ósmą debatę, poświęconą łódzkiemu bezpieczeństwu, zdominowała młodzież. Bo to od niej właśnie zależy, czy za kilka lat nie ockniemy się w zupełnie innym mieście. Mieście, co najgorsze, znacznie mniej bezpiecznym dla swoich mieszkańców niż obecnie.
Paweł Domarecki
W imieniu organizatorów naszych debat z cyklu Forum Łódź bardzo serdecznie witam państwa na kolejnym naszym, ósmym już spotkaniu, poświęconym ważnym łódzkim problemom. Mówiliśmy już o kulturze, inwestycjach, mieście obywatelskim, o wielu sprawach, które będą ważne i jutro, i za rok. Za każdym razem wypracowywaliśmy podczas tych debat konkretne rozwiązania. Dzięki temu są one ważne dla naszego miasta. Gościmy dziś w przyjaznych nam salach Instytutu Europejskiego w Łodzi. Przedstawię naszych dyskutantów: pani doktor Elżbieta Michałowska z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego, Sebastian Rybarczyk - członek rady Fundacji "Projekt Łódź", Sebastian Tylman - radny, wiceprzewodniczący Komisji Ładu Społeczno-Prawnego Rady Miejskiej Łodzi oraz Jarosław Orszulak - zastępca komendanta łódzkiej straży miejskiej do spraw prewencji. Zaproszona była jeszcze jedna osoba, ze sztabu łódzkiej policji, ale widocznie sama policja uznała, iż w naszym mieście jest tak bezpiecznie, że jej obecność na naszym spotkaniu nie jest jednak konieczna. Pewnie będziemy o tym i tak mówić, zacznę więc od dwóch słów: zero tolerancji. To sformułowanie od wielu lat robi ogromną karierę. Najpierw w USA, potem w miastach europejskich. Rozmawialiśmy na ten temat z przedstawicielami samorządów nie tylko polskich miast, którzy mówili, że najważniejszy jest tu prosty wskaźnik: poczucie bezpieczeństwa u samych mieszkańców. Bo tak naprawdę - gdy oni czują się bezpiecznie, to wszystko jest OK, jakoś ten system zapewnienia bezpieczeństwa działa. Najgorzej jest wówczas, gdy niby obiektywnie jest w porządku, subiektywnie jednak nie. Czasami niewiele trzeba, aby taki stan zmienić. Pierwsze pytanie kieruję zatem do pani Elżbiety Michałowskiej. Jakie jest poczucie bezpieczeństwa łodzian?
Elżbieta Michałowska
Trudno mi powiedzieć, jakie jest poczucie bezpieczeństwa wszystkich łodzian. Zajmuję się tą tematyką w odniesieniu do dzieci i młodzieży. Przyniosłam kilka egzemplarzy książki, która ukazała się po jednych z największych badań w tym zakresie - dotyczących bezpieczeństwa dzieci i młodzieży w rodzinie i w Łodzi. I muszę powiedzieć, że trochę mnie niepokoi fakt, że tych, którzy stoją na straży bezpieczeństwa w Łodzi - czyli przedstawicieli policji - tu z nami dziś nie ma. Że nie są zainteresowani tym problemem.
Mogę oprzeć się na badaniach nad poczuciem bezpieczeństwa dzieci i młodzieży, prowadzonych przez dwa lata w ramach grantu prezydenta Łodzi. Badania duże, bo obejmujące 18 tysięcy osób we wszystkich typach szkół. Prowadziliśmy je praktycznie w każdej szkole. Chcieliśmy zobaczyć, jak jest z tą agresją, która w szkołach z całą pewnością występuje. Jakie czynniki ją generują, co wpływa na to, że młodzież przestrzega reguł albo nie. Albo tworzy własne zasady, albo przestrzega zasad powszechnie uznawanych.
Poczucie bezpieczeństwa wśród dzieciaków budują trzy środowiska: przede wszystkim rodzina, szkoła i środowisko rówieśników. Szeroko rozumiane: nie tylko w szkole, ale i w sąsiedztwie, najbliższej okolicy. Muszę powiedzieć, że wyniki tych badań są dla nas niezwykle inspirujące. Dlatego że wynika nich po pierwsze, iż łódzka rodzina jest w dramatycznej sytuacji. Że dzieci nie czują się bezpiecznie w rodzinie, ponieważ w rodzinie nie ma wzorca męskiego. Wystarczy powiedzieć, że 30 procent badanych powiedziało, że ojca w ogóle nie ma w domu. Albo w sensie emocjonalnym, albo w sensie faktycznym. Wszystko spoczywa zatem na barkach kobiet. Tylko to nie jest już taka matka Polka jak niegdyś. Zarobiona, zapracowana. To kobieta aktywna zawodowo, która jednocześnie znajduje czas na zajmowanie się dziećmi.
Badaliśmy także środowisko szkolne. Zauważcie państwo, że od lat mówi się o tym, że w polskich szkołach zjawiska związane z agresją i przestępczością nasilają się. W tych naszych badaniach, także w moich innych analizach, ponieważ ja tą problematyką zajmuję się od drugiej połowy lat 90., dotyczy to nie tylko kwestii poczucia bezpieczeństwa, ale różnych typów zagrożeń, także problematyki rozmaitych uzależnień. I od kiedy prowadzę te badania, czyli od piętnastu lat, ciągle mówi się, że w szkołach jest coraz gorzej, że szkoły mają coraz trudniejszą sytuację, że trafiają do nich coraz trudniejsze dzieciaki. Jest cały system programów, które mają uczyć nauczycieli, jak radzić sobie z takimi problemami, są szkolenia. Ale te szkolenia... sami państwo wiecie, jak się odbywają. Nauczyciele są szkoleni pod koniec roku kalendarzowego, bo wtedy są na to środki. I wiem od nauczycieli, że listopad i grudzień oznaczają dla nich intensywne przesiadywanie na szkoleniach, z których nic nie wynika. Bo trzeba wydać pieniądze... Jak sobie radzić z agresją młodzieży, jak sobie radzić z przestępczością młodzieży na terenie szkoły... Lecz te szkolenia nie dają instrumentalnej wiedzy. One dają wiedzę ogólną, ale nie dają narzędzi, by nauczyciel sobie skutecznie radził sam. Przypomnę pewne wydarzenie: doszło do pobicia nastolatki przez rówieśniczki. I co z tego wyniknęło? To, że dziewczyna, która została pobita, musiała przez prawie trzy tygodnie czekać na pomoc psychologiczną. Bo takie są procedury. Nie ma natychmiastowego wsparcia dzieci, które są dotknięte przemocą, dotknięte zatem zjawiskami przestępczymi.
Z naszych badań wynika też, że nie tylko nauczyciele sobie nie radzą - i to nie tylko dlatego, że nie chcą, ale oni po prostu tego nie potrafią. Nie mają technicznych możliwości, które pozwoliłyby im skutecznie ten problem rozwiązywać. Po drugie - szkoły są także wewnętrznie zróżnicowane - trafia do nich przecież różna młodzież. Młodzież, która przynosi wzory zachowań z własnych środowisk. Kiedyś próbowano taką młodzież izolować. Wyrzucać do zamkniętych ośrodków, tam ją poddawać intensywnej resocjalizacji i tworzyć zamknięte miejsca, aby szkoły uwolnić od takich zjawisk. Natomiast w krajach wysoko rozwiniętych stworzono ideę szkół drugiej szansy. Chodzą do nich dzieciaki, które sobie nie radzą, które mają problemy środowiskowe. U nas takiego modelu w ogóle nie bierze się pod uwagę.
Z badań wynika także, że głównymi źródłami zachowań rodzących poczucie zagrożenia, wskazujących na wysoki poziom niebezpieczeństwa, są też pewne szczególne sytuacje uczniów. Bardzo często inicjatorami zdarzeń niebezpiecznych są uczniowie, którzy generalnie są postrzegani jako nosiciele zachowań negatywnych. Zawsze jest jakoś tak, że gdy w szkole ktoś narozrabia, to my już mamy winnych. Ci "winni" - uczniowie, którzy w przeszłości inicjowali zachowania negatywne - są już na zawsze napiętnowani.
Nie będę tych badań szczegółowo relacjonowała, bo nie miejsce i czas na to, ale płynie z nich (i nie jest to tylko pycha badaczy) niezwykle dużo praktycznej wiedzy. Co zrobić, żeby młodzież w szkołach czuła się bezpieczniej, żeby dawać nauczycielom instrumenty. To praktyczna wiedza. Ale gdy organizowaliśmy konferencję, żeby zaprezentować wyniki łódzkich badań, na naszą, badaczy, prośbę odpowiedziało tylko pięciu dyrektorów szkół. Przyszli dopiero wtedy, gdy dyrektor wydziału edukacji wystosował do nich taką prośbę. Nie było nikogo z Rady Miejskiej Łodzi. Nie było nikogo z innych zaproszonych instytucji, które nie wyraziły tym samym zainteresowania unikatowymi wynikami tych badań. W Polsce nigdzie indziej nie były one prowadzone. Dają tymczasem konkretną wiedzę, umiejętności pozwalające przeciwdziałać poczuciu zagrożenia. I specjalnie nic z tego nie wyniknęło zarówno w kwestii czasu wolnego, sytuacji w rodzinie, w środowisku szkolnym.
Dlatego - zamykając moją wypowiedź, pragnę zwrócić uwagę na to, że bardzo wiele różnych badań prowadzi się w Łodzi, uczestniczy w nich wiele instytucji naukowych. Tymczasem koordynacji, czy próby wykorzystania tego - brak. A przecież my to robimy po to, by dać miastu konkretną wiedzę, którą urzędnicy mogliby przekształcać w efektywne instrumenty.(...)
Paweł Domarecki
Poruszyliśmy tu bardzo ważny temat. W końcu już stare polskie przysłowie mówi: czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci. A potem po łódzkich bramach stoi. Zaś hasło "Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie" także dobrze znamy. Do tego wątku dyskusji wrócimy. Bardzo mi się podobało to, co pani doktor powiedziała na początku. Że Łódź jest specyficznym miastem, ze specyficznym modelem rodziny. Ale to jest jeden obszar: szkoła, rodzina. Ja zaś mam pytanie do pana komendanta Jarosława Orszulaka: jak obecnie wygląda w praktyce - w państwa statystykach - dynamika rozmaitych zdarzeń uważanych w Łodzi za niebezpieczne.
Jarosław Orszulak
Poziom agresji wśród młodych osób w Łodzi jest bardzo wysoki. Straż miejska cały czas prowadzi tę statystykę. Ona, niestety, jest cały czas wzrostowa. Coraz więcej interwencji podejmowanych jest przez straż w stosunku do ludzi młodych. Młodość pewnie ma swoje prawa, ale agresja wśród młodych łodzian jest bardzo bardzo duża.
Paweł Domarecki
Panie komendancie, czy to oznacza, że statystyka przestępstw, wykroczeń, obejmująca osoby nieco starsze - jest w Łodzi mniej więcej stała, a rośnie głównie na skutek działań popełnianych przez łódzką młodzież?
Jarosław Orszulak
Tak właśnie jest. Nie odnotowujemy przestępstw, ale wszelkie wykroczenia, np. związane z piciem alkoholu, szybko narastają. W 2008 roku 1500 przypadków odwiezienia do Miejskiego Ośrodka Profilaktyki i Terapii Uzależnień, a rok później takich zdarzeń było już 4500. W 2007 roku mieliśmy jednak mniej pojazdów do przewożenia takich osób. Gdybyśmy tych pojazdów mieli więcej - pewnie interwencji też byłoby więcej.
Paweł Domarecki
Już w pierwszych minutach naszej debaty weszliśmy więc w praktyce w samo oko cyklonu. Bo właśnie zdiagnozowaliśmy jedną z ważnych przesłanek, stojących u podstawy braku poczucia bezpieczeństwa wśród łodzian. Już widzimy, że zarówno skutki, jak i przyczyny narastają tu głównie wśród ludzi młodych...
Elżbieta Michałowska
Dysponujemy najnowszą statystyką z Komendy Głównej Policji, która udowadnia, że przestępczość wśród ludzi dorosłych jest w Polsce już od kilku lat stabilna, nawet z tendencją spadkową. Natomiast jeśli chodzi o polską, więc i łódzką młodzież, dynamika zdarzeń z jej udziałem lawinowo narasta. Dynamika jest tu niezwykle wysoka - w ogóle w Polsce, więc myślę, że i w Łodzi. I co jeszcze interesujące: wśród dorosłych przestępców dominują mężczyźni, a tylko trzy do pięciu procent sprawców to kobiety. Natomiast wśród młodych dziewczyny i chłopcy wchodzą na drogę przestępczości i demoralizacji, idąc łeb w łeb, po równo. Ale to jest w tym wszystkim problem najpoważniejszy. Obecnie w Polsce najbardziej spektakularne wydarzenia dotyczą tej grupy.
Paweł Domarecki
Jakie miejskie programy, służące poprawie bezpieczeństwa w Łodzi, są obecnie realizowane? Czy do radnych także docierają takie sygnały, o których tu mówiliśmy? Jak współpracujecie z odpowiednimi służbami, by przeciwdziałać narastaniu w Łodzi opisywanych dziś niekorzystnych zjawisk?
Sebastian Tylman
Ze strony miasta duże znaczenie mają finanse. Od momentu, kiedy zostałem radnym, wydatki miasta na bezpieczeństwo wzrosły o 300 procent. Gdy w 2006 roku zasiadałem w Radzie Miejskiej Łodzi, wydatki miasta na policję, bo one są tu najbardziej znaczące, wynosiły 1,6 miliona złotych rocznie. Dziś doszliśmy już do 4,5 miliona. Co roku staramy się tych środków przekazywać coraz więcej. Od trzech lat mamy zapisane w budżecie kwoty na dodatkową służbę patrolową, która poprawia bezpieczeństwo na łódzkich osiedlach. Trzy lata temu było to 600 tysięcy złotych, a w tym roku podpisujemy umowę na milion złotych na dodatkowe służby patrolowe w mieście. Myślę, że przełoży się to na bezpieczeństwo na łódzkich osiedlach. To samo dotyczy bezpieczeństwa pożarniczego - tu środki też wzrastają.
Jedną z rzeczy, które chcemy w tym roku wprowadzić, jest inteligentny monitoring. Czyli taki system obserwacji przez kamery, który sam reaguje na zdarzenia łamiące prawo. Np. jeśli dochodzi do jakichś bójek, taka kamera informuje osobę nadzorującą system - i szybko można wtedy wysłać w dane miejsce patrol policji czy straży miejskiej. Wszystko wskazuje, że w tym roku uda nam się ten projekt zacząć realizować.
Paweł Domarecki
Pamiętam, że jakiś czas temu pisaliśmy już o takim projekcie, ale wówczas ktoś chyba coś przeszacował, koszty w przeliczeniu na jedną kamerę okazały się kilkakrotnie wyższe niż w innych miastach i to w efekcie odłożono. Mówię o tym, ponieważ tak naprawdę bezpieczeństwo to nie tylko nakłady, finanse. Wiele miast, także w Polsce, wydaje na ten cel wiele, a skutki są mizerne. Z kolei tam, gdzie zmieniono strategię działania - zarówno policji, jak i straży miejskiej, bo paradoksalnie - to nie policja, a straż miejska stanowi w mieście pierwszą linię, tam okazało się, że można zapobiegać narastaniu niekorzystnych zjawisk. Mówię tu właśnie o strategii "zero tolerancji".
Sebastian Tylman
Bez pieniędzy nie damy rady. Muszą być programy. Policja ma takie programy kierowane do najmłodszych, podobnie straż miejska. Pan komendant z pewnością będzie mógł przytoczyć przykłady programów, które realizują.
Elżbieta Michałowska
Jest mnóstwo programów, które gdzieś się sprawdziły. Powiedzmy, że program zero tolerancji w Nowym Jorku Giulianiego, który był potem wzorem dla wielu innych miast... Ale za tym szły ogromne pieniądze. Bez pieniędzy się tego nie zrobi. Bo to oznacza natychmiastowe naprawianie szkody, mnóstwo patroli na ulicach, odejście od patrolowania w pojazdach na rzecz patrolowania pieszego. A to też wymaga przebudowy mentalności policji... W końcu policjant w samochodzie czuje się bezpieczniejszy niż na chodniku. Problem polega jeszcze na tym, że są pewne sprawy, na które można reagować w mieście natychmiast. To nie wymaga dużych nakładów, a pozwala budować i świadomość, i poczucie bezpieczeństwa wśród mieszkańców. Bo co buduje poczucie bezpieczeństwa? To, że wokół jest porządek, ład, że naprawia się zniszczenia...
Paweł Domarecki
Teoria stłuczonych szyb...
Elżbieta Michałowska
To także. Ale gdyby zacząć od pewnych elementarnych działań w tym zakresie, właśnie pilnowania porządku na bieżąco - to już buduje pewną świadomość, że coś się dla mnie, mieszkańca, dzieje korzystnego. Oczywiście duże programy wymagają dużych pieniędzy. Ale aby reagować na drobne sprawy... To wymaga tylko pewnej gotowości w nas samych...
Sebastian Rybarczyk
Chciałbym się tu odnieść do idei zero tolerancji. Bo owo "zero tolerancji" to jest nazwa polityczna dla teorii George'a Kellinga oraz Catherine Coles - tzw. teorii "wybitych szyb", zrodzonej w latach 70. XX wieku, która była wprowadzona przez burmistrza Nowego Jorku Giulianiego. Zaczęła być wprowadzana w Nowym Jorku jeszcze przed Giulianim, w roku 1984, na początku na terenie nowojorskiego metra.
Co ona mówi? Dlatego nazywa się teorią wybitych szyb, bo jej twórcy uważają, że jeżeli na jakimś osiedlu pojawi się choćby jedna wybita szyba i nie będzie szybko wprawiona, to automatycznie dla społeczeństwa płynie z tego przekaz, że nikt o to na tym terenie nie dba. Szybko więc pojawiają się kolejne wybite szyby, co za tym idzie - pojawia się graffiti, pojawiają się żebracy i to psuje cały ten kwartał ulic. Oczywiście to jest pewna metafora, bo ową jedną "wybitą szybą" może być na przykład koczujący bezdomny, to mogą być opuszczone mieszkania, zdewastowane wiaty na przystankach komunikacji miejskiej czy prostytutki na ulicach. Tu chodzi o pewną zasadę.
Jeśli myślimy o rozwiązaniu problemu braku bezpieczeństwa w Łodzi, a ono istnieje głównie w świadomości społecznej, bo wszystkie wskaźniki pokazują, że w Łodzi nie jest aż tak źle, że możemy się nimi pochwalić wobec innych polskich dużych miast, to ów problem jest związany głównie z brakiem czegoś, co można nazwać porządkiem publicznym. Zauważcie państwo: osoby, które kiedykolwiek w swoim życiu zostały napadnięte, pobite to znikomy procent mieszkańców Łodzi. A mimo to cała reszta łodzian nie czuje się bezpiecznie. Bo jej poczucie bezpieczeństwa jest zwodzone poprzez młodzież, wystającą pod sklepami z alkoholem, poprzez meble, które wystawia się przy śmietniku, a one automatycznie stają się miejscem libacji alkoholowych i tak dalej. W związku z tym istotą poprawy poczucia bezpieczeństwa w mieście jest kwestia szeroko pojętego porządku publicznego. I może to zrealizować sama gmina narzędziami i prawem, które są jej przypisane. Jeżeli gmina nie zacznie sprzątać śniegu, to będzie bardzo jasny sygnał dla mieszkańców miasta, że nie ma nikogo, kto się tym interesuje. Jeżeli na przystanku autobusowym mamy zapchany albo zdewastowany kosz na śmieci - to zaraz ten przystanek także zostanie zdewastowany, ponieważ młodzież, która tamtędy przechodzi, będzie uważała, że brak tam gospodarza.
Jak sobie z tym poradzono w Nowym Jorku? Miałem okazję być parę razy na Manhattanie, rozmawiać o tym z Kellingiem. Otóż są to metody często lekceważone w Łodzi, a bardzo skuteczne. Podam tu tylko przykład nowojorskiego metra. Akcję rozpoczęto w roku 1984, a zakończono w roku 1990. Na sali mamy dziś głównie ludzi młodych. Jak sobie obejrzycie amerykańskie filmy o Nowym Jorku z lat 70. i popatrzycie, jak wygląda na nich metro, to zobaczycie, że jest ono zabazgrane graffiti - i same pomieszczenia, i pociągi. Kierownictwo metra wydało więc wojnę graffiti. Każdy pociąg, pokryty w ciągu dnia takimi malunkami, był czyszczony i dopiero wtedy mógł wrócić na trasę. Bez usunięcia graffiti nie było to możliwe. Podobnie jeśli chodzi o pomieszczenia - graffiti usuwano w nich na bieżąco. Wszyscy pukali się wówczas w głowę i mówili, że przecież nowojorskie metro ma większe problemy, spóźnia się - a wy tu sobie walczycie z graffiti. Lecz efekt tej walki jest taki, że w tej chwili metro nowojorskie jest najbardziej bezpieczną koleją podziemną na świecie i jedną z najbardziej czystych. Co się z tym wiąże? Przekładając to na język łódzki - jeśli mamy autobusy i tramwaje, które zimą i nie tylko toną w brudzie, to nie należy się dziwić, że część młodzieży, ta wśród której słabsze jest przestrzeganie norm społecznych, albo po prostu pijaczkowie, którzy wsiadają do łódzkich tramwajów, zaczynają je dewastować. Bo mają takie wrażenie, że nikt o to nie dba.
Jarosław Orszulak
Mamy w mediach takie określenie - znieczulica społeczna. Czyli że obywatele nie reagują. Nawet zatem gdyby tej policji i strażników było w mieście pełno, dziesięć razy tyle, co obecnie. to ona nie zapewni nam poczucia bezpieczeństwa, jeśli my sami nie zaczniemy w pewnych sytuacjach reagować. Ale ta znieczulica w Łodzi jest coraz mniejsza. Codziennie odbieramy ponad 400 telefonów z prośbami o interwencję. Wiadomo, że nie na wszystkie możemy od razu zareagować, bo nie mamy tylu ludzi, ale to jest ogromna masa informacji, która do nas co dzień spływa. Może gdyby to przerzucić także na sferę przestępstw w Łodzi - tego reagowania na nie i na zagrożenia przez ludzi - może i tu byłoby łatwiej z tym walczyć.
Paweł Domarecki
Chciałbym spytać pana radnego Tylmana o rzecz następującą. Mamy już zdiagnozowaną sytuację: widzimy grupy i środowiska oraz rejony zwiększonego ryzyka, widzimy, co może zrobić miasto, ale... nie chciałbym tu znów skupiać się na łódzkiej młodzieży, bo ona wcale nie jest taka zła i nie zrzucajmy na nią wszystkich niekorzystnych zjawisk w mieście. Chciałbym, żebyśmy tu porozmawiali o czymś innym. O owym braku nadzoru miasta nad całymi obszarami swego życia. O tym, że łodzianie nie widzą na co dzień gospodarza w mieście. A to, jak tu już powiedzieliśmy, jedna z podstawowych, choć działająca nie wprost, przyczyna wzrostu i poziomu zagrożeń, i coraz mniejszego poczucia bezpieczeństwa. Brak gospodarza. Czy to oznacza, że do tej pory działania łódzkich urzędników i radnych były takie, że tego gospodarza nie było po nich u nas widać?
Sebastian Tylman
W tej sytuacji musimy wrócić do tego, co miało w Łodzi miejsce przed 17 stycznia 2010 roku. Według mnie, gospodarza w mieście nie było. I wydaje mi się, że 17 stycznia łodzianie także i to negatywnie ocenili. Według mnie, punktem wyjścia są właśnie pieniądze, których brakuje. Na oczyszczanie miasta, na programy profilaktyczne. Tu padł argument śniegu... Za chwilę okaże się, że i na to środków nie ma, bo za mało ich zarezerwowano w budżecie...
Paweł Domarecki
Ale taka śnieżna zima występuje raz na parę lat, rozmawiamy tu o czymś innym. Jeżeli mówimy tu, że całe wsparcie miasta na patrole to milion złotych rocznie, a miasto tymczasem lekką ręką wydawało po kilkanaście czy kilkadziesiąt milionów na rzeczy niepotrzebne, to może tu tkwi odpowiedź? W braku pilnowania przez całe lata, także przez miejskich radnych - łódzkich priorytetów?
Sebastian Tylman
Te środki cały czas rosną. Ale prowadzone są też programy - na przykład "Trener osiedlowy" - z których dzieci masowo korzystają. Przez kilka miesięcy, o ile pamiętam, tylko z tego programu skorzystało około 30 tysięcy łódzkich dzieci. Dzieci, które mogły się włóczyć po osiedlach, a tymczasem miały zajęcie.
Elżbieta Michałowska
Ad vocem: chcę zwrócić uwagę państwa, że kilka lat temu, pod koniec lat 90. jeszcze istniały w Łodzi znakomite świetlice socjoterapeutyczne dla dzieci i młodzieży, które spełniały niezwykle cenną rolę. Dawały dzieciom z trudnych środowisk szansę odrabiania lekcji, spokoju, zabawy, kontaktu z innymi. One zostały przez miasto zlikwidowane. Teraz się odradzają poprzez różne formy stowarzyszeń, ponieważ łodzianie, budując społeczeństwo obywatelskie, wzięli sprawy w swoje ręce. I co jest cenne - że to są młodzi ludzie, tworzą fundacje, stowarzyszenia i one zakładają te ośrodki na nowo, pomagają dzieciom. Temu ogromnemu problemowi łódzkiej młodzieży trzeba dać w mieście absolutny priorytet. Bo to, jaka ona będzie - określi los Łodzi. Żyje w trudnych czasach, ma inne możliwości, wiele trudności w osiąganiu celów wynikających z owych nowych możliwości... Ale jeśli młodzież nie będzie łódzkim priorytetem, jeśli miasto nie uwzględni wyników prowadzonych przez nas od lat badań, dotyczących przeciwdziałaniu patologii, w dzielnicach zagrożonych...
Paweł Domarecki
Czyli w istocie mapy łódzkich zagrożeń...
Elżbieta Michałowska
Ależ ta mapa jest gotowa! Socjolodzy z Uniwersytetu Łódzkiego ją dawno stworzyli! Mapę obszarów w Łodzi dotkniętych największym bezrobociem, pauperyzacją, biedą...
Paweł Domarecki
Czy miasto z tego korzysta? Czy ktoś się w ogóle do państwa z magistratu albo od radnych zgłosił, by się z nią zapoznać? By podejmować potem bardziej trafne decyzje?
Elżbieta Michałowska
Należałoby zapytać miasto. Mamy mnóstwo publikacji, rozsyłamy je, zapraszamy miasto na konferencję, a mam wrażenie, że te badania były miastu potrzebne tylko po to, by urzędnicy mogli potem powiedzieć, że te badania zostały zrobione. Że je mamy. Zażądano od nas tylko książek i tyle. Czy do radnych te książki, wyniki badań dotarły?
Paweł Domarecki
Widzę, że radny Tylman kręci przecząco głową, czyli - chyba jednak nie dotarły.
Elżbieta Michałowska
Jest mapa zagrożeń, jest lista szkół uporządkowanych wedle wskaźnika bezpieczeństwa. Wymieniliśmy przecież w kolejności szkoły najbardziej niebezpieczne i te bezpieczniejsze. Z tymi niebezpiecznymi robiliśmy badania dodatkowe. W gruncie rzeczy para poszła w gwizdek! Zespół badawczy pod kierownictwem profesor Wielisławy Warzywody-Kruszyńskiej z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Łódzkiego zrobił mapę łódzkiej biedy i niedostatku. I nic z tego nie wynika. Brałam udział w projekcie rewitalizacji społecznej starych dzielnic, wybranych specjalnie w tym celu. Brałam udział w tym projekcie i jestem ciekawa, jakie on będzie mieć rezultaty. Bo tam zaproszono mnóstwo młodych ludzi, prowadzących na tym terenie swoją działalność. Jest fantastyczne stowarzyszenie Białe Gawrony, które na ulicy Wschodniej prowadzi niezwykle ciekawą działalność. Ale Białe Gawrony już zdychają. Nie mają wsparcia, pomocy finansowej ze strony miasta. Nie ma odzewu, zainteresowania. Jest fantastyczna inicjatywa Grupy Pewnych Osób, która prowadzi taką działalność na Lipowej, tam gdzie też jest bardzo źle. Gdzie też dzieciaki są w dramatycznej sytuacji.
Prowadziłam badania, z których wynika, że łódzkie dzieci nie są wpuszczane do domu przez swoich rodziców, bo muszą przynieść pieniądze albo ukraść coś do jedzenia - inaczej nie mogą spać w domu. Mam badania, z których wynika, że rodzice, ojcowie, załatwiają nieletnim córkom klientów i dziewczyny te utrzymują całe rodziny - z prostytucji nieletnich. Te badania są i nikt tego nie bierze pod uwagę! Może dlatego jestem tak emocjonalnie zaangażowana w tę debatę i przyszłam, żeby porozmawiać, bo wydaje mi się, że my mamy bardzo mgliste i niejasne pojęcie o tym, co się wśród dzieci i młodzieży w Łodzi dzieje. I to nie są dzieciaki złe, tylko nieszczęśliwe, sfrustrowane, które nie potrafią sobie z tym poradzić.
Paweł Domarecki
Nawarstwiające się problemy społeczne, zwłaszcza w centralnych dzielnicach Łodzi, wywołały problemy i równie szybko nawarstwiające się pogorszenie stanu rzeczy. I nikt tego na czas nie zauważył?
Elżbieta Michałowska
Oczywiście. I to nie tylko Śródmieście - to także Stare Bałuty, Chojny, ulica Rzgowska... Wystarczyłoby spojrzeć na mapę Łodzi, na listę tych szkół, żeby wiedzieć, gdzie istnieją największe zagrożenia i gdzie adresować najbardziej intensywne działania. Bo jeśli my nie spróbujemy tam przeciwdziałać... Oczywiście, nie znajdziemy w ten sposób panaceum, przecież we wszystkich miastach świata zdarzają się miejsca, gdzie ludzie żyją w gettach. My w Łodzi mamy rozpoczęty proces gettyzacji - ze wszelkimi tego konsekwencjami. Gettyzacji, która jest taką nowoczesną formą marginalizacji społecznej. Gdzie się inaczej socjalizują te dzieciaki, gdzie panuje subkultura przetrwania, gdzie notuje się nasilenie zjawisk patologicznych, bo ci ludzie muszą przecież jakoś żyć. I kryminalizacja jest tam ogromna - lecz nie dlatego, że oni tego chcą. Ale dlatego, że oni inaczej nie potrafią.