A zatem punkt pierwszy: wielkie historią, osiągnięciami i rozmachem działalności łódzkie kluby sportowe. Czyli nie tylko Widzew i ŁKS, ale i 340 innych podobnych organizacji sportowych. Kluby te muszą cały czas walczyć o przetrwanie na coraz trudniejszym rynku. Tymczasem łodzianie sport kochają. Swoje kluby i zespoły sportowe też. Zwłaszcza piłkarskie. Ale i od nich wymagają. I to niemało.
Druga sprawa: nowe sportowe inwestycje miejskie. Komu właściwie mają służyć? Dla kogo mają być budowane i przez kogo utrzymywane? To dobrze, że podczas naszej debaty padały takie pytania, choć nieco dziwi, że dopiero... po fakcie. Hala widowiskowo-sportowa Atlas Arena już przecież jest, stoi...
A nawet czasami coś zarobi. No i dobrze, choć przecież dla łódzkiego lokalnego sportu na razie, i pora to wreszcie po naszej debacie mocno i otwarcie powiedzieć - jest nadal absolutnie nieprzydatna. Bo jak na nasze miejskie, ba! regionalne potrzeby, okazała się (jakby nie można tego było przewidzieć) za wielka. Finansowo zatem niedostępna.
Nasi dyskutanci i goście mówili o tym, że Arena stoi pusta i jest zamknięta dla łódzkich sportowców, dlatego że zwyczajnie nie nadaje się, poprzez koszty wynajmu związane z tymi ogromnymi jak na potrzeby łódzkich klubów rozmiarami, do codziennych treningów czy rozgrywania w niej ligowych meczów. Także dlatego trzeba do jej eksploatacji dokładać z miejskiej kasy grube miliony rocznie. Miliony, których tym samym braknie na inne potrzeby ze sportem w mieście związane. Ot, czysta i brutalna ekonomia, z hukiem ostatnio sprowadzająca nam w Łodzi na ziemię rozlicznych, nieznających wagi publicznego pieniądza, wizjonerów. Także tych postulujących budowę na Brusie torów kajakowych, a nawet... torów Formuły 1.
Teza tej części naszej debaty była zaiste niecodzienna: jej uczestnicy postulowali wręcz szybką budowę w Łodzi kolejnej hali, co najmniej dwukrotnie mniejszej od Areny. Bo propaganda propagandą, a łódzkie zespoły siatkówki, koszykówki czy piłki ręcznej w realnym mieście nie mają już gdzie grać i prowadzić rozgrywek. To jedno mówi chyba wszystko o dotychczasowym poziomie miejskiego strategicznego planowania i nadzoru nad inwestycjami w łódzką sportową infrastrukturę. Ponieważ, jak okazało się podczas debaty, problemem naszego miasta jest nie tyle brak środków na sport, co ich rozsądne wydawanie. Lecz zostawmy nieszczęsną, słono dotowaną i przez większą część roku ziejącą pustką Arenę w spokoju, bo łódzkie obiekty sportowe to nie tylko ona. To także inne obiekty, w tym hala stara - przy ul. Skorupki, mniejsza, ale przecież dużym nakładem wyremontowana. I inne miejsca, szybko zmieniające się w ruinę. Te obiekty muszą służyć nie tylko łódzkiemu i polskiemu sportowi, ale i miastu, więc rodzi się tu od razu pytanie o ich strategiczne przeznaczenie i przyszłość, koszty ich eksploatacji i docelowy rozmiar miejskich w nie dotacji.
Łódzki sport to też nadal nierozstrzygnięta kwestia budowy stadionu miejskiego.
W pachnących rozrzutną gigantomanią wstępnych przymiarkach sprzed kilkudziesięciu i kilkunastu jeszcze miesięcy - mógł on kosztować, wraz z infrastrukturą towarzyszącą, nawet kilkaset milionów złotych. Obecnie mówi się o góra 150 milionach od miasta. Skąd ten co najmniej dwukrotny spadek prognozowanych wydatków Łodzi na ten cel? Może wreszcie radni: ci sami, którzy totalnie zlekceważyli debatę, na której pojawiła się praktycznie cała licząca się sportowa Łódź - zaczynają przynajmniej troszkę bardziej cenić nasze pieniądze. Lecz jeśli nawet... to nie dziwi: kasa miasta pustoszeje w zastraszającym tempie, jest ono zadłużone jak nigdy dotychczas.
I ostatni obszar naszej debaty: sport masowy, zwłaszcza amatorski oraz dzieci i młodzieży. Powiedzmy sobie szczerze. Tu, w Łodzi, najmłodsi poza grą w gałę, czyli piłkę nożną, po prostu nie mają gdzie sensownie bawić się w inne sporty zespołowe. Właśnie dlatego, że o tej podstawie rozwoju sportu w każdym rozsądnie planującym swoją przyszłość mieście, politycy łódzcy niezbyt usilnie dotychczas (poza orlikami) myśleli.
A przecież właśnie na wychowywanie sportowe młodzieży łódzkiej powinny iść największe samorządowe pieniądze i projekty. Bo właśnie to, a nie tylko wyczyn (choć i rozsądna dbałość o sport kwalifikowany jest potrzebna) tworzy przyszłość zdrowej miejskiej społeczności na kolejne dekady - zwracali uwagę paneliści i obserwatorzy naszej debaty. Rolą samorządu jest bowiem, owszem, dbanie o infrastrukturę sportową, ale w konkretnym celu: by służyła ona przede wszystkim mieszkańcom, a nie wyłącznie przyjeżdżającym sporadycznie do Łodzi na jedną czy drugą imprezę działaczom, widzom i drużynom z zewnątrz. Takie bowiem podejście stanowi odwrócenie pojęć
i zaprzeczenie roli samorządu w ogóle.
Nie chodzi i o to, by łódzki sport i związane z nim inwestycje stawały się cyklicznie kolejną kiełbasą wyborczą dla tego czy innego polityka. W dobrze zarządzanym mieście, w mądrej strategii rozwoju sportu chodzi o to, by te setki milionów publicznych złotych służyły jak najefektywniej nam, łodzianom i naszym dzieciom. Przez cały rok. I to była chyba teza naszej debaty najważniejsza.