Życie po życiu, czyli jak się odnaleźć poza Wiejską i wielką...

    Życie po życiu, czyli jak się odnaleźć poza Wiejską i wielką polityką w realu

    Dorota Kowalska

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Życie po życiu, czyli jak się odnaleźć poza Wiejską i wielką polityką w realu

    ©FOT. TOMASZ BOŁT / POLSKAPRESSE

    Do polityki wchodzą właściwie z biegu. Często nie podejmują wcześniej pracy w swoim wyuczonym zawodzie, niektórzy zupełnie tracą kontakt z rzeczywistością. Kiedy nagle znajdą się poza Wiejską, nie potrafią się odnaleźć .
    Życie po życiu, czyli jak się odnaleźć poza Wiejską i wielką polityką w realu

    ©FOT. TOMASZ BOŁT / POLSKAPRESSE

    O takich jak oni mówią w Sejmie: złoci młodziankowie. Adam Hofman, Mariusz Kamiński, ale nie tylko oni, o Sławomirze Nowaku też tak mówią. Młodzi, rzutcy, dobrze ubrani, inteligentni, czasami lekko aroganccy. Bez wielkich osiągnięć zawodowych, bo też niespecjalnie mieli czas realizować się jako prawnicy, menedżerowie czy lekarze - z biegu weszli do wielkiej polityki. Taki Hofman czy Nowak, z wykształcenia politolodzy, też nigdy nie zajmowali się "badaniem polityki", raczej czynnie uprawiali ją przy Wiejskiej.


    - Oni tak naprawdę nigdy nie prowadzili normalnego życia, nie pracowali zawodowo. Od razu trafili do innego świata: nieźle zarabiali, jeździli drogimi samochodami, mieli poczucie władzy - opowiada jeden z posłów. Potem, kiedy z tego świata wypadają, niespecjalnie wiedzą, jak odnaleźć się w realu.

    Nowak się zagubił - tak mówią w Platformie. Jako student założył w r.1994 własną firmę reklamową, był prezesem agencji reklamowej Signum Promotion, wiceprezesem Radia Gdańsk. Ale tak naprawdę od zawsze siedział w polityce.

    Zaczynał jak większość ludzi w otoczeniu Donalda Tuska: w Kongresie Liberalno--Demokratycznym. Po połączeniu z Unią Demokratyczną trafił do UW. Przez dwie kadencje pełnił funkcję szefa młodzieżówki UW - stowarzyszenia Młodzi Demokraci, którą wyprowadził z tej partii w 2001 r., podpisując jednocześnie umowę stowarzyszeniową z Platformą Obywatelską. Szybko zdobył zaufanie Tuska. Ambitny, uczył się angielskiego, chodził w dobrze skrojonych garniturach i potrafił przemawiać, a do tego rzeczowy i punktualny. W 2004 r. Nowak został posłem w miejsce wybranego do Parlamentu Europejskiego Janusza Lewandowskiego. Systematycznie, chociaż nie bez potknięć, piął się po szczeblach partyjnej kariery. Najbardziej przeżył ponoć aferę hazardową i swoje odwołanie z funkcji szefa gabinetu politycznego premiera. Największym zaskoczeniem było jednak przejście Nowaka do Kancelarii Prezydenta na stanowisko ministra odpowiedzialnego za kontakty z rządem i parlamentem oraz za sprawy bezpieczeństwa. Wrócił jednak do swojego mentora, dostał tekę ministra infrastruktury, był blisko przy premierze, aż do wybuchu słynnej afery z zegarkami. W listopadzie 2013 r. prokurator generalny poinformował o zamiarze wystąpienia do Sejmu o uchylenie immunitetu Sławomira Nowaka, śledczy chcieli mu przedstawić zarzuty związane z nieprawidłowościami w oświadczeniach majątkowych. Tego samego dnia Sławomir Nowak złożył dymisję, która została przyjęta przez premiera. Potem było już tylko gorzej. 16 czerwca Nowak złożył rezygnację z członkostwa w partii. Wcześniej "Wprost" ujawnił nagrania jego prywatnej rozmowy z byłym wiceministrem finansów Andrzejem Parafianowiczem, której przedmiotem była kontrola organów skarbowych dotycząca działalności gospodarczej jego żony. Pozostał jednak w klubie parlamentarnym PO. I zadeklarował, tym razem w "Newsweeku", że złoży mandat. Nie złożył. Pytania dziennikarzy o to, kiedy to zrobi, zbywa uśmiechem.

    - Moim zdaniem było tak: powiedział, że złoży mandat, bo myślał, że znajdzie pracę. Był swego czasu w Platformie kadrowym, załatwił robotę wielu ludziom. Teraz do nich poszedł i poprosił o posadę. Odmówili. Nikt nie chce u siebie Nowaka, bo z nim przyjdą prasa, pytania, kłopoty - mówi nam jeden z polityków prawicy. - Podjął obciachową decyzję, mandatu nie zwraca. Jest inteligentny, doskonale zdaje sobie z tego sprawę, tylko nie ma wyjścia: żyć trzeba - tak to widzi nasz rozmówca. I dodaje, że szanse Nowaka na pozostanie w polityce widzi słabo. Platforma po przegranych wyborach samorządowych nie może pozwolić sobie na błąd. Nie da miejsca na listach Nowakowi. Bo Nowak to obciach.

    Nowaków czy Hofmanów w polskiej polityce nie brakuje. Nie trzeba nawet narozrabiać, żeby znaleźć się na czarnej liście pracodawców. Czasami wystarczy znane nazwisko, by po odejściu z polityki szukać pracy miesiącami albo łapać się dorywczych zajęć. Chociaż, jasne, jest wielu polityków, którym się udało, o których - kiedy już znaleźli się poza Sejmem czy rządem - pracodawcy się bili. Od czego to zależy?

    - Od doświadczenia, wiedzy, szacunku, jakim darzy się konkretnego człowieka - wylicza jeden z polityków. Nie wszyscy młodzi politycy spełniają te kryteria, zwłaszcza jeśli jeszcze po drodze polecą na koszt podatników do Madrytu czy będą kręcić z drogim zegarkiem. Jest jeszcze jedna kwestia: tego, co robi się przed wejściem do polityki. Wielu młodych, o czym było już wcześniej, nie roni zbyt wiele.

    - Osadzają swoją karierę na założeniu, że będą w polityce do ostatnich dni - mówi jeden z parlamentarzystów. - A w polityce nigdy nie jest się raz na zawsze. Niestety, nie przyjmują tego do wiadomości - dodaje nasz rozmówca.

    Mirosław Drzewiecki: "Hofman, Kamiński to młodzi ludzie, którzy niczego innego, jak polityki, w życiu nie robili. Są wykształceni, skończyli studia, ale nigdy w zawodzie nie pracowali, nie mają pozycji zawodowej - będą musieli tak naprawdę zaczynać od zera. Ja? Po odejściu z polityki wróciłem tam, skąd do niej przyszedłem, prowadziłem przecież firmy, więc wróciłem do biznesu. Pewnie, że nie było łatwo, 20 lat byłem liniowym zawodnikiem w polityce, ale rodzinne firmy, które miałem ze wspólnikami, trwały. Tyle że czasy są inne, inna Polska, więc musiałem się tego biznesu uczyć trochę od nowa".
    Drzewiecki, który dwa razy znalazł się na liście najbogatszych Polaków tygodnika "Wprost", urodził się w tej samej wsi co Waldemar Pawlak: Modelu w gminie Pacyna w powiecie gostynińskim. Od małego miał żyłkę do biznesu i uchodził za dzieciaka, który doskonale liczy pieniądze. Rodzice przez 40 lat prowadzili sklep spożywczy w Łodzi. Mały Mirek najpierw ważył towary, potem obliczał ceny zakupów, ale jak przystało na człowieka zapobiegliwego, pieniędzy zarobionych w sklepie rodziców nie wydawał, a wpłacał na książeczkę oszczędnościową. W szkolnych konkursach na mistrza oszczędzania zawsze zajmował pierwsze miejsce, więc już jako student chętnie ruszał na saksy, bo zawsze można z nich było przywieźć jakąś konkretną walutę. Po studiach założył firmę krawiecką: szył ubrania, produkował dodatki odzieżowe, dzianiny, sprowadzał tkaniny z Dalekiego Wschodu. W najlepszych latach jego firma zatrudniała prawie pół tysiąca pracowników. Interes szedł doskonale, więc Drzewiecki otworzył jeszcze restaurację Wiedeńską przy prestiżowej łódzkiej ulicy: Piotrkowskiej.
    1 3 »

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama