RECENZJA: "Mów mi Vincent" [ZWIASTUN]

    RECENZJA: "Mów mi Vincent" [ZWIASTUN]

    Dariusz Pawłowski

    Dziennik Łódzki

    Dziennik Łódzki

    Bill Murray gra, jakby nie grał, a i tak - jak zawsze - pochłania całą uwagę widza i tworzy niezwykle złożoną postać
    1/2
    przejdź do galerii

    Bill Murray gra, jakby nie grał, a i tak - jak zawsze - pochłania całą uwagę widza i tworzy niezwykle złożoną postać ©Forum Film Poland

    Znamy to. Starość spotyka młodość, zgorzknienie uczy się od niewinności (i odwrotnie), dobroć kryje się w zgryźliwości. Film debiutującego w pełnym metrażu Theodore'a Melfiego ogrywa znane rozwiązania. Ale czyni to w niezwykle budujący, czysty i zajmujący sposób.
    "Mów mi Vincent" to popis tego, co ze schematami i stereotypami mogą uczynić świetni aktorzy. Bill Murray - aktor osobny, który gra, jakby nie grał, budując niezwykle złożone postaci - wciela się w tytułowego Vincenta, zrzędliwego samotnika, i dostając świetną postać tworzy jedną ze swoich najlepszych, najbardziej smakowitych ról. Są w nim uderzająca prawda i umiejętność oddziaływania na widza bez wydzierania emocji sztuczkami.
    Aktor zagarnia dla siebie ekran, jednocześnie nie odbierając pola do pokazania swoich umiejętności partnerom. Naomi Watts jako Daka, rosyjska prostytutka w ciąży, daje swojej postaci więcej życia, niż mogłoby to wynikać z pobieżnej lektury scenariusza, a Melissa McCarthy w roli sąsiadki Vincenta wychowującej samotnie syna pokazuje również swoje dramatyczne, nie tylko komediowe umiejętności. Murray i bardzo zdolny Jaeden Lieberher tworzą zaś jeden z najatrakcyjniejszych filmowych duetów dorosły-dziecko.

    "Mów mi Vincent" cieszy precyzyjną konstrukcją i dobrymi dialogami, z kilkoma wyśmienitymi żartami, czasem dość mocnymi: Wody mi odchodzą - krzyczy Daka, a Vincent odpowiada - to wezwij hydraulika. Melfi ani na chwilę nie popada w przesadę i nawet gdy wyciska łzy (a w finale jest ich cała rzeka), czyni to na poziomie, "dociskając" gdzie należy, ale nie przekraczając granicy żenady.

    Film nie sprowadza się do jednowymiarowej opowieści o wzajemnym oddziaływaniu życia u swojego startu z osobowością nie potrafiącą już w istnieniu dostrzec sensu i radości. Mamy tu bowiem wszystko i jeszcze więcej. Melfi "zaczepia" banki, służbę zdrowia, szkolnictwo, wykorzystywanie pracowników przez pracodawców, religijny galimatias, dyskryminację ze względu na pochodzenie itd. Ujmuje się za wykluczonymi, słabszymi, mniejszymi (także dosłownie), zagubionymi. Podkreśla, że pozory często mylą, a świętość zawiera się w tym, co na początku zda nam się nieświęte i polega na wznoszeniu się ponad swe wady. I choć odkryć tu nie znajdziemy, mamy bardzo udaną filmową robotę, serdeczny, pozytywny przekaz, nieco nadziei i parę zdań o człowieku, które zawsze warto przywoływać.

    A jedno z najważniejszych pytań, które tu nieustannie pada, brzmi: co ty właściwie o mnie wiesz? W rzeczywistości, która ułatwia nam natychmiastowe i ostateczne wydawanie ocen, staje się ono pytaniem elementarnym.

    Czytaj także

      Komentarze

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Najnowsze wiadomości

      Zobacz więcej

      Najczęściej czytane

      Polecamy

      Wideo

      Gry On Line - Zagraj Reklama