Kiedy robię coś dla innych, wyzwala się szczęście

    Kiedy robię coś dla innych, wyzwala się szczęście

    Anita Czupryn

    Polska

    Aktualizacja:

    Polska

    Z miłości do ludzi nauczyłem się biznesu. Odpowiedzią na biedę jest to, żeby każdy umiał zarabiać. To jest recepta - mówi ks. Jacek Stryczek, inicjator Szlachetnej Paczki
    Kiedy robię coś dla innych, wyzwala się szczęście

    ©fot. Bartek Syta

    Urodził się Ksiądz w maju, w maju miał również święcenia kapłańskie. Założył Ksiądz stowarzyszenie WIOSNA. Zapytam więc: co z tą wiosną?
    Powiem, skąd się wzięła WIOSNA. Nasza działalność społeczna miała swoje preludium w duszpasterstwie akademickim przy Kolegiacie św. Anny. Zgromadzili się tam bardzo fajni ludzie. Kiedy znalazłem się już w innym miejscu, zadaliśmy sobie pytanie, co powinniśmy dalej robić. W wyniku burzy mózgów na tablicy pojawiły się trzy słowa: Wspólnota, Indywidualność, Otwartość. Razem - WIO. Odebraliśmy, że to WIO jest od Boga. (uśmiech) Nasze początkowe działania, ściśle religijne, nie do końca przynosiły takie owoce, jakie chcieliśmy.
    Potem do WIO doszły kolejne człony - Szkoła Nowych Aranżacji, czyli szkoła nowych pomysłów. WIOSNA to potężna koncepcja, a to, że się kojarzy z wiosną, to zbieg okoliczności. Podstawą dla nas jest indywidualność. Indywidualista to ktoś, kto próbuje się wyróżnić, często w sztuczny sposób. A indywidualność to człowiek, który wpływa na rzeczywistość, a nie rzeczywistość wpływa na niego. Indywidualnością nie jest osoba, która wjedzie na Kasprowy, kiedy ruszy kolejka, tylko - niezależnie od tego, czy jest dobra, czy zła pogoda - zdobędzie ten szczyt. Chodzi więc o to, że każdy może stawać się indywidualnością, poradzić sobie w życiu. Ale potem, jak już sobie radzi w życiu, to zdarza się, że mu odbija.

    Syndrom wody sodowej, która uderza do głowy?
    Wtedy uważa, że jest najmądrzejszy, najlepszy. To jest więc moment, kiedy powinien uczyć się otwartości. Tego, że nie jest jedynym, który osiągnął sukces. Są inni. To jest otwartość. Bazując na tej otwartości, buduje się wspólnotę, czyli społeczność ludzi niesłychanie sprawczych, którzy chcą razem coś robić. stowarzyszenie WIOSNA jest taką społecznością. Mam bardzo sprawnych i sprawczych pracowników, wolontariuszy. Generalnie gromadzimy sprawczych ludzi. Dlatego, że jesteśmy indywidualnościami otwartymi, robimy tak duże projekty.

    Myślałam, że ta WIOSNA łączy się też z tym, że to dla księdza najważniejsza pora roku.
    Nie. Ale byłem w wielu miejscach na świecie i muszę powiedzieć, że faktycznie, to taki moment w Polsce, kiedy roślinność jest tak zielona, intensywna, niesamowita, że myślę wtedy: "Po co mi jeździć po świecie, kiedy mogę chodzić tu, po górach".

    "Pasjonuje mnie szukanie prawdy" - to Księdza słowa. Jaka prawda objawia się w Księdza wiośnie?
    No tak. Nawróciłem się, gdy miałem 20 lat. To było nawrócenie z katolicyzmu na katolicyzm. Albo inaczej: z pewnego systemu, w którym mówiono mi, co mam robić, jak mam żyć. Nie mieściłem się w tym. Strasznie mi to doskwierało. Cała ta otoczka. W szkole średniej byłem kontestatorem. Pod każdym względem. Na pewno nie byłem przykładnym uczniem. Nawrócenie doprowadziło mnie do tego, że przestałem kontestować, a zacząłem odkrywać. Że to, co mi mówiono, niekoniecznie jest prawdą. I że prawda jest gdzie indziej. Na przykład: podobno Jezus kochał ubogich. Kiedy więc się nawróciłem, serce mi się otworzyło i chciałem każdemu ubogiemu pomagać. Żebrakowi spotkanemu na ulicy. Przyjechałem do Krakowa na tydzień. Z wałówką. Lata 80. Modlę się w kościele Mariackim. Podchodzi człowiek i prosi, żebym mu pomógł. "Pieniędzy nie mam, oddam ci połowę mojej wałówki". Rok później ten sam mężczyzna prosił mnie o pomoc na krakowskim Rynku. Tylko że był pijany. Wtedy odkryłem, że ja tych ludzi, którym pomagam, demoralizuję. To nie jest pomoc. Oni mnie oszukują, a ja biorę za to współodpowiedzialność. Wtedy odkryłem prawdę o pomaganiu.

    I był ksiądz tym, który powiedział, że w Polsce istnieje niemądra pomoc. "Nie pomożesz żebrakowi - jesteś świnia. Pomożesz - czujesz się jak osioł".
    Pani tak nie miała? Tak mają wszyscy.

    Miałam. Do momentu, kiedy zdałam sobie sprawę, że dając żebrakowi 5 zł, zrzucam z siebie odpowiedzialność za niego. Uważałam, że to jego sprawa, co zrobi: kupi bułkę czy alkohol. Whatever!
    No właśnie. Ja nie daję.

    Dlaczego to dawanie jest niemądre? Pomogliśmy komuś. Poczuliśmy się lepiej. Dokonaliśmy aktu, który koi nasze ego.
    Myślę, że ważne tu są uwarunkowania naszego kraju. Jesteśmy krajem postkomunistycznym. Takim, w którym mówiono, że nie ma biedy i wszystkie problemy rozwiąże państwo. To moje nawrócenie było związane też z tym, że grupa modlitewna, którą założyłem jako student AGH, przekształciła się w organizację, która miała pomagać biednym. Był rok 1987. Pewnego razu w kościele wystąpiłem z apelem: "Wszyscy ubodzy, niepełnosprawni, głusi, niemi, niewidomi, biedni, chorzy - zapraszamy na spotkanie". Miałem może 23 lata. Pozostali byli jeszcze młodsi. A tu przychodzą kulawy, głuchy, niewidomy. Przychodzi z wrzodami. Na wózku. Byliśmy przerażeni. Staraliśmy się miło spędzić z nimi czas, zagrać na gitarze. To był czas, kiedy osoby niepełnosprawne umysłowo nie miały prawa funkcjonować społecznie. Były wstydem dla socjalizmu. Były pochowane.
    Wyciągnęliśmy je z domów.

    Dla mnie ciekawe jest to, że była aż taka odpowiedź na ten Księdza apel.
    Myślę, że takie było zapotrzebowanie. W efekcie skoncentrowaliśmy się na pracy z niepełnosprawnymi umysłowo. Ta wspólnota nadal funkcjonuje, w Libiążu powstał ośrodek terapii zajęciowej. Ale mówię o tym dlatego, żeby pokazać stereotyp pomagania w naszym kraju. Żebractwo, jak myślę, miało sens sto lat temu, kiedy było mało pracy w przemyśle. Jak ktoś mieszkał na wsi, miał pole, ale zachorował i wypadł z obiegu, to nie miał środków na utrzymanie. Wtedy społeczeństwo nie miało tylu wariantów. Instytucja żebraka istniała, bo człowiek nie miał możliwości się utrzymać. Ale dzisiaj? Dla bezdomnych są ośrodki. Głodni mogą korzystać z jadłodajni dla ubogich. To już nie jest ta epoka. Nie ma powodu być żebrakiem na ulicy. Ale ten stereotyp ciągle trzyma się mocno. Kiedyś mój wychowanek Karol - lekarz, wtedy student medycyny - postanowił sprawdzić, jak to jest być żebrakiem. Na Grodzkiej zarzucił sobie płachtę i zaczął żebrać. W dwie godziny zebrał 80 zł. Po co ma pracować! Nawet jako lekarz. (śmiech) Demoralizacja więc polega na tym, że ktoś daje, odbierając inicjatywę tej drugiej osobie. Wielu ludzi w Polsce żyje z tego, że wygląda na biednych. Wśród tych dużych projektów, które prowadzimy - Szlachetna Paczka czy Akademia Przyszłości - mamy też projekt aktywizacji zawodowej dla niepełnosprawnych. Ale przy tej okazji stwierdziliśmy, że niepełnosprawni w Polsce to jest jedna z najbardziej zdemoralizowanych grup.


    Uważają, że wszystko im się należy?

    Osobom z problemami oddechowymi czy krążeniowymi, często chorym od dziecka, rodzice nakładali klosz. Tak się nimi opiekowali, że gdy raz przyjechał do nas na szkolenie chłopak, wieczorem dzwoni do asystentki z pytaniem, jak ma sobie zrobić herbatę, bo nie wie. Albo jak ma wsiąść do tramwaju. Ci ludzie - przez to, jak im się usługuje i pomaga - stracili poczucie, że mogą mieć na coś wpływ. Ten sposób pomagania demoralizuje. My, jako Szlachetna Paczka, penetrujemy różne rejony Polski, jak Bieszczady, Rzeszowszczyznę czy północ kraju, i widzimy całe obszary tej demoralizacji. Mieliśmy informację: w jednej z wiosek jest dużo osób potrzebujących. Idą tam nasi wolontariusze. Widać biedę. Ale ludzie mają ziemię. Dlaczego nie uprawiają sobie grządek? Dostają pieniądze z pomocy społecznej. Na butelkę wystarczy. Masakra! Pomoc państwowa oraz pomoc unijna zdemoralizowały i wyłączyły dużą część społeczeństwa. Oni są nie do odzyskania. W tym sensie, że dopóki będzie się im płaciło, dopóty będą w tym żyć. To nie są dobre systemy pomocowe.

    Co to więc znaczy - pomagać mądrze? Jak to się powinno robić?
    Są światowe standardy mądrego pomagania. Na przykład przy pomaganiu niepełnosprawnym pracuje się nad usuwaniem barier. Nie wyręcza się ich, ale ułatwia się im włączenie do biegu życia społecznego. To model, który został zaakceptowany, wszyscy go rozumieją, tylko nie przekładają tego na inne sytuacje.

    Na sytuacje podawania wędki, nie ryby?
    Moim zdaniem nawet nie chodzi o wędkę, ale mentalność wędkarza. Czy pani myśli, że jeśli damy dziecku z biednej rodziny laptopa, ono się będzie lepiej uczyło? No, nie. Będzie grało w gry, w efekcie będzie się uczyło gorzej. Jeżeli ktoś nie ma mentalności wędkarza, a dostanie wędkę, to ją sprzeda i kupi za nią ryby. Gdy ktoś ma mentalność wędkarza, będzie łowił ryby nawet za pomocą kija. Dlatego wszystkie nasze programy pomocowe w dużej mierze są skoncentrowane na pracy z mentalnością. Oczywiście, Szlachetna Paczka pomaga też materialnie - matka wielu dzieci nie ma pralki i ta pralka dla niej jest skokiem cywilizacyjnym. Albo jeśli ktoś nie ma jedzenia. Pomagamy. Ale zaraz potem pracujemy nad zmianą mentalności. Wydaje mi się, że w świecie zachodnim największy problem z biedą nie dotyczy tego, że ma się mało, ale tego, że ludziom się nie chce. To problem mentalny.

    Jaki jest Księdza stosunek do nagród, którymi ostatnio bywa Ksiądz tak szczodrze obsypywany? Że przypomnę: Gentleman Roku, nagroda NIK - im. Władysława Stasiaka, wcześniej został Ksiądz Społecznikiem Roku tygodnika "Newsweek", Polska Rada Biznesu też Księdza uhonorowała, a swego czasu moi koledzy z "Gazety Krakowskiej" nadali Księdzu tytuł Człowieka Roku.
    Na pewno nie jest tak, że nagrody mnie zmieniają. Niewiele wnoszą w moje życie. Żyję gdzie indziej. Ale są miłe. Nagroda Polskiej Rady Biznesu jest dla mnie docenieniem - biznes zobaczył, jak jestem sprawczy i sprawny na wolnym rynku. Kiedy powiedziałem, że kocham ludzi bogatych, to zadano mi pytanie, co takiego mają w sobie, że ich kocham. Powiedzenie w Polsce, że kocha się bogatych, wywołuje wrażenie, że siedzi się u nich na salonach, zarabia się na tym. Powiedziałem, że Polska jest krajem dorobkiewiczów, większość zdobywa pierwsze pieniądze w życiu. I tak się nimi zachwyca, że już nie widzi nikogo innego. Dlatego potrzebuję mojej miłości, bym wydobył z nich potencjał, aby stali się dobrymi ludźmi. (śmiech) Nagroda NIK też jest dla mnie znacząca. Nie miałem szczęścia do urzędników. Szlachetna Paczka, tak wielki projekt, do dzisiaj jest projektem oboksystemowym. Nie znajduje dofinansowania ani samorządowego, ani rządowego. Przez lata bardzo mnie to raniło. W końcu otworzyłem się na urzędników. Zobaczyłem w nich ludzi i zacząłem ich kochać. (uśmiech) Mówię im, jak mają dużo możliwości - zarządzają zasadami i budżetem. Mogą zmieniać świat. No i dostałem nagrodę urzędniczą - za działalność ponad podziałami. To było bardzo fajne. Łączę ludzi, a nie dzielę. Nie upolityczniam, tylko otwieram na siebie.

    Lubi Ksiądz pieniądze?
    No, nie kręcą mnie. Nie mam w sobie mobilizacji, żeby zarabiać więcej. I nie jest to problem, jeśli chodzi o mnie. Ale kiedy zacząłem zarządzać stowarzyszeniem WIOSNA, to pojawiły się budżet, zadania, pracownicy. Przez lata bardziej koncentrowałem się na byciu z ubogimi. Żyłem w ich świecie, na krawężniku. W świecie samych problemów, przez prawie 20 lat.

    Teraz napisał Ksiądz książkę "Pieniądz w świetle Ewangelii. Opowieść o biedzie i zarabianiu". Dlaczego?
    Dlatego, że z miłości do ludzi nauczyłem się biznesu. Odpowiedzią na biedę jest to, żeby każdy umiał zarabiać. To jest recepta. Uważam, że temat pieniędzy jest jednym z najbardziej bolesnych tematów dla Polaków - kto wie, czy nie najbardziej bolesny. Problem polega na tym, że wielu by chciało pieniędzy, ale nie wie, jak się zarabia. Ludzie w Polsce nienawidzą bogatych. Nie potrafią sobie radzić w sytuacjach kryzysowych - gdy tracą pracę albo pracują w niewłaściwym miejscu. Chciałem pomóc ludziom wyjść z tych stereotypów. Jeden z tych stereotypów jest katomarksistowski. To specyfika naszego kraju: Jezus powiedział, że trzeba kochać ubogich, a Marks - że nienawidzić bogatych. U nas zrodziła się z tego jedna religia.
    A kim dzisiaj jest dżentelmen? Mam wrażenie, że nagrodą miesięcznika "Gentleman" zburzył Ksiądz kolejny stereotyp.
    Na pewno mamy kryzys męskości, który polega na tym, że facet pyta: Gdzie mi będzie lepiej? Trudno zaspokoić męskie potrzeby i ambicje takim pytaniem, zamiast tym, że chciałby zmienić świat na lepsze, że szuka prawdy, pokonuje swoje słabości. To jest męskie życie, wtedy facet wie, kim jest. Jesteśmy też krajem, w którym nie ma dobrych obyczajów. Rozumiem, że nagrody są wyrazem tego, że wprowadzam dobry obyczaj - mówienia o ludziach dobrze, dobrego ich traktowania. A zatem i ten walor - dżentelmena - w tym, co robię, się realizuje. Stereotypem jest to, że ksiądz jest sformatowany, w postaci aseksualnej.

    Bo Ksiądz ma być miły, przeciętny, niewyrazisty?
    Tego ode mnie wymagano. Borykałem się z tym długo. Kiedyś kupiłem sobie rolki. Myślałem, że księdzu nie wypada, że to wstyd, więc jeździłem po nocach. (śmiech) Dziś już nie ma takich problemów. Gdy głosiłem rekolekcje u dominikanów, do kościoła wjechałem na rolkach i z rolkami na nogach udzieliłem błogosławieństwa.
    Ale dżentelmen to facet. A jak jest facet, to pojawia się pytanie o kobiety.
    Dużo było i jest kobiet w moim życiu. (śmiech)

    Jak bardzo męska rzeczywistość różni się od kobiecej?
    Bardzo. Jedyna rzecz, która łączy kobietę i mężczyznę, to to, że oddychają tym samym powietrzem i jedzą tego samego kotleta. (śmiech) To jedna strona medalu. Ale druga jest taka, że właściwie jesteśmy bardzo podobni, tylko inaczej mamy rozłożone akcenty. Biblia rozróżnia płeć. Bóg innym językiem zwraca się do mężczyzn, innym - do kobiet. Pole mocy faceta polega na tym, że można się na nim oprzeć. Kobiety - że świat jest piękniejszy.

    Męskość to też chęć rywalizacji?
    Na pewno. Ale z czasem można ją zmienić na współpracę.

    Wyobraża sobie Ksiądz, że mógłby współpracować razem z Jerzym Owsiakiem?
    Rozumiem, co w tym, co on robi, jest wartościowego. Główną wartością WOŚP nie są urządzenia w szpitalach, ale ten niesamowity event, który łączy całą Polskę. To wyprowadzenie ludzi na ulicę, koncerty, wolontariusze - to kapitał społeczny i to jest tak naprawdę ważne. Tymczasem prawie w ogóle nie dostrzega się tego, że siła tego projektu tkwi gdzie indziej. Ja to doceniam, to gigantyczna praca. Ale jeśli chodzi o współpracę, to myślę, że jesteśmy różni. Jako ludzie jesteśmy inni. Zmierzamy w różnych kierunkach, co innego jest dla nas ważne.

    Znalazł Ksiądz odpowiedź na pytanie: Kim jestem?
    Na pewno to, co odkryłem, to podwójny stan człowieka. Mam potencjał, ale pytanie, jak ten potencjał realizuję. Miarą wielkości człowieka jest wyzwanie, które on podjął i wygrał. Ewangelia mówi: "Poznacie po owocach". Jeśli zdobywam szczyt, ten szczyt, ta góra się nie zmienia, ale ja się zmieniam. Patrzę na siebie w taki sposób: jeśli przyjąłem wyzwanie i wygrałem, to ono mnie niejako definiuje. Wiem, kim jestem, potrafię sobie w takiej sytuacji poradzić. To jedna forma mojego patrzenia na siebie. Akurat w moim przypadku to jest bardzo intensywne, bo prowadzę życie duchowe. Nie wymyśliłem Szlachetnej Paczki sam. Odkryłem ideę miłości wzajemnej i wewnętrzny głos we mnie, który nazywam powołaniem, wskazał, bym podjął się tego dzieła, które mnie absolutnie przerastało i przerasta mnie do dzisiaj. Ale idę za tym głosem i on mnie też definiuje. Podejmuję kolejne wyzwania. Wiem, kim jestem dzisiaj, choć nie wiem, co się wydarzy w moim życiu duchowym, co pojawi się nowego, za czym pójdę. Generalnie trzeba brać pod uwagę, że praca, jaką mam, nie jest ostatnią pracą w życiu, tylko jedną z wielu.

    Słuchałam Księdza kazania. Powiedział Ksiądz: "Uwielbiam się zmieniać".
    Kiedy w wieku 20-21 lat budowałem swoją dojrzałość, odczuwałem bardzo silne rozczarowanie sobą. Mój kolega grał na gitarze i wszystkie dziewczyny go kochały. Też tak chciałem. Nauczyłem się grać na gitarze, tylko nie mam słuchu. (śmiech) Kiedy dotarło do mnie to ograniczenie, to było kolejne rozczarowanie sobą. Udało mi się z tego uwolnić. Oczywiście w stosunku do jednych lepiej gram w siatkówkę, w stosunku do innych - gorzej. W stosunku do jednych lepiej słyszę, w stosunku do - innych gorzej.

    Porównując się, człowiek zawsze znajdzie lepszych i gorszych od siebie.
    Tak. Wtedy wpadło mi do głowy, że nikt nie podrobi tego, jaki ja jestem, w byciu oryginalnym czy rozwijaniu swoich prawdziwych cech. Zmiana polega na tym, że gdy zaistnieją nowe okoliczności, to jak ja się potrafię w nich odnaleźć? Kiedyś co dwa lata zmieniałem zawód. Byłem księdzem, ale na przykład przez dwa lata uczyłem się psychologii i byłem coachem. Potem zająłem się reklamą. Następnie zacząłem się uczyć marketingu, zarządzania, a teraz powoli staję się pisarzem. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym inaczej żyć. Wciąż robię to, co robiłem, ale uwielbiam też patrzeć na siebie, gdy zmieniają się okoliczności: czy sobie poradzę? Niedawno byłem w Dubaju. W pięcioosobowej ekipie facetów. Do hotelu trafiliśmy o 2 nad ranem. Okazało się, że w pokoju są pluskwy. Zostajemy czy wychodzimy? Jest późno, Dubaj to ogromne miasto, domy nie mają numerów.

    Co zrobiliście?
    Do rana szukaliśmy nowego miejsca. Grupa świetnie się sprawdziła. Nikt nie narzekał, cały czas pracowaliśmy kreatywnie. Wylądowaliśmy w bardzo pięknym miejscu, nad morzem, w jeszcze tańszym hotelu. I bez pluskiew. (śmiech) To, że ja sobie radzę w takich sytuacjach, nie narzekam, tylko rozwiązuję problemy, to wiem. Ale tu cała piątka pracowała na ten wynik. Było to szalenie przyjemne. To właśnie lubię. Swoich wychowanków uczę zdolności dostosowywania się do zmian, podejmowania różnych wyzwań.

    Zastanawiam się, czy wśród tych wielu zawodów, które ksiądz uprawia, ma też gdzieś zastosowanie wibroakustyka?
    Ha! Wydział mechaniczny, na którym studiowałem na AGH, był bardzo matematyczny. Zakochałem się w wyższej matematyce. A wibroakustyka, czyli drgania i hałas, była najbardziej matematycznym kierunkiem. Te studia miały dużo walorów, które po latach coraz bardziej doceniam. Na pewno moja struktura myślenia jest inżynierska, praktyczna. Szybko się uczę, błyskawicznie przyswajam wiedzę. Na pewno te studia uporządkowały mój umysł. Poza tym były bardzo ciężkie. Zaczynało nas 30 osób, skończyło w terminie - 6.

    Nazwałby się Ksiądz nieustraszonym?
    Prawdą jest, że nieczęsto odczuwam lęk. Na pewno mam go mniej niż inni ludzie. Ale przyjaźnię się z Marcinem i gdy chodzimy po górach, to tam, gdzie ja się boję, on się nie boi. (śmiech) Może wynika to z tego, że jest lepszym wspinaczem, więcej trenuje.

    A te momenty, kiedy strach zajrzał Księdzu w oczy, to jakie?
    Lęk polega na tym, że wyolbrzymiamy sobie rzeczywistość wokół, przez co staje się ona większa od tej, która jest naprawdę. Jak byłem młody, widziałem w sobie reakcje lękowe. Robiłem treningi - stawałem przed lasem. Z daleka wydawał się ciemny, ponury, niebezpieczny. Zamiast stać i się bać, lepiej do niego wejść. Okazuje się, że z bliska drzewa nie są takie straszne. Zamiast tworzyć bariery wobec rzeczywistości, nauczyłem się do tej rzeczywistości przenikać.

    Kim dla Księdza jest człowiek sukcesu?
    To człowiek, który wszedł na szczyt, nie zwracając uwagi na to, jaka jest pogoda. Sukces ma podwójne znaczenie. Jest wynikiem rywalizacji - czy jestem lepszy od innych, ale też czy jestem lepszy od siebie, czy podjąłem większe wyzwanie niż dotychczas.

    "Przyjaźnię się z wieloma ludźmi i u każdego z nich rosną zarobki". To oznacza, że warto się z Księdzem zaprzyjaźnić. (śmiech)
    To moja konstatacja z ostatniego roku. Nie znam nikogo, kto by się ze mną kolegował i miał gorsze przychody. To da się wytłumaczyć. Ludzie, którzy spędzają ze mną czas czy mnie słuchają, znajdują wiele inspiracji, przekraczają siebie, wierzą, że większe wyzwania też są dla nich. Uczą się odporności na przeciwieństwa losu. W efekcie mają większe zarobki. To trochę śmieszne - pieniądze mnie nie kręcą, a wpływam na wzrost przychodów. Mam odczucie, że zaszedłem dalej, niż planowałem. Ale to jest wynikiem ciężkiej pracy nad sobą i otwartości na wyzwania.

    Kiedy Ksiądz jest najszczęśliwszy?
    Więcej szczęścia jest w dawaniu niż braniu. Kiedy robię coś dla drugiego człowieka, wyzwala się we mnie szczęście. Uwielbiam też jeździć na rowerze. Potrafię się wtedy tak zatracić, że jestem rowerem. Kolejnym takim momentem było pisanie książki. To tak pasjonujące, że mógłbym nie wychodzić z tego świata. Chyba że na rower. (śmiech)

    Czytaj także

      Komentarze (1)

      Dodajesz komentarz jako: Gość

      Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

      Liczba znaków do wpisania:

      zaloguj się

      Autor komentarza nie dodał zdjęcia
      I to jest to!

      Katolik (gość)

      Zgłoś naruszenie treści / 1

      To jest powód dla którego cieszę się z tego, że jestem katolikiem.
      Jestem katolikiem i to ks. Stryczek jest dla mnie drogowskazem, a nie Głódź, czy Rydzyk.
      Wolę Nossola, niż Dydycza.
      Cieszę...rozwiń całość

      To jest powód dla którego cieszę się z tego, że jestem katolikiem.
      Jestem katolikiem i to ks. Stryczek jest dla mnie drogowskazem, a nie Głódź, czy Rydzyk.
      Wolę Nossola, niż Dydycza.
      Cieszę się również, że mam w czym wybierać.

      Uczuleni na KK zawsze będą wyciągać przykłady negatywne (których NIESTETY NIE BRAKUJE), ale ci co chcą iść swoją drogą mają niezły wybór: Stryczek, Kaczkowski, matka Teresa z Kalkuty, czasami nawet ks. Kolbe...
      zwiń

      Polecamy

      Dołącz do naszego newslettera i odbierz prezent

      Dołącz do naszego newslettera i odbierz prezent

      Prenumerata cyfrowa Dziennika Łódzkiego. Kup już teraz >>

      Prenumerata cyfrowa Dziennika Łódzkiego. Kup już teraz >>

      Inwestycje zagraniczne: jak są ważne dla polskiej gospodarki?

      Inwestycje zagraniczne: jak są ważne dla polskiej gospodarki?

      Przytulna sypialnia na poddaszu

      Przytulna sypialnia na poddaszu

      Gry On Line - Zagraj Reklama