Menu Region

"Faust" - teatrum osobliwości

"Faust" - teatrum osobliwości

Data dodania: Ostatnia aktualizacja:

Dziennik Łódzki

Michał Lenarciński

1Komentarz Prześlij Drukuj
Mieć w repertuarze spektakl wyreżyserowany przez wielką amerykańską gwiazdę Roberta Wilsona to dla każdego teatru powód do dumy. Niestety, nie dla Teatru Wielkiego - Opery Narodowej w Warszawie, bowiem "Faust" Gounoda, wyreżyserowany na tej scenie przez Wilsona, jest przedstawieniem tak dalece manierycznym, że aż nudnym.
Inscenizacja sprawia wrażenie monstrualnego żartu z mieszczańskiej publiczności i operowego gatunku. Postaci dramatu, zuniformizowane, poruszają się po scenie według ścisłej konwencji, ba, są nawet wypozowane: rączka w lewo wygięta, nózia w prawo przesunięta, główka na bok. Chór podskakuje do rytmu i nogami robi nożyce, rękami mniej lub bardziej (zawsze ten sam) dramatyczny gest. Ma to wielką urodę, ale przez pierwszy kwadrans. Jednak teatr to nie tylko forma wypełniona nieczułymi kukiełkami, a siła emocji, relacji między protagonistami, a w operze jeszcze muzyka.

Wilson zapewniał, że jego inscenizacja pomoże słuchaniu muzyki Gounoda. Mn
ie nie pomogła, bo pozorna surowość, a w istocie cukierkowatość przedstawienia odarła muzykę z tajemnicy. Gabriel Chmura, który debiutował w orkiestronie Opery Narodowej, nie przyczynił się do wzmożonego przeżywania kompozycji, choć właściwie trudno dyrygentowi zarzucać coś więcej ponad chwilami zbyt silne, zagłuszające nie tylko solistów, ale także chór, forte. Orkiestra natomiast grała bez zarzutu, doskonale.

To samo mogę powiedzieć o śpiewającym premierowy spektakl Arturze Rucińskim (Walenty), którego wokalna produkcja była zachwycająca i perfekcyjna. Goście z importu: Jose Luis Sola (hiszpański Faust), Vladimir Baykov (rosyjski Mefistofeles) i Anna Chierichetti (włoska Małgorzata) wypadli mniej niż ciekawie. Z upływem czasu śpiewali z coraz to większym mozołem, głosami bez blasku.

"Faust" Wilsona pozostaje więc dziwnym eksperymentem, mało dojrzałym i oryginalnym spektaklem, niewiele znaczącym, jeśli porównać go z jakąkolwiek realizacją Mariusza Trelińskiego. Kpina z publiczności (i teatru operowego) osiąga u Wilsona kulminację w scenie Nocy Walpurgii: żeński corps de ballet wystrojony w czerwone, niemal romantyczne sukieneczki, zamiast maleńkich skrzydełek u ramion ma skrzydła umocowane na wysokości łopatek, a na głowie rogi. I prowadzi pląs do układu, jakiego nie powstydziłaby się zakochana bez wzajemności w woźnicy kucharka, snująca własną wizję "Jeziora łabędziego", którego nie odróżnia od "Giselle". Miało być dowcipnie, wyszło grubiańsko. W sumie - osobliwość.
Reklama
1

Komentarze

zwiń wszystkie wątki najnowsze najstarsze

Dodajesz jako: Gość

Ilość znaków do wpisania:

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

zaloguj się

raczka w lewo? nozia w prawo?

+8 / -8

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

michal26 (gość)  •

doprawdy szkoda słów na komentowanie powyższego tekstu (recenzją przecież nie można tego nazwać); autor najwyraźniej nie zrozumiał nic a nic z przedstawienia; porównywanie wilsona z trelińskim jest nieporozumieniem; dwie zupełnie różne osobowości artystyczne, dwie różne stylistyki; dwa światy; powinien pan zostać w domu, jak sądzę; przedstawienie nie jest wybitne, ale na pewno ciekawe; zmuszające do refleksji i zatrzymujące na muzyce; wychodzę za chwilę do pracy, więc nie mam czasu na dłuższy komentarz, ale sprowadzanie specyficznej gestykulacji do słów: rączka w lewo, nózia w prawo - jest po prostu żałosne;

odpowiedzi (0)

skomentuj
Reklama
Reklama