Polityka mieszkaniowa Łodzi
Data dodania: Ostatnia aktualizacja:
(© Grzegorz Gałasiński)
60 tysięcy mieszkań w zasobach komunalnych - to czyni z Urzędu Miasta Łodzi największego kamienicznika w Polsce.
Gmina w ciągu roku odzyskuje też ok. 800-1000 wolnych mieszkań, które można przyznać ludziom czekającym w kolejce (około 4 tys. po mieszkania komunalne i około 4,5 tys. po socjalne, w gorszym stanie technicznym), ale wcześniej trzeba by je wyremontować. Średni koszt jednego takiego remontu to 24 tys. zł. 1000 mieszkań daje więc blisko 25 mln zł. Kolejne 65 mln zł idzie z budżetu na remonty i utrzymanie budynków, które założyły wspólnoty, ale miasto ma tam swoje mieszkania.
Zaległości czynszowe najemców miejskich lokali sięgają 280 mln zł. Około 200 mln zł to niezapłacone rachunki lokatorów mieszkań komunalnych. Pozostała kwota uzbierała się od niepłacących najemców lokali użytkowych.
W 2011 roku miasto zleciło u prof. Ewy Kucharskiej-Stasiak z Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego Uniwersytetu Łódzkiego diagnozę "Stanu gospodarki mieszkaniowej w gminie Łódź". Co z niej wynika? Łódzkie mieszkania komunalne i socjalne znajdują się w starych, zdewastowanych budynkach. Lokatorzy wykupują mieszkania za bezcen, a potem nie płacą czynszu - taki jest efekt dotychczasowej polityki lokalowej władz. W efekcie brakuje pieniędzy na remonty lokali. Tak źle nie jest w żadnym innym dużym polskim mieście.
Zakładane wpływy z czynszów (nawet gdyby były ściągane w 100 proc.) pokrywają jedynie 70 proc. nakładów, ponoszonych przez Łódź na utrzymanie lokali. Według wyliczeń prof. Kucharskiej, miasto potrzebuje 71 zł rocznie, by utrzymać w należytym stanie metr kwadratowy mieszkania. Tymczasem może liczyć na maksymalnie 50 zł.
Do tego dochodzą zaległości w czynszach i nieumiejętna windykacja długów. Zaległości wobec miasta w opłatach za mieszkanie ma ponad 37 procent najemców, czyli około 37 tysięcy ludzi. Średni dług łodzianina sięga zaś 5,5 tys. zł. Miasto próbuje odzyskać 202 mln z 280 mln zł, które lokatorzy zalegaj ą w opłatach. Próbuje, bo windykacja jest w dużej mierze nieskuteczna. Miasto nie może sobie też poradzić z eksmisjami uporczywych dłużników. Eksmitować nie ma ich gdzie, bo brakuje lokali zastępczych. Zaś za tych, którzy zajmują lokale w prywatnych kamienicach miasto płaci odszkodowania dla właścicieli nieruchomości (ok. 1 mln zł rocznie z budżetu miasta).
Profesor Kucharska zwraca też uwagę na zbyt wysokie, bo sięgające nawet 98 procent, bonifikaty na wykup mieszkań od miasta. To oznacza nikłe wpływy do budżetu, a więc brak pieniędzy na remonty pozostałych budynków. Twórczyni diagnozy mieszkalnictwa w Łodzi postuluje zmniejszenie ulg do 50 procent (dla tych, którzy całą kwotę wpłacają od razu) i 25 procent (dla najemców, którzy kupią lokal na raty).
Łodzi brakuje lokali socjalnych (o obniżonym standardzie) i tymczasowych (np. dla osób po eksmisji). Wg wyliczeń prof. Kucharskiej w całym zasobie mieszkaniowym miasta lokale socjalne to około 2,5 procent. Na takie mieszkania czeka się w Łodzi od 5 do 7 lat. W 2011 roku wytknęła to władzom NIK. Zaś zapotrzebowanie na pomieszczenia tymczasowe urząd miasta zaspokaja w 5 procentach.
Z drugiej strony za metr kwadratowy najmu mieszkania socjalnego lokator płaci jedyne 90 groszy (od marca 2012 roku, a wcześniej 50 groszy). Mając na względzie, że takie mieszkania mają po 10 do 20 m. kw. koszt najmu - cytując byłego wiceprezydenta Łodzi Arkadiusza Banaszka - sięga ceny kupienia paczki papierosów. To ceny, które mają się nijak do prawdziwych kosztów utrzymania lokalu. W Łodzi wynosi on około 11 zł za mkw. Tymczasem kwota bazowa do wyliczenia kosztów najmu wynosi 5,02 zł. A realne opłaty za czynsze wahają się od 2,5 zł do 8 zł. Przy czym miasto nie reguluje wysokości czynszu wraz ze starzeniem się mieszkania.
W grudniu 2011 roku przestała zaś obowiązywać dotychczas realizowana polityka mieszkaniowa. W styczniu 2012 roku powinna pojawić się nowa. Ale do dziś jej nie ma. Miasto twierdzi, że jest w opracowaniu i powinna być gotowa na czerwiec. Poprzedziły ją konsultacje społeczne. Formalnie miasto musiało je zorganizować. W praktyce trudno będzie uznać sformułowane w czasie ich trwania wnioski za opinię reprezentatywnej grupy łodzian. W trzech kwietniowych spotkaniach wzięło bowiem udział raptem... 150 osób. Przy 740 tysiącach łodzian (z czego 120 tysięcy osób stanowią mieszkańcy lokali komunalnych).
Druga sprawa to merytoryczność wniosków, które zebrano podczas konsultacji. Stanowią one zbiór często sprzecznych ze sobą uwag a nie spójny program.
