(© fot. Paweł Nowak)
2010-01-12 07:55:42, aktualizacja: 2010-01-12 07:55:42
Szósta nasza debata, zatytułowana "Łódź miastem obywatelskim", była niewątpliwie najciekawsza z dotychczasowych. A gdy dodać, że dała odpowiedź na najważniejsze pytanie nurtujące teraz łodzian... Właściwie nic więcej pisać już w tym wstępie nie trzeba, zwłaszcza że debatę wsparły niekwestionowane autorytety.
Paweł Domarecki
Dobry wieczór Państwu, witam na kolejnej, szóstej już debacie z cyklu Forum Łódź, tym razem odbywanej w gościnnych progach Instytutu Europejskiego w Łodzi. W naszej debacie, która dziś jest zatytułowana "Łódź miastem obywatelskim", nadzwyczaj ważnej, wezmą udział: profesor Zbigniew Rau z Centrum Myśli Polityczno-Prawnej im. Alexisa de Tocqueville, Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego, Błażej Moder z Fundacji "Projekt Łódź", Krzysztof Piątkowski, wiceprzewodniczący Rady Miejskiej Łodzi, radny klubu Prawa i Sprawiedliwości i Łukasz Waszak z Centrum Promocji i Rozwoju Inicjatyw Obywatelskich "Opus".
Ostatnie miesiące pokazały, że aktywizacja obywateli Łodzi przebiega bardzo szybko. Jednak ta debata nie dotyczy referendum w sprawie odwołania prezydenta Kropiwnickiego, a czegoś o wiele ważniejszego. Ma być poświęcona próbie odpowiedzi na pytanie, jak budować w Łodzi społeczność zintegrowaną wokół swego własnego dobra, swego własnego interesu. Bo tak się jakoś stało, i obserwuję to od dłuższego czasu, że te miasta w Polsce, w których mieszkańcy i obywatele poczuli się jakoś bardziej u siebie, poczuli się zarazem bardziej gospodarzami, a więc, że mają prawo wymagać, zgłaszać inicjatywy, sami się organizować wokół własnych interesów na swoim terenie, idą szybciej naprzód. I to wyraźnie szybciej.
Tak, proszę Państwa, takie miasta z aktywnymi mieszkańcami znacznie szybciej się rozwijają, także dlatego, że zdecydowanie efektywniej wydają pieniądze. Proszę zwrócić uwagę na mapę Polski. Tam, gdzie ludzie są aktywniejsi: Trójmiasto, może Wrocław, wszystko idzie jakby sprawniej. Tymczasem w Łodzi, gdzie np. progi zgłaszania inicjatyw obywatelskich ustalono na jednym z najwyższych w Polsce poziomów: sześć tysięcy podpisów się u nas w tym celu wymaga, to widać, że rozwój jest wolniejszy. Przypadek?
Zbigniew Rau
Jestem absolutnie przekonany, że tematyka naszego spotkania, debaty, faktycznie sprowadza się do próby odpowiedzi na pytanie, jakiej demokracji byśmy chcieli, przede wszystkim w naszym mieście. Państwo pozwolą, że w sposób szalenie poglądowy zarysuję takie dwie radykalnie skrajne alternatywy, odwołując się do modeli w jakiś już sposób wypracowanych przez literaturę przedmiotu - tego, co nazywamy społeczeństwem obywatelskim.
Pierwszy model sprowadza się do mniej więcej takich rozwiązań: obywatele idą co cztery lata do urn. Nie wszyscy. Wybierają swoich przedstawicieli zarówno w organach kolegialnych, jak i na stanowiska wójtów, burmistrzów. I czekają, jak ci ich przedstawiciele będą się ze sobą porozumiewać. Jakie powołają koalicje, a potem, jak w ramach tychże koalicji będą, bądź nie, współpracować ze sobą i z organem wykonawczym.
Praktycznie w tym modelu udział obywatela i jego zaangażowanie w proces polityczny na tej przygodzie, która ma miejsce co cztery lata, się kończy. Oczywiście ten model demokracji jest zbudowany w kategoriach normatywnych, jakimi są nasze prawa. Prawa dobrze rozpracowane w naszej zachodniej tradycji, prawa człowieka i obywatela. One mogą mieć charakter negatywny - czyli władza jest zobowiązana zostawić nas w spokoju, szanować naszą prywatność, nasze prawo do działalności zawodowej, ekonomicznej. Bądź mogą, i częściej to ma miejsce równolegle, mieć charakter pozytywny. Czyli charakter naszych roszczeń do władzy. I te roszczenia są natury materialnej: będą to różnego rodzaju oczekiwania zasiłków, stypendiów, takich czy innych ulg podatkowych dla określonych grup podatników, i tak dalej.
I teraz spójrzmy, jak w tym modelu demokracji wyglądają oczekiwania władzy wobec obywatela. Istota tego modelu sprowadza się do tego, że w akcie głosowania raz na cztery lata obywatel abdykuje, wycofuje się z przestrzeni publicznej. W tej przestrzeni publicznej jako podmiot dominujący, a czasem wydaje się że jedyny, pozostają nasi przedstawiciele. Umówmy się, że krótko będziemy ich nazywać - władzą. Na czym przede wszystkim jej zależy? Żeby w przestrzeni publicznej nie było konfliktów między różnymi częściami, segmentami społeczeństwa. I żeby takich konfliktów nie było też między obywatelami i władzą. Jak władza to osiąga? Najczęściej w ten sposób, że stara się sprostać oczekiwaniom, przede wszystkim materialnym, obywateli. A zatem sztuka rządzenia sferą publiczną sprowadza się do starej maksymy starożytnej: dziel i rządź. Oczywiście, trzeba jakoś podzielić społeczeństwo w oczekiwaniach świadczeń ze strony władzy. Nie zawsze wystarcza, co zrozumiałe, środków finansowych, by zadowolić wszystkich. Natomiast władza jest wówczas bardziej wspaniałomyślna w stosunku do różnych grup nacisku, które uprawiają lobby w sferze publicznej. Do czego sprowadza się wówczas ta technika sprawowania władzy w sferze publicznej? Do klientelizmu. Władza wie, że obywatel oczekuje określonych świadczeń, najczęściej w sytuacji, w której władza wszystkich oczekiwań nie jest w stanie zapewnić.
Paweł Domarecki
Panie Profesorze, opowiada nam Pan tu o modelu, który coraz bardziej nam wszystkim coś znajomego przypomina. Jak obywatel odbiera taką władzę? Powiem wprost: mnie się wydaje - łódzki obywatel?
Zbigniew Rau
Z perspektywy obywatela, i abstrahuję tu od samej Łodzi, w tym modelu władza jest postrzegana jako coś odległego, obcego, jako czynnik, od którego się dużo oczekuje, czyli oczekuje się pewnej omnipotencji, a więc zdolności rozwiązania całego spektrum problemów, które w sferze publicznej się pojawiają. Tyle że obywatel nie ma wątpliwości, że za tę sferę publiczną odpowiedzialna jest właśnie owa władza. Wybrani przez niego przedstawiciele. Cóż zatem robi sam obywatel w sferze publicznej, jeśli oddał ją władzy i jeśli oczekuje, że ona będzie rozwiązywać bez mała wszystkie problemy tej sfery? Gdzie sam się realizuje? Po drugiej stronie tej granicy między sferą publiczną a prywatną: w życiu rodzinnym, towarzyskim, zawodowym itd. Czy on tym samym traci kontakt z tą władzą? Najczęściej tak, mimo że niemal codziennie jest jej krytycznym recenzentem. Ale tę recenzję formułuje z zacisza swojej prywatności. W mediach śledzi to, jak władza próbuje rozwiązać problemy, które jego zdaniem rozwiązywać powinna. Sam jednak koncentruje się na sferze życia prywatnego. Jego oczekiwania wobec władzy są niezbyt realistyczne. O tym, jak władza ma problemy rozwiązywać, jak są one skomplikowane, jakimi środkami, o tym obywatel wie bardzo mało, bo praktycznie szczegółami zupełnie się nie interesuje. To jest poza sferą jego doświadczeń.
Paweł Domarecki
Czyli jeśli jest jako-tako, to mieszkaniec np. Łodzi po prostu nie bierze się za aktywność społeczną. A uruchamia się w tej dziedzinie dopiero wtedy, gdy uważa, że jest już nie do wytrzymania? Czyli, gdy przepełnia go złość na rządzących?
Zbigniew Rau
Obywatela cechuje w tym modelu najczęściej więcej negatywnych emocji niż pozytywnych. I raczej postrzega władzę z perspektywy swoich emocji. Kiedy się angażuje? Sporadycznie, najczęściej w akcjach negujących, o których pan redaktor wspomniał - takich jak referendum odwołujące np. prezydenta Łodzi, czy wójta, burmistrza itd. Ale to ma charakter sporadyczny.
Co bardzo ważne - to odróżnienie tu sfery publicznej od prywatnej. Upraszczając bardzo, i proszę tu o wyrozumiałość, można to tak przedstawić: obywatel koncentruje się bardzo na sferze prywatnej. Bardzo dba o estetykę swojego mieszkania, ogródka. Ale wystarczy wyjść poza bramę domu i widać przepaść. Obywatel w tym modelu bowiem nie czuje się odpowiedzialny za przestrzeń publiczną. On czuje, że za to odpowiada władza. Gdyby mi przyszło scharakteryzować ten model, który w literaturze określa się demokracją słabą, to bym powiedział, że charakteryzuje go brak zaufania. Władzy do obywatela i obywatela do władzy.
Paweł Domarecki
Skoro już wiemy, na czym stoimy i co z tego wynika dla obywateli i miasta, to - do czego możemy w Łodzi dążyć? Jaką mamy alternatywę?
Zbigniew Rau
Cały czas konsekwentnie unikam na razie odniesień do konkretnych miejsc. Teraz przedstawię drugi model, radykalnie alternatywny, tzw. demokracji silnej. Tu też obywatel co cztery lata głosuje, idzie do urn. Też wybiera swoich przedstawicieli, też cała rzecz oparta jest o kategorię praw i w tym wymiarze negatywnym i pozytywnym, ale ta kategoria praw jest w sposób zasadniczy wzmocniona jeszcze jednym elementem: kategorią bardziej moralną niż polityczną - kategorią autonomii jednostki.
Sprowadza się ona, najkrócej mówiąc, do tego, że każdy z nas jest autorem swoich myśli, swoich sądów o rzeczywistości, tym samym swoich dążeń, pragnień życiowych i swego działania i w życiu prywatnym, i publicznym, i swego współdziałania z innymi także. A więc ten autonomiczny obywatel otwiera się także w sferze publicznej na innych. Poznaje ich dążenia, wartości, sposób argumentacji, porównuje je ze swoimi i w takiej debacie rozpoznaje innych jako swoich sojuszników w konkretnych sprawach. Oczywiście nie wszystkich - postrzega ich też jako adwersarzy. Prowadzi zatem z nimi debatę, która owocuje współpracą lub brakiem w danej sprawie współpracy.
Zdają sobie Państwo sprawę, że tym samym mówię o całej sieci stowarzyszeń, które tworzą tkankę społeczeństwa obywatelskiego. Które zagospodarowują przestrzeń publiczną wespół i razem z władzą, Na dole sięgają tam, gdzie się kończą relacje rodzinne i towarzyskie, a na górze tam gdzie kończy kompetencja czy jurysdykcja władzy.
Spójrzmy na ten model z perspektywy władzy. Tu bardzo trudno byłoby założyć, że techniką rządzenia będzie metoda "dziel i rządź". Bo jeśli mamy autonomicznych, świadomych swoich celów obywateli, którzy współpracują z innymi, to ich trudniej podzielić, bo oni delektują się podmiotowością w sferze publicznej, niezależną od władzy.
Paweł Domarecki
Dlaczego "dziel i rządź" - ten sposób sprawowania władzy - nie miałby tu większego sensu?
Zbigniew Rau
Po prostu dlatego, że władza w tym modelu nie stara się za wszelką cenę uniknąć konfliktu społecznego. Bo zdaje sobie sprawę, że konflikt idei, postaw, stanowisk jest czymś bardzo wartościowym w dojrzałym społeczeństwie. Bo właśnie taki konflikt umożliwia współpracę jednych z drugimi. Może nie wszystkich ze wszystkimi, ale jednych z drugimi, którzy w różnych sporach stają po tej samej stronie, a potem przezwyciężają ten konflikt - przekonując tych, którzy są po stronie przeciwnej. Władza sama bierze udział w takiej debacie, czasem staje się stroną konfliktu, ale nie traktuje konfliktu jako zagrożenia. Wręcz przeciwnie: wie, że dojrzałe społeczeństwo jest społeczeństwem konfliktu społecznego, dzięki któremu jest w stanie z dużo mniejszym udziałem władzy rozwiązywać swoje problemy.
Paweł Domarecki
Spójrzmy na tę sytuację - silnej demokracji - choćby miejskiej, samorządowej, gminnej, z perspektywy obywatela...
Zbigniew Rau
Z tej perspektywy wygląda ona tak, że on nie postrzega tu władzy jako czegoś bardzo odległego, dlatego że z nią, zbierając swoje własne obywatelskie doświadczenia, współdziała w sferze publicznej. Władza zatem jest jego partnerem. Tym samym on zdaje sobie sprawę, co ta władza w danych warunkach może zrobić, a czego zrobić nie może. Jego oczekiwania od tej władzy są zatem dużo bardziej realistyczne. Jego stosunek do niej trudno już określić jako wynik pewnej emocjonalnej syntezy. On ją ocenia w oparciu o racjonalną analizę, wynikającą z określonych na danym terenie czy w danym obszarze, uwarunkowań finansowych, prawnych, społecznych. Tym samym obywatel czuje się współodpowiedzialny nie tylko za sferę prywatną, w kórej nadal jest aktywny, ale także, zależnie od tego, jak bardzo chce się zaangażować, za sferę publiczną. Gdyby przyszło mi podsumować, co jest rzeczą podstawową w takim modelu silniejszej demokracji, to tak jak w pierwszym - jest nią brak zaufania między obywatelem a władzą, tak w tym drugim - demokracji silnej - radykalnie większe zaufanie. Bo ono wynika z partnerstwa w sferze publicznej między instytucjami społeczeństwa obywatelskiego, opartego na obywatelskiej aktywności - i partnerstwa z władzą.
Paweł Domarecki
Panie profesorze, właściwie z tego, co pan nam tu powiedział, systematyzując wiedzę o zagadnieniu, w którym się poruszamy, dosyć łatwo odgadnąć, który z modeli demokracji obecnie realizowany jest w Łodzi. To trzeba sobie powiedzieć jasno i wyraźnie: niestety, ta słabsza demokracja. Dlaczego niestety? Bo obawiam się, że taki model zarządzania miastem, Łodzią, bo o tym w istocie tu mówimy, o wypełnianiu tej przestrzeni publicznej głównie przez łódzką władzę - nie jest efektywny. Gorzej: on jest zdecydowanie, moim zdaniem, nieefektywny, a przez to ekonomicznie rozrzutny, bo pozostawia zbyt dużo przestrzeni publicznej dla władzy - od tej sfery, z natury swej, oddalonej. Co powoduje, że konkretne decyzje tej łódzkiej władzy są często gorsze, droższe, mniej korzystne dla miasta, często drastycznie mniej wydajne, niż mogłyby być.
Bo jeżeli my, łodzianie, oddajemy władzy monopol na proces decyzyjny, czyli rzecz kluczową dla zarządzania miastem... Wszak nie podpis na papierze się tu liczy, kończący ten proces, tak naprawdę liczy się w tym kontekście to, co pan profesor tu powiedział - wypracowywanie konsensusu wokół jakiegoś problemu i jego rozwiązania, zdając sobie sprawę w pełni z uwarunkowań... Więc jeżeli tego w Łodzi brak, to i decyzje władz i ich rezultaty są u nas takie jak obecnie. Słowem, w efekcie organizm miejski taki jak Łódź rozwija się, moim zdaniem, zdecydowanie wolniej niż mógłby się rozwijać w zdrowszych zasadach demokracji silnego typu.
Błażej Moder
Ja wybieram dla Łodzi model numer dwa. Zacytuję Margaret Tchatcher: społeczeństwo nie jest dla mnie wymówką, ale źródłem obowiązków. I od tego się zaczyna. Kontynuując myśl pana redaktora, gdybyśmy popatrzyli na statystyki z lat poprzednich, dotyczące tego, jaka jest sytuacja, jaki jest stan społeczeństwa obywatelskiego w Łodzi - to one przerażają. Tylko trzy procent mieszkańców Łodzi uważa, że ma jakikolwiek wpływ na decyzje, jakie zapadają w mieście.
Paweł Domarecki
Nawet na początku lat 80., podczas nocy stanu wojennego, te statystyki w skali ogólnopolskiej były, wydaje się, lepsze niż dziś w Łodzi. Rzeczywiście przerażające dane. Oznaczają bowiem w praktyce ni mniej ni więcej, że prawie wszyscy łodzianie czują się dziś mieszkańcami miasta zarządzanego w niezbyt demokratyczny sposób, co tym samym z nich samych zdejmuje jakąkolwiek odpowiedzialność za decyzje, nawet najbardziej niemądre, łódzkich władz.
Błażej Moder
Dziś prawie siedemdziesiąt procent mieszkańców Łodzi uważa, że nie ma żadnego wpływu na to, co się w mieście dzieje! Ale na szczęście od pewnego czasu zaczynamy zauważać zmianę tej tendencji. Zaczyna powstawać w Łodzi coraz więcej ciekawych inicjatyw obywatelskich, które są nie tylko coraz lepiej zorganizowane, ale też zaczynają ze sobą coraz lepiej współdziałać.
Podałbym tu dwa takie przykłady. Tylko z naszej fundacji - Projekt Łódź. Pierwsza jest związana z akcją "Łodzianie decydują". To przykład praktyczny na to, o czym mówili i pan profesor, i pan redaktor. Mieliśmy tu problem naszej łódzkiej społeczności, związany z tym, że liczba podpisów, które trzeba zebrać wśród łodzian, żeby zgłosić obywatelski projekt uchwały do rozpatrzenia przez radę miejską Łodzi, to dziś sześć tysięcy. Zabrała się więc grupa organizacji, bo to nie tylko Projekt Łódź i Centrum Opus, ale i inni: Grupa Pewnych Osób, Fundacja Obywatel, Fundacja Białe Gawrony, Stowarzyszenie Neo... Czyli organizacje, które ideowo bardzo się różnią. Ale mimo to dziś one skupiają siły i tworzą jedną wspólną inicjatywę: "Łodzianie decydują", w celu rozwiązania pewnego problemu, który dotyka nas wszystkich. Czyli praktycznie prohibicyjnego poziomu wymaganych podpisów, uniemożliwiającego jakąkolwiek aktywność społeczną, obywatelską w Łodzi.
Drugim takim problemem przestrzeni publicznej w Łodzi byłą akcja "Tak dla demokracji". Kiedy w listopadzie ubiegłego roku rada miejska podjęła uchwałę o wydłużeniu kadencji rad osiedli, uznaliśmy, że jest to sprzeczne z zasadą demokracji nie tylko w Łodzi ale i w Polsce. Zatem zgłosiliśmy naruszenie tego prawa do Rzecznika Praw Obywatelskich. I w Sądzie Wojewódzkim przyznano nam rację, że rada miejska podjęła nielegalną uchwałę, która skutkuje tym, że od roku nielegalnie działa 36 rad osiedli, w których zasiada 621 przedstawicieli. I tych inicjatyw jest coraz więcej, zaczynają one nabierać swego rodzaju masy krytycznej. Mogę dziś powiedzieć, że Łódź się zmienia. Bo obywatele widzą, co się w tym mieście dzieje i w przestrzeni publicznej władzy już nie oddadzą. Myślę przy tym, że ten proces nie będzie przebiegał w konwencji rewolucyjnej, ale pewnego rodzaju ewolucji...
Zbigniew Rau
Dynamicznej ewolucji.
Błażej Moder
To określenie mi się podoba. Wracając do dyskusji i problemu który tu poruszyliśmy - społeczeństwo dla coraz większej grupy osób staje się źródłem obowiązków. Ale ludzie zaczynają być świadomi celów i w Łodzi potrafią się coraz sprawniej wokół nich gromadzić i je realizować.
Krzysztof Piątkowski
Padło tu takie stwierdzenie, że sąd przyznał rację Rzecznikowi Praw Obywatelskich. Otóż nie. Sąd zwrócił uwagę na błąd formalny. Zdaje się, że tam uznano, że owe konsultacje, które radni, szczególnie projektodawcy uchwały, uznali za wystarczające - w opinii sądu były niewystarczające. W opinii sądu nie zakwestionowano samej idei, sąd nie wypowiedział się, że to rozwiązanie polegające na tym, że te wybory mają się odbyć w tym samym terminie co do samorządu, jest niewłaściwe. Ale wracając do meritum. Przyjmując zaproszenie na tę debatę, próbowałem sobie odpowiedzieć na pytanie, czy Łódź jest miastem obywatelskim. I właściwie... nie mogłem stwierdzić, że takim miastem ona jest.
Paweł Domarecki
Czy to oznacza, że w tym momencie i Pan opowiada się za tą... dynamiczną ewolucją?
Krzysztof Piątkowski
Tak, opowiadam się za tezą, że Łódź nie jest tak do końca miastem obywatelskim, ale że się takim miastem staje. Co jest przede wszystkim zasługą bardzo wielu młodych ludzi, którzy w ostatnich latach angażują się w różne inicjatywy, jak też bardzo wielu organizacji pozarządowych.
Wiele już one w Łodzi zrobiły i o niektórych z nich było też głośno w całej Polsce. To się cały czas dzieje, zgoda, za wolno, i też sobie próbowałem odpowiedzieć na pytanie - dlaczego tak się dzieje, gdzie tkwi przyczyna, błąd...
Chciałbym tu opowiedzieć o swoich wrażeniach biorących się z obserwacji. Obserwacji osoby, która jest radnym miejskim, która od samego początku uważała, że takie konsultacje są niezbędne i na każdym kroku swoje inicjatywy konsultowała z mieszkańcami.
Zatem dlaczego tak się dzieje, że osoby odpowiedzialne za podejmowanie w Łodzi decyzji - tego nie robią? Nie konsultują się z łodzianami? Nie rozmawiają z nimi? Myślę, że powodów jest tu wiele, żadnego z nich nie odkryję. Pierwszym są uwarunkowania psychologiczne: to są bowiem ludzie, którzy na ogół nie konsultują swoich decyzji. Do tego dochodzi styl uprawiania władzy, sprawowania urzędu. Myślę przy tym i o urzędnikach, którzy mają największy wpływ na miasto, i o osobach sprawujących władzę na stanowiskach średniego szczebla. Bardzo często zdarzało mi się słyszeć, kiedy sam interweniowałem, kiedy pytałem, nagłaśniałem jakiś problem - że informowanie o czymś opinii publicznej jest zagrożeniem dla danej inwestycji. Ot, taki lęk, że społeczeństwo może zagrozić rozwojowi własnego miasta.
Paweł Domarecki
Niemożliwe! Łódzcy MY i ONI? Znowu?! 20 lat po upadku totalitaryzmu?
Krzysztof Piątkowski
To wyraźny konflikt. Przekonanie o nieomylności czy swoistym monopolu na wiedzę też jest bardzo częstym powodem tego, że urzędnicy ważniejsi czy mniej ważni nie konsultują swoich decyzji. A myślę, że jest też zwyczajny powód: ludzka chęć unikania kłopotów. Być może coś obiecam, potem będę musiał tej obietnicy dotrzymać, po co mi to? I jest też ryzyko, że można się narazić własnemu przełożonemu. Tak naprawdę, jest wiele powodów, dla których to tak właśnie w Łodzi dziś działa. I że te konsultacje nie są konsultowane, zależy to po prostu od osób, które mają wpływ na jakieś zagadnienia, czasem są zwyczajnie autorami jakiegoś pomysłu.
Ale problem tkwi także po stronie osób, które miałyby w tych decyzjach partycypować. Bardzo często sam zapraszałem lokalne społeczności do rozmów - kiedy na przykład próbowałem dowiedzieć się i stworzyć rozwiązanie dotyczące remontu elewacji, zwróciłem się do organizacji zrzeszających właścicieli nieruchomości. Sądziłem, że przede wszystkim oni powinni podjąć decyzję i wesprzeć mnie w tym, co dla nich jest najważniejsze. I proszę sobie wyobrazić, że na to spotkanie przyszli przedstawiciele tylko jednej takiej organizacji. A inni, kiedy ich osobiście zapraszałem, poinformowali mnie, że nie mają czasu.
Wrzucam tu kamyczek do ogródka organizacji społecznych zrzeszających łodzian. Wydawało mi się, że one mają nawet obowiązek uczestniczyć w takich konsultacjach. Ale można też powiedzieć, że sami ludzie też często niechętnie, pewnie z braku wiary, iż mają jakikolwiek wpływ na podejmowanie decyzji, angażują się w takie działania konsultacyjne. I to nawet nie chodzi o wielkie społeczności, często ma to miejsce w najdrobniejszych wspólnotach lokalnych. Często, gdy wydawałoby się, że one w tym czy innym przypadku po prostu muszą wziąć udział - one udziału nie biorą, jest im wszystko jedno.
Łódź ma już pierwsze dobre doświadczenia w zakresie konsultacji społecznych, a takim najwspanialszym jest według mnie to, co się działo wokół sztabu ulicy Piotrkowskiej. Niezależnie od tego, jak ta konsultacja się skończyła: pozytywnie czy negatywnie. Myślę, że pozytywnie, bo zakończyła się uchwaleniem miejscowego planu zagospodarowania. (...) Towarzyszyło Sztabowi Piotrkowska wiele awantur, niepotrzebnych konfliktów, ale uczyliśmy się wtedy tak naprawdę konsultować projekty bardzo ważne dla mieszkańców. To była najważniejsza przygoda z demokracją w mieście, bo wszelkie inne konsultacje były w nim dotychczas spontaniczne. Spory wokół S-14, czy dyskusje na posiedzeniach rady miejskiej... To oczywiście za mało. Tak naprawdę należałoby stworzyć system, który umożliwiałby przeprowadzanie takich konsultacji zanim powstawałyby konkretne projekty. Takie narzędzie powstało już dziesięć lat temu: mam na myśli regulamin konsultacji społecznych. Regulamin który, wydawałoby się, będzie znakomitym narzędziem dyskutowania w Łodzi o sprawach społecznie ważnych. Było w nim np. o tym, że prezydent i rada miejska mają możliwość odwołania się do społeczeństwa i zwrócenia się do niego o opinię na jakiś temat.
Dla mnie smutne jest to, że nie tylko urzędnicy nie za bardzo palą się do takich konsultacji, ale i społeczeństwo Łodzi też. To najważniejsza rzecz, o której tu powinniśmy rozmawiać, bo myślę, że pierwszą sprawą po zebraniu tych sześciu tysięcy podpisów po to, by można było zbierać tysiąc podpisów, mogłaby być inicjatywa dotycząca uchwalenia przez radnych nowego regulaminu konsultacji społecznych, bardziej inspirującego łodzian do wykazywania aktywności.
Paweł Domarecki
Znajdujemy się obecnie w specyficznym momencie, w którym wydaje się oczywiste, że taka aktywność społeczna powinna być znaczna.
Krzysztof Piątkowski
W mieście zaczynamy dyskutować o studium uwarunkowań. To chyba najważniejszy dokument, jaki w Łodzi powstał i będzie powstawał. Ustawa wymusza w tej sprawie konsultacje społeczne. I miasto będzie musiało zwrócić się w tej sprawie do mieszkańców o opinie. Mam nadzieję, że społeczeństwo Łodzi się zmobilizuje i zacznie szeroko dyskutować na ten żywotnie ważny dla łodzian temat. Przy okazji będą powstawać plany miejscowe: wszyscy wiedzą, że jest ich bardzo mało, obejmują niespełna pięć procent obszaru Łodzi. Zatem zaczniemy dyskutować, co na tych pozostałych 95 procentach powierzchni miasta będzie się dziać w przyszłości. Będziemy mieć zatem do czynienia z wymuszonymi nieco konsultacjami społecznymi. I mam nadzieję, że społeczeństwo łódzkie się obudzi.
Chciałem też powiedzieć, że w dyskusji internetowej na temat nowego regulaminu konsultacji społecznych w Łodzi, pojawił się wątek podjęty przez jednego z uczestników tej dyskusji - wątek budżetu partycypacyjnego. Taki budżet jest oczywiście bardzo dobrym pomysłem. Lecz wtrąciłem się do tamtej dyskusji i zasugerowałem, że moim zdaniem lepszym pomysłem jest doprowadzenie do tego, żeby mniejsze społeczności, choćby w jednostkach pomocniczych, mogły - w ramach budżetów ich dotyczących, decydować o przeznaczeniu pieniędzy na remonty chodników, trawniki itd. A decydowaliby o tym także mieszkańcy: na zebraniach ogółu mieszkańców.
Zaś na koniec chciałbym powiedzieć, że inicjatywa zabierania podpisów pod wnioskiem do rady miejskiej o zmianę liczby podpisów wymaganej przy zgłaszaniu projektów obywatelskich pod obrady Rady Miejskiej - jest bardzo dobra. Chciałbym przy tym tylko przypomnieć, że nie byłoby tej dzisiejszej dyskusji, tej inicjatywy, gdyby rok wcześniej radni rady miejskiej sami nie podjęli takiej uchwały. Może za szybko ustąpili i dali się namówić nie na np. 600 podpisów, a na sześć tysięcy. Ulegając na przykład argumentom, że zostaną zawaleni pracą, zgodzili się na poprawkę z progiem sześciotysięcznym. Ale wiemy już dziś przy tym, że przez rok nie udało się z tym limitem wnieść ani jednej inicjatywy obywatelskiej pod obrady rady miejskiej, choć wiem o co najmniej dwóch nieudanych próbach. Cieszę się więc, że taka inicjatywa się pojawiła, i sam już zebrałem 50 podpisów za obniżeniem progu.
Paweł Domarecki
Panie radny, wypowiedział Pan tu kluczowe zdania naszej dzisiejszej dyskusji. Jedno z nich słyszałem po raz pierwszy, zanim skończył się w Polsce komunizm: Nic o nas bez nas! Było takie oficjalne hasełko, mające przekonywać ludzi propagandowo, że oni jednak o czymś tam w swoich sprawach decydują.
Okazuje się jednak, że nadal można o nas bez nas w Łodzi mówić, a nawet w dalszym ciągu - podejmować w ten sposób dotyczące nas ważne decyzje. Wtedy choćby, gdy wyłącza się tym zbyt wysokim limitem głosów funkcjonowanie inicjatywy obywatelskiej i aktywność samych łodzian. Drugie zdanie, stawiające mnie od razu w stan podwyższonej czujności, to stwierdzenie: ludzie nie mają zaufania, że ich aktywność w ogóle coś da. Ja też już to kiedyś słyszałem, wielokrotnie. To było jedno z najpowszechniej stosowanych tłumaczeń się władzy totalitarnej - dlaczego ludzie nie są tak naprawdę przez nią dopuszczani do rzeczywistych procesów decyzyjnych: bo oni twierdzą, wyjaśniała tamta władza, że nie wiedzą, czy to coś da, zatem to my musimy w takim razie, z bólem wielkim, robić wszystko za nich.
Proszę wybaczyć ostrość tych sformułowań, ale jako nowy łodzianin - wyraźnie zauważam rzeczywiście występujący w Łodzi problem z budowaniem demokracji. Tu się ją ludziom łaskawie ofiarowuje - od góry w dół, a nie buduje z dołu do góry, jak Pan Bóg i demokratyczne zasady przewidują. Tutaj w Łodzi nadal mamy nie tyle lidera, przywódcę opierającego się na swoich nieustająco aktywnych wyborcach, co raczej system władzy sprawowanej w sposób nadzwyczaj paternalistyczny. I ewentualne dopuszczanie do tej władzy kolejnych, starannie wybranych kręgów - ale także wyborem i decyzją idącą z góry.
Natomiast jeszcze nie widzę w Łodzi, na razie przynajmniej tego w mieście nie obserwuję - powszechnego w silnych demokracjach budowania wokół prawdziwych liderów zespołów, społeczności, które do czegoś dążą. Co trzeba zrobić w Łodzi, żeby łatwiej było ludziom budować u nas takie zespoły? By mogły te lokalne społeczności sprawniej wyłaniać liderów, odważnie i skutecznie wychodzących z ich problemami w przestrzeń publiczną, zawłaszczoną dotychczas przez władzę? Bo tak naprawdę - i Państwo doskonale o tym wiecie, tylko wówczas zaprocentuje w Łodzi prawdziwa siła demokracji mocnej.