Han Solo: Gwiezdne wojny - historie. Recenzja: Harrison Ford...

    Han Solo: Gwiezdne wojny - historie. Recenzja: Harrison Ford może spać spokojnie

    Dariusz Pawłowski

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    Han Solo: Gwiezdne wojny - historie. Recenzja: Harrison Ford może spać spokojnie
    1/8
    przejdź do galerii

    ©Disney

    Han Solo, moim zdaniem najciekawsza postać klasycznych „Gwiezdnych wojen”, doczekał się własnego filmu w serii. Opowieść o młodości bohatera wyjaśnia wiele wątków jego biografii i przywołuje narodziny zawadiackiego stylu. Wyjaśniło się też jeszcze jedno: Harrison Ford może nadal sypiać spokojnie.
    Udało się raz jeszcze, czy już nie i jakie elementy swojej filozofii wprowadził tym razem Disney? Odpowiedź na to pytanie pozostaje podstawową kwestią do rozstrzygnięcia w przypadku kolejnych odcinków gwiezdnej sagi. Treść staje się drugorzędna, ale przecież chodzi o oglądanie filmów, które dobrze znamy, a przez to lubimy. W języku marketingu dozgonnej sprzedaży tak silnej marki, jaką są „Gwiezdne wojny”, zwie się to rozbudową uniwersum.


    I nie da się ukryć, że solowy projekt Hana Solo w zasadzie się powiódł (dzisiejszy światopogląd koncernu Disneya, rzeczywiście, wyraziście tu eksponowany, nie ma na to odczucie większego wpływu). Twórcy filmu zgrabnie rozkładają akcenty, by dać olbrzymią garść odniesień ortodoksom, a zarazem zadowolić tych, którzy nie chcą wgryzać się w szczegóły, a oczekują „jedynie” dobrej zabawy. Po raz kolejny możemy się przekonać, że stworzona przez George’a Lucasa opowieść ma olbrzymi potencjał i żonglowanie wywodzącymi się z niej wątkami, rozwijanie ich, dodawanie nowych (ale opartych na podobnych rozwiązaniach) to niekończąca się historia. Co więcej, jeszcze długo skazana na finansowy sukces, nawet, gdy pomysł - jakim była produkcja o młodości Hana Solo - niesie duże ryzyko niespełnienia oczekiwań fanów (przecież mnóstwo ludzi i tak poszłoby do kina, by osobiście przekonać się, iż wyszło źle). Można być nawet przekonanym, że z biegiem lat pojawią się eksperymenty, przedsięwzięcia, których realizatorzy spróbują wyłamać się z formuły i mocno zaskoczyć widza. Na razie jednak jest zgodnie z jasną stroną mocy.

    Ron Howard pokazał, że trzymając się tego, co sprawdzone, a jednocześnie mając dużo frajdy z uczestnictwa w międzygalaktycznej awanturze, da się uradować fanów i bez świetlnych mieczy (takowy pojawia się tylko w jednej scenie). A że widzowie dobrze już tę rzeczywistość znają, niepotrzebne są żadne wprowadzenia, można ich od pierwszej sekwencji rzucić w wir pościgów, nie pozwalając zarazem na zbyt długie chwile odpoczynku. Dzięki głównemu bohaterowi, czyli cynikowi skrywającemu pod warstwą ironii i bezczelności szlachetne serce, możliwe było także przekłucie pompatycznego balonu poprzednich odsłon i zamienienie jednoznacznej walki dobra ze złem, na przyziemną bitwę o przetrwanie oraz porachunki gangsterskich syndykatów. No, nie do końca, bo to przecież i Disney, i dolarowy koncern, i „Gwiezdne wojny”, zatem motywy batalii o sprawiedliwość pojawić się muszą (jeden nawet, za sprawą pani robot wzywającej towarzyszy do rewolucji, dość kuriozalny). Reżyser jednak precyzyjnie i skutecznie trzyma się idei kinowej przygody, rozrywki, opowiadającej się po stronie zwykłych mieszkańców galaktyki, zajętych swoimi prywatnymi, doczesnymi sprawami i problemami, funkcjonujących w ponurych lokacjach, żyjących daleko od rozterek imperatorów, księżniczek i rycerzy broniących porządku wszechrzeczy. Ubiera to jednocześnie w komponenty zapożyczone z różnych filmowych gatunków od westernu, przez kino gangsterskie, heist film, aż po produkcje wojenne. Do tego mamy wątek miłosny, zrównoważony męską, a nawet międzygatunkową przyjaźnią. Wszystko po to, byś się widzu nie nudził, rozpoznając to, co już wielokrotnie widziałeś.

    Nagromadzenie składników ma też jeszcze inny cel - odwrócenie do pewnego stopnia uwagi od średnio udanej decyzji o wyborze aktora do roli młodego Harrisona Forda - o, przepraszam, Hana Solo. Alden Ehrenreich ćwiczył przed lustrem szelmowski uśmiech, nie przynosi wstydu, ale też nie wykazał, iż nie mógłby go zastąpić jakikolwiek inny aktor. Charyzmy, uroku i wyjątkowości poprzednika w tej roli zdecydowanie brakuje. Aktorsko kradną film Paul Bettany jako Dryden Vos oraz Woody Harrelson w roli Tobiasa Becketta. Sporo złożoności Qi’Ri dodała Emilia Clarke, przyjemnie zdystansowany jako Lando Calrissian jest Donald Glover. Silnymi elementami są Joonas Suotamo w kostiumie Chewbacci i Thandie Newton jako Val. A naprawdę zabawnie się robi, gdy mając tę drużynę realizatorzy cytują kino - np. wersja Hana i Chewbacci „Ucieczki w kajdanach”...

    Dawno, dawno temu George Lucas nie mając takich możliwości technicznych, jakie niesie współczesność, pisał scenariusze (jakie by nie były, to były). Dziś nie ma dla nich miejsca między efektami, rozróbą i podrzucaniem znajomo układających się w dłoni klocków.

    Han Solo: Gwiezdne wojny - historie USA sci-fi, reż. Ron Howard, wyst. Alden Ehrenreich, Woody Harrelson, Emilia Clarke

    ★★★★☆☆

    Komentarze (3)

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Koopa

    Looper (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 1

    Poprawnne popitycznie do zrzygania nudne przewidywalne jak żaden z dotychczas nakreconych odpryskow bez szans obejrzenie drugi raz disneyowska papka do mielenia kasy

    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    od dawna ten film to gniot.

    dokrętki do dokrętek (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 7


    Autor komentarza nie dodał zdjęcia
    Byłeś, że tak twierdzisz?

    Kris (gość)

    Zgłoś naruszenie treści / 4

    Film bardzo przyzwoity. Przyjemne, przygodowe kosmiczne kino.

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo