Anna Pawłowska
2010-03-08 07:59:05, aktualizacja: 2010-03-08 07:59:59
Z Krzysztofem Musiałem, kolekcjonerem dzieł sztuki, który część zbiorów przekaże Muzeum Miasta Łodzi, rozmawia Anna Pawłowska
Na jakim etapie jest proces przekazywania dzieł sztuki łódzkiemu muzeum?
Prace mają przyjechać do Łodzi w czerwcu. Zostaną zinwentaryzowane, przyjęte przez konserwatora, opisane i pójdą na razie do magazynu, ale już będą na miejscu. Sądzę, że we wrześniu rozpocznie się rozwieszanie prac, tak, aby 22 października mogło się odbyć otwarcie galerii.
Ile w sumie prac przekaże Pan Muzeum Miasta Łodzi w depozyt?
Około 120 prac. Głównie malarstwo i prace na papierze: rysunki, szkice, akwarele, gwasze. Będzie też trochę rzeźby.
Wystawa w skrzydle Pałacu Poznańskiego będzie odzwierciedlała profil, jaki Pan nadał swoim zbiorom. Będzie to malarstwo polskie od drugiej połowy XX wieku po współczesność...
Współczesność - nie, zatrzymujemy się na 1939 roku. Tego rodzaju ekspozycji malarskiej Łodzi brakuje. Muzeum Sztuki ma prace konstruktywistyczne, nowoczesne, awangardowe, nie ma natomiast malarstwa tradycyjnego, dlatego chcemy, by ono zaistniało w tej sali.
Ryszard Czubaczyński, dyrektor Muzeum Miasta Łodzi, opowiadał, że kiedy przeczytał wywiad z Panem, natychmiast się skontaktował, mówiąc, że skoro szuka Pan miejsca dla swojej kolekcji, to on ma miejsce. Jak to wyglądało z Pana strony?
Dokładnie tak było. W 2008 roku udzieliłem wywiadu, w którym padło pytanie, co dalej z moją kolekcją, która jeździła po różnych muzeach w Polsce. Odpowiedziałem, że może w jakimś miejscu zaistnieje na dłużej, może na przykład w Łodzi, gdzie w ogóle nie była pokazana.
Podał Pan przykład Łodzi?
Tak, wymieniłem Łódź. Dyrektor Czubaczyński zareagował natychmiast, wysyłając mi maila, że jest gotowy ją przyjąć, że właśnie dostał miejsce i jest w stanie zaadoptować je pod kątem tej kolekcji.
Były kontrpropozycje z innych miast?
Była propozycja ze Stalowej Woli, mniejszego miasta leżącego nieco na uboczu, z daleka od wielkich szlaków. Łódź jest dużym miastem, blisko Warszawy, które staje się coraz większym centrum kultury. Jeśli plany związane z EC1 zostaną zrealizowane, a mam nadzieję, że zostaną, to sądzę, że trafiłem w dziesiątkę. W Stalowej Woli burmistrz miasta obiecał, że mi wybuduje nowy pawilon na potrzeby mojej kolekcji. To też była bardzo ciekawa propozycja.
Jaka część Pana kolekcji trafi do muzeum w Łodzi?
Zależy jak to liczyć. W sztukach, będzie to 10-15 procent.
A wartościując będzie to samo serce kolekcji?
Trudno powiedzieć. To będą prace przedwojenne, wśród nich znajdują się bardzo cenne, ale również mam bardzo dużo cennych prac powojennych.
Finansowo, jaka jest wartość przekazywanej kolekcji?
Tego jeszcze dokładnie nie wiemy, nie ustaliliśmy tej wartości, będziemy nad tym teraz pracować. Nad każdą pozycją trzeba się zastanowić, ile ona jest warta. Co nie jest takie oczywiste: to za ile ja ją kupiłem to jedna, a to ile ona jest warta dzisiaj na rynku, to zupełnie inna rzecz. Trzeba pomyśleć, poszukać w archiwach aukcyjnych.
Jak zaczęło się Pana kolekcjonowanie sztuki?
Od dawna interesowałem się sztuką Kolekcjonowanie było naturalnym rozwojem zainteresowań. Nie było tak, że pewnego dnia się obudziłem i powiedziałem: "stworzę kolekcję malarstwa polskiego". Najpierw były przypadkowe zakupy, dobre 25-30 lat temu, ale wtedy trudno było jeszcze mówić o kolekcji. Zaczynałem od kupowania rzeczy, które mi się podobały. Bardziej świadome zbieranie, pod kątem stworzenia kolekcji, zaczęło się jakieś 15 lat temu, w połowie lat 90. mniej więcej.
Jak wyglądało przejście do świadomej kolekcji?
Na etapie, kiedy miałem około 15-20 prac polskiej sztuki, pomyślałem sobie, że może byłoby dobrze stworzyć coś większego, może kiedyś uda mi się mieć sto prac. Z takim horyzontem zacząłem bardziej aktywnie kupować. Kiedy doszedłem do stu, okazało się, że to kropla w morzu... Tak to jest z kolekcjonowaniem, jak człowiek raz wpadnie, to trudno mu się zatrzymać.
Ile prac liczy Pana kolekcja?
Ponad osiemset. Znam kolekcjonera, Amerykanina polskiego pochodzenia, który stworzył kolekcję i zamknął ją. Zapytałem go: "Jak Ty to zrobiłeś?". A on mówi: "Przestałem w ogóle interesować się aukcjami, oglądać katalogi, w ogóle zapomniałem, że istnieje sztuka, bo gdybym dalej o tym myślał, to bym dalej kupował".
Pan nie jest na tym etapie?
Nie, ja jeszcze cały czas coś dokupuję, ale bardziej krytycznie podchodzę do każdego zakupu. Staram się, by nowa praca pasowała do tego, co już mam. Kiedy mam kupić jeszcze jedną pracę, zastanawiam się, dlaczego akurat tę. Jeśli mam kilka prac jednego artysty staram się, żeby każda pochodziła z innego okresu twórczości.
Ma Pan ulubionych artystów czy dzieła w swojej kolekcji?
Mam takich sporo. Jeśli chodzi o artystów z okresu, który będzie reprezentowany w Łodzi, to przede wszystkim Olgę Boznańską, Wojciecha Weissa, Melę Muter, Eugeniusa Zaka.
Dlaczego akurat oni?
Ich prace szczególnie trafiają do mojej duszy, do moich oczu. Dzieło oddziałuje metafizycznie, odczuwam je, ale przemawia do mnie również kolorystyka, sposób malowania. Bardzo ważna jest osoba artysty. Jeśli człowiek czyta i czegoś się o artyście dowiaduje, to bardziej rozumie jego dzieła.
Co w biografiach tych artystów Pana dotknęło?
Całe życie Olgi Boznańskiej było bardzo trudne i specyficzne. Żałuję, że jej nigdy nie poznałem. Oczywiście nie miałem możliwości, bo ona zmarła zanim ja się urodziłem. Meli Muter nie poznałem, a teoretycznie mogłem, ponieważ jeszcze żyła, kiedy mieszkałem w Paryżu, ale wówczas myślałem o czymś innym. O Zaku wiem mniej, ale jego obrazy są tak bajeczne, że same działają na moją wyobraźnię.
Znajduje Pan jakieś zbieżności pomiędzy ich biografiami a własnym życiem?
Nie. Natomiast to, co mnie zawsze uderzało, jeżeli chodzi o biografie artystów, to to, jak często artysta, który na danym etapie swojego życia jest znany, dobrze się sprzedaje, w pewnym momencie zostaje zapomniany. Może dalej tworzy, może przestaje tworzyć. Często umiera w skrajnej biedzie. To bolesne, a wiele razy z takimi życiorysami się spotkałem. Tak było i z Boznańską, i z Muter.
Czy podobne doświadczenia ma Pan z żyjącymi artystami?
Nie aż takie na szczęście. Poznałem artystów, którzy żyją skromnie, mają pracownie dwa metry na trzy, na poddaszu, które przecieka, bez ogrzewania, bez ciepłej wody, zastawione kilkaset obrazami, z których nic im się nie udaje sprzedać, a są dobrymi artystami. A są z kolei tacy artyści, którzy niczego nie mają w pracowni, bo sprzedają wszystko.
W tym drugim przypadku możemy podać nazwiska...
Chociażby Jarosław Modzelewski. Będę robił niedługo jego wystawę i on dopiero teraz maluje na nią obrazy, bo w pracowni ich prawie nie ma.
Kiedy nastąpił taki czas, że jako kolekcjoner stwierdził Pan, iż nie chce mieć tych dzieł tylko dla siebie, a chce się nimi z innymi podzielić?
Ta myśl przyszła mi do głowy, kiedy przestałem być w stanie wieszać wszystko na ścianach w domu. Zacząłem prace stawiać pod ścianami, część poszła do piwnicy, nagle zrobiło mi się żal. Powiedziałem: "Cholera, takie mam piękne prace, tyle energii, zaangażowania i pieniędzy w to włożyłem. Kupowałem, zbierałem, a nawet nie jestem w stanie pokazać tego wszystkiego znajomym". Wtedy postanowiłem, że trzeba pokazać prace w miejscu publicznym. Później już było świadome dążenie do tego, by wystawę kolekcji sztuki zrealizować. Wystawa podróżowała po całej Polsce. Na koniec zagości w Łodzi.
Jak długi depozyt w muzeum Pan przewiduje?
Nie jest to określone. Na razie jest to bezterminowe. Oczywiście każda ze stron ma możliwość wycofania się z umowy.
Skoro ponad sto cennych prac wystawi Pan w łódzkim muzeum, co teraz wisi w Pana domu?
Ciągle bardzo dużo. Wiszą prace, których nie wybrała kuratorka wystawy. Dzieła powojenne. Na ścianach mam Tarasewicza, mam Brzozowskiego, mam Gierowskiego, Nachta, Weissa, Cybisa, Kobzdeja.