Smutne jest, że kobiety się nie wspierają, za to mężczyźni zawsze... (© fot. Krzysztof Szymczak)
Magda Szrejner
2010-03-06 08:10:02, aktualizacja: 2010-03-07 14:02:18
O tym jak w dawnym mieście włókniarek żyje się współczesnym kobietom, czy można tu zrobić karierę i być szczęśliwą z Moniką Kamieńską, byłą szefową Partii Kobiet w Łódzkiem, rozmawia Magda Szrejner
Dostaje Pani na pewno kwiatki na Dzień Kobiet. Co się z nimi dzieje? Lądują w koszu?
Nie, wręcz przeciwnie. Ja nawet trochę czekam na to, żeby tego dnia panowie stanęli na wysokości zadania. Uważam, że każdy pretekst jest dobry, żeby zrobić komuś przyjemność. Nam w Polsce trochę brakuje otwartości i takiej chęci bycia miłym w stosunku do innych osób. A to przecież ułatwia życie.
Nie denerwuje Pani świętowanie 8 marca? Przecież szefując Partii Kobiet była Pani postrzegana jako feministka...
Ale w jakim znaczeniu, feministka? Feminizm w Polsce, niestety, źle się kojarzy. Dla wielu osób feministka to kobieta, która programowo nie nawidzi mężczyzn. A przecież nie o to chodzi. Feminizm to chęć wspierania kobiet i traktowania ich na równi z mężczyznami. Jeśli o to chodzi, to tak, jestem feministką, wspieram kobiety, uważam, że powinny być w pracy traktowane tak samo jak mężczyźni i robić tak samo dobre kariery. Parytety są słuszne. Jeśli na liście wyborczej znajduje się dziesięciu specjalistów, to połowę powinny stanowić kobiety, a pozostałą piątkę, mężczyźni. Jeśli zaś znajdą się tylko trzy kobiety specjalistki, a dopełnienie tej listy będzie zależało jedynie od płci, a nie wykształcenia czy umiejętności, to nie jestem przekonana co do słuszności takiego rozwiązania.
To jak powinien wyglądać sprawiedliwy dobór na listach partyjnych czy pracowników w firmach?
Tak, jak w krajach skandynawskich. Kiedy konkurs na jakieś stanowisko wygrywa tam dwoje osób - mężczyzna i kobieta, mają takie same kwalifikacje, przechodzą kolejne etapy rekrutacji, w końcu komisja wybiera kobietę, bo tam wychodzi się z założenia, że ona, żeby pokonać tę drogę co mężczyzna musiała włożyć w to więcej wysiłku. Po drodze urodzić i wychować dziecko, mieć przerwę na rynku pracy. Skoro mimo tego osiągnęła takie wyniki, to widocznie jest bardzo zorientowana na sukces. Dlatego to ją wybrał pracodawca. I to ma sens.
Gdyby w Łodzi stosowano takie standardy przy zatrudnianiu, to kobiety zajmowałyby więcej eksponowanych stanowisk?
Na pewno tak, ale w naszym mieście nie jest pod tym względem najgorzej. Kobiety są widoczne i w polityce, i na uczelni, i na stanowiskach menedżerskich. Od razu przychodzi mi do głowy pani wojewoda, pani wicemarszałek, panie posłanki ziemi łódzkiej. Kobiety szefują też kilku wydziałom w Urzędzie Miasta i w Urzędzie Marszałkowskim. Ale są też przecież właścicielki potężnych firm odzieżowych, szefowe banków. To pokazuje, że łodzianki są żądne osiągania sukcesów i wiedzą czego chcą.
Trochę się to zmieniło. Co prawda Łódź zawsze była postrzegana jako miasto kobiet, a współczynnik feminizacji przewyższał inne duże miasta, ale łodzianki w swojej masie były głównie prostymi włókniarkami...
No tak, a potem przemysł włókienniczy w Łodzi upadł, a one stanęły przed jeszcze większym wyzwaniem - musiały się przekwalifikować. Wiele z nich to zrobiło i dostosowało się do nowych warunków. Zresztą kobiety mają dużo większe niż mężczyźni potrzeby samodoskonalenia. Wiem to z doświadczenia, bo biorę udział w organizowaniu szkoleń unijnych. W 98 proc. słuchaczkami tych zajęć są kobiety, które potrafią poświęcić swój jedyny wolny czas, czyli weekend, po to żeby czegoś więcej się nauczyć. Często robią to ogromnym kosztem, bo oprócz tego, że w ciągu tygodnia pracują zawodowo, w weekend się uczą, to jeszcze muszą znajdować czas na prowadzenie swojego własnego małego przedsiębiorstwa, jakim jest dom. Bo przecież bardzo wiele kobiet ma na głowie pranie, prasowanie, gotowanie, zakupy. Nie wszystkie mogą liczyć na swoich mężów, czy partnerów, choć i to bardzo się zmienia. Młodzi mężczyźni coraz częściej rozumieją, że kobiety pracują zawodowo i że muszą je odciążyć od obowiązków domowych.
A Pani? Z nauczycielki języka polskiego stała się Pani szefem Pałacu Młodzieży w Łodzi, teraz z kolei dyrektorem dużej firmy stomatologicznej. W międzyczasie jeszcze zrobiła Pani karierę polityczną i stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy Partii Kobiet...
No tak, ale zanim to wszystko się stało, to jeszcze musiałam wychować dwójkę dzieci. Pierwsze urodziłam na pierwszym roku studiów, a drugie na trzecim. W czasie kiedy moi koledzy z roku nie musieli martwić się o pranie czy gotowanie, ja musiałam zadbać o siebie, swoje studia i dwójkę maluchów. Mimo to obroniłam się i zaczęłam pracę. Ale myślę sobie, że taką determinację i chęć odniesienia sukcesu ma bardzo wiele kobiet. Na szczęście coraz częściej ich partnerzy rozumieją, że model rodziny się zmienia i nie czekają, że w domu codziennie będzie na nich czekać talerz gorącej zupy.
Właśnie takie wartości i przesłanie, że kobieta wcale nie musi stać w drugim szeregu miała wypracować Partia Kobiet. Udało się?
Miałyśmy sporo sukcesów. Myślę, że przede wszystkim udało nam się pokazać, że kobiety istnieją w polityce i potrafią być tak samo dobrymi politykami jak mężczyźni. Poza tym, przykułyśmy uwagę ludzi, chcieli słuchać co mamy do powiedzenia, zainteresowali się naszymi poglądami, naszym programem wyborczym. W końcu na nas zagłosowali. Ja startowałam z pierwszego miejsca na liście Partii Kobiet i wśród innych ''jedynek'' w mieście zajęłam czwarte miejsce. Gdyby cała partia lepiej sobie poradziła byłabym parlamentarzystką.
Pamięta Pani plakat wyborczy, na którym wszystkie panie, przywódczynie Partii Kobiet, pozowałyście nago, zasłaniając się jedynie planszą z napisem ''Polska jest kobietą''. Długo wypominano wam goliznę?
Ach, to słynny plakat, który jeszcze teraz jest czasem przywoływany, mimo że minęło tyle lat. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że to był naprawdę genialny pomysł. Przecież zanim to się stało, nie byłyśmy specjalnie zauważane w kampanii wyborczej. Nikt specjalnie się z nami nie liczył, nie byłyśmy zapraszane do poważnych debat. Od momentu tego plakatu wszystko się zmieniło, chociaż okrutne jest to, że musiałyśmy się odwołać wówczas do tak dramatycznej prawdy społecznej - aby mężczyźni zwrócili uwagę na kobietę, ta musi się rozebrać. Tak też było z nami. Odkąd plakat ujrzał światło dzienne, wszyscy nagle chcieli z nami rozmawiać. W tym sensie kampania odniosła sukces i bardzo się cieszę, że wzięłam w niej udział.
Ale były też zgrzyty….
Oczywiście, choćby ten najsłynniejszy z wiceprezydentem Orzechowskim. On był wtedy moim zwierzchnikiem, jako wiceprezydent, a ja byłam dyrektorem Pałacu Młodzieży. Podczas debaty wyborczej powiedziałam, że być może ważniejsze od obowiązkowych mundurków byłoby wprowadzenie zdrowotnych programów profilaktycznych dla dzieci w szkołach. Pan Orzechowski odpowiedział, że zanim powiem cokolwiek o mundurkach, powinnam sama zadbać o swoje ubranie na plakacie. Po sali przebiegł wówczas jęk dezaprobaty dla jego słów, ale słowo się rzekło i niesmak pozostał. Poza tym dostawałam bardzo miłe komentarze. Pomysł podobał się nie tylko moim dzieciom, ale i moim byłym uczniom, a nawet politykom.
Dlaczego Pani zrezygnowała z Partii Kobiet?
Po wyborach jej działalność trochę się rozmyła. Wydaje mi się, że dlatego właśnie, że była organizacją zdominowaną przez jedną płeć. Każda organizacja funkcjonuje najlepiej, jeśli w jej strukturach jest po połowie mężczyzn i kobiet. Kobiety są nastawione na długofalowe działanie, mężczyźni są bardziej skłonni do ryzykownych decyzji. Jeśli taki równomiernie układ występuje w zarządzie firmy, to zazwyczaj rozwija się ona lepiej niż ta, w której zarząd jest zdominowany przez kobiety lub mężczyzn. Podobnie jest w polityce. Kobiety ją łagodzą. Ale tylko pod warunkiem, że nie jest ich więcej niż mężczyzn.
Z czego to wynika?
Z brutalnej prawdy, że kobiety się nie wspierają. Odwrotnie niż mężczyźni, którzy rywalizują ze sobą, ale potrafią stanąć za sobą murem. Kobiety nie. To bardzo widać we wszystkich sfeminizowanych środowiskach. Na przykład wśród nauczycielek. Tam zwykle tworzą się specyficzne układy i dominuje ogromna rywalizacja.
Czym się teraz Pani zajmuje?
Dwa miesiące temu zakończyłam współpracę z Pałacem Młodzieży i jestem dyrektorem generalnym w firmie stomatologicznej. Wykładam też na studiach podyplomowych na zarządzaniu na Uniwersytecie Łódzkim i AHE, zajmuje się też szkoleniami unijnymi. Prywatnie jestem spełnioną matką dwójki dzieci, a od ponad roku babcią Wiktora, na punkcie którego absolutnie zwariowałam i poświęcam mu każdy wolny weekend.