„Deadpool 2”: recenzja. Jeszcze więcej hałasu i zamieszania,...

    „Deadpool 2”: recenzja. Jeszcze więcej hałasu i zamieszania, ale tym razem o nic

    Dariusz Pawłowski

    Aktualizacja:

    Dziennik Łódzki

    „Deadpool 2” to nadal rozrywka, czarna komedia z wywrotowymi ambicjami, choć z wyłącznie pretekstową anegdotą. Zgodnie z zasadą sequeli, wszystkiego
    1/7

    Przejdź do
    galerii zdjęć

    ©imperial - cinepix

    Wariactwo. Bezczelne, z dużą dawką luzu, bez oglądania się na hierarchie. Chwilami jednak domagające się opanowania i z daleka pachnące mamoną. Na ekrany kin śmiało wkroczył film „Deadpool 2”.
    Pierwszy „Deadpool” z 2016 roku wykazał, iż popkulturowe pokpiwanie z tego, co popkultura wcześniej wytworzyła i dobrze sprzedała może być równie znakomitym interesem (obraz zarobił blisko 800 mln dolarów). Twórcy filmu zaskoczyli widzów obłaskawionych superbohaterskimi produkcjami zamieszaniem w konwencji, rozrywaniem schematów, cynizmem, prztyczkiem w nos ugrzecznionym formułom głównego nurtu kina. Dziełko było swoistym wyzwaniem rzuconym widzom i filmowym koncernom, niektórymi zabiegami - np.
    obalaniem tzw. czwartej ściany - wprowadzał nieco świeżości w skostniałe myślenie o formacie popularnej produkcji. I choć obfitował w żarty niesmaczne oraz kuriozalne, to był przecinkiem, odpoczynkiem w natłoku takich samych filmów, jedynie z rozmaicie przebranymi bohaterami. I... być może skala sukcesu była niespodzianką dla samych autorów przedsięwzięcia i wcielającego się w tytułową postać Ryana Reynoldsa. Już się jednak otrząsnęli - „Deadpool 2” to większy budżet, precyzyjnie przygotowana przygoda i zaplanowany skok na poważną kasę. Prawdopodobnie, ponownie skuteczny.

    „Deadpool 2” to nadal rozrywka, czarna komedia z wywrotowymi ambicjami, choć z wyłącznie pretekstową anegdotą. Zgodnie z zasadą sequeli, wszystkiego jest tu więcej: żart goni żart, trupy wysypują się z ekranu, kino superbpohaterskie dostaje od Wade’a Wilsona klapsa za klapsem. Jest jeszcze więcej krwi, absurdalnej przemocy, broni, okładania się po głowach, narkotyków, dosadności, a nawet... moczu. Aby podejrzeć wszystkie cytaty i odniesienia trzeba obejrzeć film reżysera Davida Leitcha (twórca „Johna Wicka” i „Atomic Blonde”) oraz scenarzystów Rhetta Reese’a i Paula Wernicka kilka razy. Deadpool dwoi się i troi, przeżywa nawet rozterki rodzinne, ściąga spodnie i wypina się w stronę popkultury, której zarazem częścią na lata pragnie zostać (czy nie błyszczy przy tym nagimi czterema literami także w stronę widowni?). Dzieje się co niemiara, lecz poza hałasem i chaosem niewiele z tego wynika. Atut świeżości prysnął, gagi są wielce ciężkie, buntowniczość zamieniła się w rutynę i powtarzalność. Rewolucję robi się raz, a dobrze. Ponowne sięganie po te same środki i hasła trąci hipokryzją i grozi autoparodią. Co, niestety, w dużej mierze przytrafiło się „Deadpoolowi”.



    Rzecz jasna, rechot wielokrotnie przebiegnie przez salę kinową. Ryan Reynolds nic nie stracił ze swojego uroku - i trzeba przyznać, że w tej roli sprawdza się świetnie, można nawet rzec, iż z Deadpoola uczynił swoją markę, trudno już sobie wyobrazić kogoś innego w tej roli. Jego rozgadany bohater zaś pozostaje radosnym, bezpośrednim pajacem, który potrafi zakpić z każdego, obdarzając sarkazmem wszystkich, bez baczenia na poprawność. Film ma niezłe tempo (nawet jeżeli kilka razy kręci się w kółko, jakby realizatorzy nie bardzo wiedzieli jak wybrnąć z danej sytuacji), pomysły dobre i złe rozrzucane są z podobną szczodrością. Jest też w tej produkcji dużo energii oraz determinacji (aż za wiele), by oglądającego rozśmieszyć i rozłożyć na łopatki. Projekt nastawiony jest jednocześnie raczej na spełnianie oczekiwań, niż zaskakiwanie. Nie brakuje i pikanterii, ale jej głównym zadaniem jest pokrycie odgrzewanego dania.

    Zdystansowanemu do superbohaterów przedsięwzięciu zabrakło tym razem dystansu do samego siebie. Po triumfie pierwszej części ludzie odpowiedzialni za projekt wpadli w uzasadnione samozadowolenie i to widać na ekranie. Daje się odczuć, że każdy dowcipas, każda rozróba, każdy nowy efekt sprawiał obecnym na planie mnóstwo szczerej radości. Czy z równą mocą przenosi się to na widza - mam poważne wątpliwości.



    „Deadpool” to oczywiście jazda jednego bohatera i jednego aktora (nie można jednak odebrać Reynoldsowi, że zgrabnie wchodzi w interakcje z dużą paletą ekranowych osobistości), ale całkiem nieźle obok niego radzą sobie Josh Brolin jako Cable i efektowna Zazie Beetz w roli Domino. Udowodnili, że scenarzyści powinni potraktować te postaci z większą uwagą. Jednak na koncentrację na tym, co robią, autorzy filmu nie bardzo mieli czas, bo trzeba było pędzić do kolejnej „piorunującej” scenki.

    Realizatorzy zostawili sobie otwarte drzwi do „Deadpoola 3”, podczas projekcji trzeba oczywiście zostać też do scen po napisach końcowych. Deadpool napyskował superbohaterom ile wlezie. Ci jednak otrzepią swoje wdzianka i pomkną ratować ludzkość. Tak na poważnie.

    Deadpool 2 USA komedia sci-fi, reż, David Leitch, wyst. Ryan Reynolds, Josh Brolin

    ★★★☆☆☆

    Komentarze

    Dodajesz komentarz jako: Gość

    Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

    Liczba znaków do wpisania:

    zaloguj się

    Najnowsze wiadomości

    Zobacz więcej

    Najczęściej czytane

    Polecamy

    Wideo