Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Łodziance w trakcie procedury in vitro podano zarodki należące do innej pary! Proces w tej sprawie rozpoczyna się w środę 8 listopada

Liliana Bogusiak-Jóźwiak
Liliana Bogusiak-Jóźwiak
W klinice in vitro łodziance podano dwa zarodki należące do innej pary.
W klinice in vitro łodziance podano dwa zarodki należące do innej pary.
Łodzianka jest zdruzgotana, płacze, nie może spać. Razem z mężem marzyli o dziecku, a w klinice do której się zgłosili doszło do koszmarnej pomyłki. Tego dnia pani Ania miała podczas transferu mieć podane dwa zarodki, które powstały z połączenia komórek jej i jej męża. Omyłkowo podano jej dwa zarodki należące do innej pary. Gdy lekarze zorientowali się, że doszło do pomyłki, usunęli podane wcześniej zarodki.

Pani Ania z mężem Kamilem trafili do kliniki pod koniec 2019 r. Po latach bezskutecznych starań o dziecko zdecydowali się na zapłodnienie pozaustrojowe. W materiałach reklamowych tej kliniki in vitro pozytywnie podbudowało ją to, że ośrodek pracuje z immunologiem, który ma tak przygotować szczepionkami organizm kobiety do ciąży, aby ten gdy już dojdzie do umieszczenia zarodka w jamie macicy i rozwoju ciąży, jej nie odrzucił.

31 marca ubiegłego roku pani Ania pojechała z mężem do kliniki. O tym, że stało się coś złego dowiedziała się tuż po transferze zarodków do jamy macicy. Dostała do podpisu plik dokumentów i szybko zorientowała się, że jest to karta innej pacjentki.

- Miałam wrażenie, że gram w jakimś filmie. Usłyszałam, że trzeba "wypłukać zarodki". Nie jestem pewna co było ze mną robione - mówi łodzianka. - Dostałam dożylnie jakiś środek, który spowodował u mnie euforię i wyłączył logiczne myślenie. Następnego dnia był smutek, płacz, zawiedzione nadzieje. I tak jest do dziś. Po tej procedurze, czymkolwiek mnie "wypłukiwano", do dziś mam problemy uroginekologiczne. Straciłam zaufanie do lekarzy i nie wiem, czy kiedykolwiek to się zmieni. A to co się stało cięgle do mnie wraca.

- Ciągle cofam się do tego co było i nie mogę sobie poradzić z bólem - mówi dalej kobieta. - Mam ogromny żal o to, co zrobili nam w tej klinice. Nie rozumiem dlaczego lekarze zakwalifikowali nas do procedury in vitro, dali nadzieję na dziecko, a teraz w odpowiedzi na nasze pismo piszą, że nie powinniśmy do niej podchodzić.

Pani Ania mówi o piśmie, które z żądaniem odszkodowania wystosował w ich imieniu do kliniki ich adwokat. W odpowiedzi klinika i jej ubezpieczyciel zaproponowali łodziance 15 tys. zł.

Kobieta i jej mąż po tym co stało się w klinice nie powiadomili prokuratury choć radziła im to rodzina i znajomi. Jak mówi pani Ania byli sparaliżowani bólem, a to przerastało jej siły.

- Wystąpiliśmy na drogę sądową, aby zamknąć pewien okres swojego życia - mówi łodzianka. - Również dlatego, że nie mogę się pogodzić z tym, że poszliśmy do kliniki po pomoc, popełniono straszny błąd, a my nie usłyszeliśmy nawet słowa "przepraszam".
Sprawa z powództwa pani Ani i jej męża trafiła do Sądu Okręgowego w Łodzi. Mecenas reprezentujący małżonków w pozwie zażądał 400 tys. zł odszkodowania dla niej i 75 tys. zł odszkodowania dla niego.

Klinika w której doszło do pomyłki nie komentuje sprawy. Zapowiadany jest oficjalny komunikat dla mediów.
O komentarz do tej sprawy poprosiliśmy psychologa, konsultanta w dziedzinie endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości dla województwa łódzkiego, Ministerstwo Zdrowia oraz prawnika.

Jak mówi nam psycholog Beata Wasilewska-Matys, to zrobiono pani Ani w klinice musi odcisnąć potężne piętno zarówno na jej ciele, jak i psychice. Może się tak nawet stać, że nie będzie już w stanie ponownie zawalczyć o to, aby zostać matką.
- Nie można wykluczyć, że pacjentka która doświadczyła takiej traumy już nigdy nie zaufa lekarzom, a to co się stało zdeterminuje jej życie - analizuje psycholog. - Już sama procedura in vitro jest potężną ingerencją w organizm kobiety. Po tym co się stało w klinice lekarze tam pracujący powinni otoczyć pacjentkę pomocą, i zaoferować jej m.in. wsparcie psychologicznej.

Zdaniem konsultanta wojewódzkiego
O komentarz do tej sytuacji poprosiliśmy profesora dr hab. Jerzego Radwana, konsultanta w dziedzinie endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości dla województwa łódzkiego:

- Przede wszystkim pragnę podkreślić, że - jeśli informacje się potwierdzą - jestem poruszony tą sytuacją. Zarówno jako konsultant wojewódzki, jak i jako lekarz oraz były twórca i kierownik innego ośrodka o podobnym zakresie działania. Ponieważ sam zakładałem i prowadziłem kiedyś ośrodek leczenia niepłodności wiem jak krytyczne znaczenie mają procedury w zakresie zapobiegania pomyłkom, które są wymagane i szczegółowo opisane w rozporządzeniu do Ustawy o leczeniu niepłodności. Nie mogę zrozumieć dlaczego takich procedur nie dochowano w tej klinice o której dowiedzieliśmy się z mediów. Pozwolenie na działalność ośrodka jest wydawane przez Ministra Zdrowia między innymi po przedstawieniu procedur zapobiegających pomyłkom.
Sprawę tej kliniki trzeba bardzo dokładnie wyjaśnić i ustalić czy procedury były stosowane. W przeciwnym razie może to podważyć zaufanie do wszystkich rzetelnych ośrodków profesjonalnie pomagających ludziom borykającym się z problemem niepłodności.
To jednak prerogatywy Ministra Zdrowia, konsultanci krajowy i wojewódzcy nie mają tu uprawnień nadzorczych. Zgodnie z Ustawą o leczeniu niepłodności każde istotne zdarzenie niepożądane musi być bowiem zgłoszone do Ministra właściwego do spraw zdrowia. I to Minister podejmuje odpowiednie działania kontrolne oraz wydaje zalecenia pokontrolne lub wyciąga administracyjne konsekwencje karne. Niezależnie od ew. postępowań sądowych w sprawach cywilnych. A takie postępowanie – jak rozumiem – toczy się już w tej konkretnej sprawie.

Nie znam procedur w klinice, w której według relacji pacjentów doszło do tego zdarzenia, ale standard wyznaczany przez Europejskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii – który powinien obowiązywać wszystkie ośrodki in vitro - jest taki, że są dwie możliwości zapobiegania pomyłkom. Pierwsza z nich to tzw. świadkowanie czyli potwierdzanie prawidłowości przebiegu każdego krytycznego momentu procedury przez drugą osobę. I obie osoby podpisują się w dokumentacji medycznej po każdym takim krytycznym momencie. Druga możliwość to certyfikowany system elektroniczny zapobiegający pomyłkom. Takie rozwiązanie, a konkretnie kilkustopniowy, cyfrowy system stosowany jest np. w założonym przeze mnie ośrodku. To bardzo nowoczesne systemy, m.in. zachowujące zapisy przebiegu całej procedury. Nie wiem jakie rozwiązanie stosowano w klinice, o której mówimy - twierdzi profesor. - Jeśli zaś chodzi o zabieg jak to Pani określiła tzw. „wypłukania zarodka” to trudno mi się wypowiadać, bo nie znam szczegółów tego przypadku, dokumentacji medycznej, a tylko znając te dane można się wypowiadać profesjonalnie. Tym bardziej, że toczy się w tej sprawie postępowanie. Klinika, której stawia się zarzuty z pewnością musi to wszystko dokładnie wyjaśnić. Chodzi bowiem przede wszystkim o zaufanie do ośrodków leczenia niepłodności, zwłaszcza ze strony ludzi, dla których in vitro jest tak ważną, często jedyną szansą na posiadanie upragnionych dzieci.


Ministerstwo Zdrowia wyjaśnia:

W odpowiedzi do Ministerstwa Zdrowia o to, ile przypadków pomylenia zarodków w klinikach in vitro w Polsce miało miejsce czytamy: "Do 31 października br. stwierdzono 2 przypadki błędu lekarskiego w procedurze wspomaganej prokreacji (....) W każdym przypadku zaistnienia istotnej niepożądanej reakcji lub istotnego zdarzenia niepożądanego, jednak nie rzadziej niż raz na 2 lata w każdym podmiocie leczniczym posiadającym pozwolenie na wykonywanie czynności ośrodka medycznie wspomaganej prokreacji i banku komórek rozrodczych i zarodków przeprowadza się kontrole. W przypadku stwierdzenia nieprawidłowości sporządzane są wnioski pokontrolne, które mają na celu usunięcie nieprawidłowości".

Adwokat komentuje:
Maria Wentlandt-Walkiewicz, adwokat specjalizujący się w sprawach o błędy medyczne, mówi:
- Dla mniej jest to sprawa absolutnie skandaliczna. Placówka medyczna wykonująca zabiegi in vitro nie jest instytucją charytatywną, tylko bierze za to całkiem niezłe pieniądze. W związku z tym kierownictwo takiej spółki powinno doskonale wiedzieć, jak się chronić przed takiego rodzaju pomyłkami. Osoby, które zgłaszają się na procedury in vitro są w stresie od wielu lat i powinny mieć zapewniony komfort bezpiecznego zapłodnienia prawidłowym zarodkiem. Obawiam się, że tego sytuacji w tej placówce - obym się myliła - może być więcej.

Kolejna kwestia o której mówi mecenas, to "wypłukanie podanych zarodków". Zdaniem mecenas są to niedopuszczalne sformułowania.

- Pokazuje, że lekarze traktują pacjentkę w sposób mechaniczny, odczłowieczony - twierdzi adwokat. - Jest to niedopuszczalna nonszalancja, bo zarodki mogą być dzieckiem.

emisja bez ograniczeń wiekowych
Wideo

Polski smog najbardziej szkodzi kobietom!

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Łodziance w trakcie procedury in vitro podano zarodki należące do innej pary! Proces w tej sprawie rozpoczyna się w środę 8 listopada - Express Ilustrowany

Wróć na dzienniklodzki.pl Dziennik Łódzki