Joanna i Andrzej Janeczkowie przyznają, że wzięli ślub po tym, jak mieszkali na "kaczą łapę" 13 lat (© fot. Krzysztof Szymczak)
Joanna Leszczyńska
2010-03-06 07:46:47, aktualizacja: 2010-03-06 07:47:42
Mieszkają razem prawie od trzydziestu lat i nie wyobrażają sobie wakacji spędzonych oddzielnie. Wspólnie opiekują się domem, zwierzętami i ogromną działką pod Łodzią. O sielskim życiu, w którym nie ma miejsca na nudę, opowiadają Maja Piwońska-Janeczko i Andrzej Janeczko z zespołu Trzeci Oddech Kaczuchy w rozmowie z Joanną Leszczyńską
Czy to prawda, że do ślubu pojechaliście na traktorze?
Żona: To prawda. Nie był to wprawdzie nasz pomysł, ale naszych przyjaciół z łódzkiej telewizji. Do dziś wspominamy to z rozrzewnieniem. Dodam, że wzięliśmy ślub po tym, jak mieszkaliśmy ze sobą na kaczą łapę 13 lat.
Mąż: To było tak. Pojechaliśmy pierwszy raz w życiu na narty do Zieleńca, niedaleko Dusznik-Zdroju. Było tam tak pięknie, że przy wódce powiedziałem do kolegów, że jak bym kiedykolwiek miał brać ślub, to tylko w górach, w Zieleńcu. Tak, tak w tym samym Zieleńcu, znanym z afery hazardowej. Pięć miesięcy później zadzwonił Michał Fajbusiewicz, że załatwił za nas wszelkie formalności związane ze ślubem w górach. Był to czwartek, a nasz ślub miał być w sobotę. Pojechałem po metryki urodzenia. Moją i Mai. Obrączki kupiliśmy w sobotę w sklepie z zabawkami. Każda była od innej pary.
Żona: Ale najważniejsze, że my jesteśmy do pary. Zdążyłam z przyjaciółką pójść do butiku Ani Batory i kupić ślubną kreację. O tym, że pojedziemy do ślubu traktorem dowiedzieliśmy się w ostatniej chwili. W nocy nasi przyjaciele robili transparenty z prześcieradeł z napisami: "Co dwie kaczki to nie jedna" i "O takie kaczkę nam szło."
A jak się jechało do ślubu na traktorze?
Żona: Z Zieleńca do Dusznik jest 14 kilometrów. Trzęsło trochę, ale fajnie było. Tyle że potem rodzina się na nas poobrażała, bo nikt nie był na ślubie. Zadam teraz zagadkę mężowi: Którego dnia, miesiąca i roku braliśmy ten ślub?
Mąż: W 1993 roku, w kwietniu w sobotę.
Żona: Powiedz jeszcze dzień i będą szczęśliwa...
Mąż (zastanawia się)
Żona: W co się zwykle strzela?
Mąż: W dziesiątkę. Tak, to było 10 kwietnia.
Żona: Później jeszcze raz włożyłam suknię ślubną. To była niespodzianka w programie TVN "Rozmowy w toku. " To była piękna, ślubna suknia do ślubu kościelnego, o jakiej zawsze marzyłam. Andrzej jest po rozwodzie i nie mogliśmy brać ślubu w kościele. Wtedy też w tym programie Andrzej mi się oświadczył.
Oświadczyny? W ile lat po ślubie?
Żona: Osiem lat później.
Czy ślub coś zmienił w Waszym życiu?
Żona: Teraz muszę posługiwać dwoma nazwiskami. Żartuję. Mówiąc poważnie, tak się złożyło, że kiedy nie byliśmy małżeństwem, często bywałam w szpitalu. Mieliśmy inne nazwiska i Andrzej musiał się tłumaczyć, kim dla niego jestem. Teraz nie musi. A poza tym, ślub nic nie zmienił. Niedawno sobie uświadomiliśmy, że za rok minie 30 lat, od kiedy zamieszkaliśmy razem. Nie wiem, kiedy tyle lat minęło...
Kiedy święciliście triumfy w 1981 roku na festiwalu w Opolu, już byliście parą?
Żona: Tak. Poznaliśmy się wcześniej na deskach scenicznych. Śpiewałam wtedy z siostrą i Zbyszkiem Rojkiem, który potem dołączył do Kaczuch. Zakochałam się w tym "poecie i łachmycie", jakim był Andrzej ("Ja poeta i łachmyta, milczę kiedy syn mnie pyta "- cytat z piosenki "Pytania syna poety - przyp. red.). Szybko podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu. Andrzej był po przejściach po poprzednim związku i chcieliśmy zobaczyć, co z tego wyniknie.
Niektórzy uważają, że małżeństwa, które są długo ze sobą, upodabniają się - zewnętrznie i z charakteru. Jak jest z Wami?
Żona: Mówi się, że jak ktoś ma zwierzęta, to się do nich upodabnia. A my przez całe życie mieliśmy psy boksery (śmiech).
Mąż: Na pewno przejęliśmy od siebie nawyki żywieniowe. Ja przez całe życie jadłem dużo warzyw i żona też zaczęła jeść.
Żona: Ja przez całe życie byłam czereśniarą i Andrzej, który wcześniej nie znosił czereśni, też je polubił. Poza tym my właściwie nie musieliśmy się docierać, bo dobrze się dobraliśmy. Lubimy te same sporty. Ja, choć pochodzę z Olsztyna, nigdy nie żeglowałam, a Andrzej tak. Wystarczyło, że raz mnie wziął na łódkę i od razu to polubiłam. Przekonał mnie też do koni. Jeździmy razem na nartach, nurkujemy. Niedawno nauczyłam Andrzeja pływać w okularach krytą żabką.
Mąż: Czasami dwa razy w roku jeździmy do Egiptu. Maja kocha nurkowanie. Ja musiałem też pokochać.
Z charakteru też jesteście do siebie podobni?
Żona: Tak, oboje jesteśmy zawzięci, kłótliwi, nerwowi.
Mąż: Ja nie, proszę o mnie tego nie mówić.
Żona: On też taki jest... Ale kiedy się ludzie nie kłócą, to nie mają powodu, by ze sobą być. Kłótnia to też powód do rozmowy i do tego, żeby się pogodzić.
Długo się nie odzywacie po kłótni?
Żona: Ja potrafię się nie odzywać nawet dwa dni. Rzadko tak jest, ale się zdarza. Nie jest tak, że są same piękne dni. Są też gorsze. Andrzej ma zmienne humory. Czasem powie do mnie coś podniesionym głosem, czego nie znoszę. Kłótnie czy sprzeczki są na ogół z błahych powodów. Od słowa do słowa i coś wybuchnie. Ja wtedy cierpię, modlę się, żeby przyszedł i przeprosił.
Mąż: Maja śpi wtedy na skraju łóżka...
Żona: Całą noc oka nie zmrużę, a on... śpi dobrze. Często jednak jak coś przeskrobie, w moim mniemaniu, a mam tendencję do wyolbrzymiania problemów, przychodzi potem, pytając, czy może mi oddać hołd. Przyklęka i oddaje mi hołd.
Różnicie się w poglądach politycznych?
[b]Żona: Nie. Poznaliśmy się w 1980 roku, roku przełomowym, kiedy dużo mówiło się o polityce.
Mąż:[/b] Myślę, że trochę ukształtowałem poglądy polityczne żony. Rodzice opowiadali mi o dziadku, który wyszedł na drogę, by Ruskim pokazać drogę i już nigdy nie wrócił. Słuchałem też opowieści wujka, który był w AK i opowiadał, jak mu ubecy łamali palce. Mój ojciec, krawiec, nigdy nie był w partii. Maja, przesiąkła opowieściami.
Żona: To prawda.
Mieszkacie pod Łodzią. Nie macie natury mieszczucha?
Żona: Już nie. Ale baliśmy się przeciąć pępowinę z miastem.
Mąż: Kiedy zamieszkaliśmy na wsi pod Strykowem, przez rok trzymaliśmy mieszkanie na Inflanckiej w Łodzi. Sprzedaliśmy je dopiero wtedy, kiedy je dwa razy obrobiono.
Żona: Nadal jednak miasto kochamy. Z pozycji wsi inaczej je postrzegamy.
Kupiliście dom?
Żona: Kupiliśmy gołe pole i na nim wybudowaliśmy dom. Ten dom i jego otoczenie to nasza krwawica. Ale ja kocham pracę fizyczną. Kiedy mnie pytają, w której siłowni ćwiczę, odpowiadam, że na działce.Ja zajmuję się trawą, Andrzej roślinami. Celowo nie kupiłam kosiarki typu kombajn, tylko zwykłą kosiarkę, przy której trzeba chodzić.
Mąż: Jak ktoś ma dwie lewe ręce do roboty, nie powinien mieszkać na wsi. Mamy konie, psy i działkę o powierzchni 8 tys. metrów kwadratowych.
Żona: Kiedy ktoś tworzy, myślę o Andrzeju, bo o sobie nie śmiem tak powiedzieć, to praca fizyczna jest odskocznią.
Mąż: Celowo zamieszkaliśmy między rolnikami. Kupiliśmy działkę pod kątem koni. Od rolników można kupić dla nich owies, obornik, słomę.
Żona: Niektórzy nazywają mnie "panią Kaczuchową..."
Ile macie koni?
Żona: Dwa, jednego musieliśmy sprzedać, żeby ogier nie pokrywał klaczy, która jest jego "córką". Z bólem serca to zrobiliśmy, ale mamy kontakt z nim w ośrodku pod Radomskiem. Kotów i psów mamy coraz mniej, bo wymierają.
Mąż: Kot, Pan Józef, ma 16 lat. Mieszkał z nam na Inflanckiej i jeździł z nami po Europie.
Żona: Chcemy, żeby Pan Józef, na którego mówimy "synuś", miał komfort i nie staramy się o nowe koty. Ale jeżeli jakiś kotek się przybłąka, to go weźmiemy, jak poprzednie.
Mąż: Nasza rodzina to Pan Józef, psy: Puma, Nero i Murzyn oraz konie: Fraszka i Fruzia. Kiedy wyjeżdżamy, w naszym domu zamieszkują przyjaciele. Bo zwierzęta nie mogą być same.
Zdarza się Wam nie widzieć dłużej niż dwa dni?
Żona: (śmiech) Kiedyś chcieliśmy zliczyć, ile dni się w ogóle nie widzieliśmy na 29 lat wspólnego życia. Może łącznie dwa, trzy tygodnie.
Mąż: Najdłużej się nie widzieliśmy, jak broniłem pracę magisterską w Olsztynie, po 13 latach studiów. Przez trzy dni stawiałem kolegom wódkę.
Nigdy nie chcieliście od siebie odpocząć?
Mąż: Nigdy się ze sobą nie nudzimy.
Żona: Nie wyobrażam sobie takiego małżeństwa, że ona jedzie na narty sama, a on w innym terminie. Wiem, że małżeństwo i miłość na tym polega, że trzeba mieć zaufanie do drugiej osoby, ale ja wolę nad wszystkim czuwać. Może mam warmińsko-zawzięty charakter, ale do tej pory ta metoda się sprawdza.
Mąż: Nie jest tak, że jesteśmy razem cały dzień. Po śniadaniu, które robimy razem, Maja sprząta dół domu. Jest co sprzątać, bo psy śpią tam zimą. A Maja lubi czystość. Ja w tym czasie idę do koni, daję im jeść, wodę noszę. Sprzątam kupy po psach. Następnie pijemy herbatę. Idę do pracowni na górę. Maluję albo piszę.
Żona: Obiad gotujemy wspólnie. Andrzej lepiej gotuje i ja mu pomagam. Spać chodzimy późno. Musimy być na bieżąco z polityką i oglądamy sporo programów w telewizji. Dużo ze sobą rozmawiamy. Nie lubię, kiedy Andrzeja nie ma w domu. Jak mamunia Andrzeja żyła i wyjeżdżał do niej na dwa, trzy dni, dziwnie się czułam bez niego. Kiedy słyszę odgłosy dobiegające z góry naszego domu, to chociaż go nie widzę, ale go słyszę. Wiem, że jest.