Niestety, tempo ujemnego przyrostu jest niezadowalające. Gdyby zostało utrzymane, w ciągu roku liczba emerytów zmalałaby zaledwie o 12 tysięcy. To kropla w morzu potrzeb! Na całkowitą likwidację 5-milionowej emeryckiej warstwy próżniaczej trzeba by czekać 400 lat. Tyle czasu Polska nie ma!
Aby proces przyspieszyć, rząd zrealizuje postulat organizacji feministycznych, które sprzeciwiają się prześladowaniom kobiet w postaci niższego wieku emerytalnego; wiek emerytalny kobiet zrówna się z wiekiem emerytalnym mężczyzn. Tak kobiety zrealizują swoje marzenia - pójdą na emeryturę razem z chłopami. Za to udogodnienie panie powinny poprzeć "parytet".
Ponieważ
żyjemy coraz dłużej, wiek emerytalny będzie sukcesywnie podnoszony po równo dla obu płci. Na razie myśli się o progu 67 lat. Wydaje się jednak, że to za mało jak na polskiego emeryta. Ludzie w tym wieku są zbyt sprawni - chodzą i myślą - mogą jeszcze pracować lub przejść na bezrobocie, jeśli dla takiej młodzieży pracy nie będzie.
Idealny wiek emerytalny trudny jest do określenia. Nawet doradca premiera, minister Boni, nie potrafi go określić. Generalnie jednak chodzi o to, żeby przyszły emeryt umarł jako pracownik lub bezrobotny, co przy dalszym doskonaleniu systemu opieki zdrowotnej przez minister Kopacz będzie łatwe do osiągnięcia.
W ten sposób problemy emerytów rząd rozwiąże za pomocą łopaty grabarza - o co w latach osiemdziesiątych ówczesne rządy posądzali ówcześni związkowcy. Zaoszczędzi to wydatków ZUS-owi i zostawi w OFE nienaruszony kapitał niedoszłych emerytów.
Minister Boni i prof. Góra z OFE ING będą wiedzieli, co z nim zrobić.