Jedną z nielicznych udanych imprez promujących Łódź był Fashion Week (© fot. Mateusz Trzuskowski)
Monika Pawlak
2009-07-11 00:23:37, aktualizacja: 2009-07-11 00:24:36
Miasto kultury czy sportu? Manufaktura, a może ulica Piotrkowska z Ławeczką Tuwima? Łódź stolicą mody, filmu czy unikalnej architektury przemysłowej? Odpowiedź na każde z tych pytań jest jedna: nie wiadomo.
I nie wiadomo, kiedy będzie wiadomo. Łódź to jedno z niewielu, jeśli nie jedyne duże miasto w Polsce, kojarzone ze wszystkim i z niczym. Bo promocja naszego miasta w Polsce i Europie właściwie nie istnieje.
Zbyt mocne twierdzenie? Dla urzędników odpowiedzialnych za promocję i polityków z otoczenia prezydenta Jerzego Kropiwnickiego - zapewne tak. Urzędnicy swoje działania w tej dziedzinie ograniczają jednak do zapowiedzi o opracowaniu strategii promocyjnej dla Łodzi. Prezentują też z dumą nagrody, jakie zdobywają na festiwalach turystyczno-promocyjnych filmy promujące Łódź. A lokalni politycy, związani z prezydentem Łodzi, z uporem godnym lepszej sprawy wmawiają dziennikarzom, łodzianom i każdemu, kto chce słuchać, że niezliczone prezydenckie podróże to świetna promocja naszego miasta. I to szeroka, bo na niezliczonych polach - od naukowych, poprzez inwestycyjne, na kulturalnych skończywszy.
Niestety, efekt tych działań jest nikły, bo promocja miasta nie ma nic wspólnego ze ściąganiem inwestorów do Łodzi czy studentów z zagranicy na nasze uczelnie. A produkowanie kolejnych filmów i filmików oznacza tylko wydawanie pieniędzy z pokaźnego - jak na Łódź - budżetu na ten cel. W tym roku miasto zarezerwowało na promocję prawie 28 mln zł. Dla porównania Poznań - 24 mln zł, a Wrocław - 23 mln zł.
Kiepski impresariat
Rację miał Marek Janiak, prezes Fundacji Ulicy Piotrkowskiej, który złośliwie nazwał kiedyś magistracki wydział promocji "impresariatem". Przykro to pisać, ale ani poprzednia dyrektor wydziału Justyna Jedlińska, ani obecna - Dominika Ostrowska-Augustyniak - nie zrobiły zbyt wiele, by Łódź wreszcie zaczęła być rozpoznawalna i kojarzona z czymś pozytywnym.
Justyna Jedlińska pod koniec 2005 roku zapewniała, że dzięki firmie McKinsey (autor strategii rozwoju Łodzi - przyp. mp.) wyklarowała się marka naszego miasta, która będzie wielokulturowa, filmowa i rozrywkowa. Co jednak konkretnie zrobiono? Jedlińska za swój sukces uznała uruchomienie punktu informacji turystycznej na łódzkim lotnisku wraz z przewodnikami hotelowo-kulinarno-historycznymi po mieście w języku angielskim. Na punkty informacji turystycznej na dworcach kolejowych zabrakło już zapału i pieniędzy. I jeszcze jeden pomysł poprzedniej dyrektor wydziału promocji - Centrum Informacji Turystycznej przeniesione na Piotrkowską. To by było na tyle, bo kolejne festiwale czy inne imprezy z szeroko pojętej kultury nie były żadną zasługą pani dyrektor. Ot, miasto chętnie dawało pieniądze, więc organizatorzy podobnych przedsięwzięć ochoczo zaczęli pukać do magistrackich drzwi. Dlatego dość długo majowe Święto Łodzi, czyli przaśny jarmark, było powodem do wstydu, a nie reklamowania go w Polsce.
Dominika Ostrowska-Augustyniak, nowa dyrektor wydziału promocji UMŁ, miała poprawić wszystko, co zepsuła albo czego nie dopilnowała poprzedniczka. Na razie zrobiła niewiele, nadal akcje promocyjne prowadzone są bez ładu i składu, strategii nie ma, za to impresariat, o jakim mówił Marek Janiak - kwitnie. Zimą mieliśmy koncert walentynkowy emitowany na antenie telewizji Polsat. Pomijając walory artystyczne imprezy (o gustach się nie dyskutuje) trzeba powiedzieć, że promocja wydarzenia była zerowa. W całym mieście nie było choćby plakatu informującego, że coś takiego się odbywa. Wprawdzie koncert był reklamowany przez telewizję Polsat, lecz aby to dostrzec, trzeba było ją oglądać.
Zatrważająca była też niefrasobliwość pani dyrektor w sprawie promocji mistrzostw Europy koszykarzy i siatkarek, które odbędą się w Łodzi. To są imprezy, które mogą i powinny rozsławić miasto w całym kraju, ściągnąć kibiców. Tymczasem Ostrowska-Augustyniak opowiadała radnym o folderach dla kibiców i tłumaczyła, że promocją tych imprez zajmują się związki sportowe. Tyle że chodziło o wypromowania miasta i nowej hali sportowej - mistrzostwa były tylko pretekstem.
Dziwne pomysły i dwa sukcesy
Kolejny pomysł promocyjny to film "Londyńczycy". Jakieś odcinki czy sceny mają być kręcone w Łodzi, ale nie wiadomo, za ile i po co. To ostatnie pytanie dotyczy też wydania 30 tys. zł na reklamę na portalu internetowym Onet.pl, gdzie miały być promowane koszykarskie i siatkarskie Euro, a reklamowano Manufakturę i cmentarz żydowski - jako atrakcje miasta.
Kolejny dziwny pomysł to niby-brazylijski korowód maszerujący Piotrkowską do nowej hali sportowej z okazji meczu Ligi Światowej siatkarzy Polska - Brazylia. Parada niestety była żałosnym widowiskiem. Ale na szczęście halę wypromowała nam telewizja Polsat Sport, bo komentatorzy szczerze zachwycili się obiektem.
Udaną imprezą promocyjną było tegoroczne Święto Łodzi, bo wreszcie zerwano z konwencją wiejskiego jarmarku. Miasto dołożyło do organizacji milion złotych i był to najlepiej wydany milion na promocję, bo o święcie mówiła telewizja publiczna na antenie ogólnopolskiej, reklamy były też w tygodniku "Polityka", a relacje w ogólnopolskich mediach. Trzeba jednak z mocą podkreślić, że miasto organizowało święto wspólnie z Manufakturą i jestem pewna, że ciężar wypromowania imprezy wzięło na siebie to centrum handlowe. Stąd sukces, bo tam pracują profesjonaliści.
Drugim sukcesem był Fashion Week, organizowany wspólnie przez agencję Moda Forte, Międzynarodowe Targi Łódzkie i magistrat. I znów trzeba powiedzieć, że oprócz pieniędzy, magistrat nic twórczego w imprezę nie wniósł. Ale urzędnicy pierwsi wypinali piersi do orderów i chwalili się sukcesem.
Łodzią po Piotrkowskiej?
Nie ja jedna uważam promocję Łodzi za nieudolną, na poziomie daleko odbiegającym od ogólnie przyjętych norm. Tego samego zdania jest łodzianin Piotr Skonieczny, uczestnik Heineken Open'er Festiwal w Gdyni. "Bardzo chciałbym usłyszeć, jaki cel promocyjny miała akcja wirtualnego przepłynięcia Piotrkowskiej łodzią, zaproponowana uczestnikom festiwalu Open'er. Chyba wyrzuceniem kolejnych 300 tys. w błoto i dobrej zabawie samych organizatorów" - pisze w liście do redakcji Skonieczny. "Wiosłowanie po Piotrkowskiej, która ze średnią grafiką i bez ludzi wydaje się martwa, bardziej odstrasza niż zachęca. Sączenie piwa i mówienie, że u nas jest najwięcej pubów, też na kulturę raczej mi nie wygląda. Do kogo ta promocja miała dotrzeć? Do młodzieży, która gościła na festiwalu i często nie ma tyle pieniędzy, by nasze miasto odwiedzić, a co dopiero skorzystać z hoteli, restauracji, itp.? Bo tam, gdzie był wielki biznes z wypchanymi portfelami, o Łodzi nie było ani widu, ani słychu".
Fakt, chaotyczne akcje promocyjno-reklamowe Łodzi nie pomogą. Bo promocja nie polega na organizowaniu imprezy za imprezą, tylko na "sprzedaży marki". W przypadku Łodzi należy dać spokój sportowi, bo jedna hala naprawdę nie robi z miasta sportowej potęgi i nigdy nie zrobi. Zwłaszcza że sąsiaduje z ruiną niegdysiejszego stadionu ŁKS, a niegdysiejsze marki piłkarskie, czyli Widzew i ŁKS, cienko przędą.
Koszykówka żeńska z pięknymi tradycjami także nie może się odrodzić. Mamy mistrzów kraju w rugby, ale to za mało, by uznawać miasto za potęgę sportu. I przy całym szacunku dla jego osiągnięć, koszykarz z NBA Marcin Gortat to tylko rodzynek na łódzkiej mapie sportowej mizerii.
Lepiej skupić się na promowaniu tego, co w Łodzi wyjątkowe, czyli na szeroko pojętej kulturze. W tym mieszczą się festiwale, pokazy mody w stylu Fashion Week i unikalna łódzka architektura pofabrykancka, a także tradycje - choćby filmówki. Jak to wszystko ująć w spójne ramy - tym powinni się zająć specjaliści.
Zamiast lekką ręką wydawać miejskie miliony na jarmarczne koncerty czy festiwale, lepiej wydać je na profesjonalną agencję PR, która opracuje strategię promocyjną i przypilnuje, by urzędnicy ją realizowali. Bo bez pilnowania istnieje uzasadniona obawa, że ją zepsują.