Ponad sześćdziesiąt gospodarstw w gminie Poddębice wciąż nie ma dostępu do wodociągu. Urzędnicy obarczają za to walczących o wodę ludzi uzależniając inwestycję od wsparcia z UE.

Aż trudno w to uwierzyć, ale w dwóch wsiach w gminie Poddębice do ponad sześćdziesięciu gospodarstw wciąż nie dotarła nitka sieci wodociągowej. Bieżąca woda wciąż pozostaje marzeniem mieszkańców Dominikowic oraz pokaźnej części Balina. Obydwie miejscowości leżą na styku gmin Poddębice i Uniejów. Ludzie denerwują się, bo u sąsiadów nie dość, że dawno już zaradzono problemowi, to jeszcze całe wsie za unijne pieniądze wyposażane są w przyzagrodowe oczyszczalnie ścieków.

 

- U nas tymczasem skazani jesteśmy na korzystanie ze studni - irytuje się Anna Pilarczyk, sołtys Dominikowic, która dokładnie rok temu w imieniu mieszkańców wystąpiła do gminy Poddębice z wnioskiem dotyczącym podjęcia decyzji o rozpoczęciu prac związanych z projektowaniem i budową wodociągu w jedynych dwóch wsiach w gminie, które jeszcze takiego luksusu nie mają. Co na to urzędnicy?

 

- W latach dziewięćdziesiątych, kiedy budowano wodociąg w tej części gminy, nie było zainteresowania ze strony mieszkańców przeprowadzeniem przedsięwzięcia - tłumaczy Michał Srogosz, wiceprezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Wodociągów i Kanalizacji w Poddębicach. -Kilkakrotnie podchodziliśmy do realizacji zadania, ale nie było chęci mieszkańców. Obecna inwestycja uzależniona jest od środków unijnych i warunków dofinansowania. Jeśli takie będą, to będziemy starali się pozyskać na ten cel fundusze zewnętrzne - zapowiada.

 

- Dwadzieścia lat temu faktycznie były podejmowane takie próby, a starsi ludzie nie chcieli podłączać się - potwierdza sołtys Pilarczyk. - Teraz doszli działkowcy. Są młodzi, którzy mają gospodarstwa rolne. Wtedy nikt nie wymagał od hodowców krów, aby woda miała certyfikowaną jakość. Dziś nie dosyć, że woda nie spełnia norm, to jeszcze zaczyna jej brakować.

 

- Za każdym razem w próbkach stwierdzane są groźne bakterie coli - dodaje Marcin Rojkowski. - Taka woda nie nadaje się do krów, a my musimy ją pić i nikt się nami nie przejmuje.

 

- A każde takie badanie kosztuje nas ponad 250 złotych - irytuje się Krzysztof Tybura. - Przez tyle lat, to my za te analizy byśmy w kawałkach uskładali na ten wodociąg.

 

- Wodę do picia przywozimy z Poddębic i Uniejowa - skarży się Marzena Tybura. - W tej ze studni, to nawet się nie da białej bluzki wyprać, bo od razu będzie żółta.

 

- Nie dosyć, że woda się do niczego nie nadaje, to jeszcze w studni jest jej jak na lekarstwo - zauważa Żaneta Senczkowska. - Jak mąż musi zrobić opryski na polu, to zaczyna jej brakować, a jak już się skończy, to potem co najmniej trzeba ze dwa dni odczekać, aby z powrotem naszła.

 

Ludzie na własną rękę doraźnie radzą sobie wiercąc studnie głębinowe, ale nawet i tam woda nie spełnia norm jakościowych.

Źródło: Dziennik Łódzki