O reformach potrzebnych Polsce rozmawiamy z prof. Leszkiem Balcerowiczem, przewodniczącym rady Forum Obywatelskiego Rozwoju, byłym wicepremierem i prezesem NBP.

Ostatnia książka, jaką pan wydał, nosi tytuł "Trzeba się bić". O co konkretnie?

O demokrację, o to, by dogonić Zachód. Jak chce się coś zmienić, to trzeba się zorganizować. Rozwiązania nie spływają jak manna z nieba, ale zależą od siły politycznej, która musi się tworzyć w społeczeństwie. W tej chwili w Polsce nie ma ani jednej partii politycznej, która by zapobiegła spowolnieniu gospodarczemu, a niektóre z nich gwarantują, że będzie jeszcze gorzej.

Za słaby jest nurt reformatorsko-rynkowy, a jego wzmocnienie może nastąpić w ramach jednej z istniejących partii lub nowej siły.

Ta musi odeprzeć ataki etatyzmu, czyli grup, które starają się wycisnąć z państwa więcej pieniędzy i przepisów, czyli przywilejów, a jednocześnie nie lubią polityków urzędników. Z taką umysłową schizofrenią trzeba się dziś bić.

Czy zastanawiał się pan nad innymi rozwiązaniami, niż te, na które się pan zdecydował, przeprowadzając reformy?

Powiem tak: reformy szybkie nazywane są bolesnymi, a wolne łagodnymi. Tymczasem są sytuacje, w których szybka terapia jest o wiele lepsza w skutkach, niż ta odkładana. Bolesne jest tolerowanie narastającej katastrofy, tak jak na Ukrainie, gdzie cztery pierwsze lata zostały zmarnowane. Tamtejsza ekipa rządząca składała się ze starych komunistów i nacjonalistów, dla których gospodarka była nieistotna. Nigdy nie zgodziłbym się na propozycję Mazowieckiego, gdybym nie miał zarysu programu i ludzi. Ja już od końca lat 70.  miałem hobby.

Zakładałem, że za mojego życia ustrój nie padnie, więc zrobię coś, co chociaż poprawi gospodarkę. Zebrałem grupę ludzi, z którą przygotowaliśmy strategię dla Polski, gdyby była wolna, nie zakładając, że to się kiedykolwiek stanie. A kiedy przyszedł czas realizacji, jasne było, że mamy dwie drogi. Pierwsza to ta łagodna, która musiałaby się zakończyć klęską, bo nie gasi się wolno inflacji sięgającej 40 proc. miesięcznie. Drugi wariant był tym ryzykownym, ale lepszym od beznadziejnego.

Jak ocenia pan efektywność prywatyzacji banków, bo jest spora grupa jej przeciwników...

To trzeba dobrze pilnować tych ludzi, bo polskie banki to państwowe banki, czyli polityczne. Jeśli ktoś pomija formę własności, to dla niego kapitalizm i socjalizm niczym się nie różnią. Prywatyzacja była niesamowicie ważną reformą. Tam, gdzie jest bardzo dużo banków państwowych, dzieje się bardzo dużo złego, bo upolitycznianie kredytu kończy się krachem gospodarki.

Przykłady to chociażby Słowenia i Hiszpania, dlatego ci, którzy mówią o polonizacji to jaskrawi szkodnicy, operujący tylko pozytywnym słowem "polskie, czyli nasze". Na szczęście, w Polsce mamy większość banków niepaństwowych, co udało się osiągnąć dzięki silnemu, niezależnemu nadzorowi bankowemu.

Jakie reformy są Polsce potrzebne dziś?

W Polsce mamy trzy negatywne tendencje: po pierwsze niski współczynnik zatrudnienia wśród młodych i starszych, który bez reform dalej spadnie. Po drugie mało inwestycji prywatnych, stanowiących kilkanaście procent PKB. Wynika to między innymi z niskiej stopy oszczędności, z której finansujemy inwestycje. A oszczędności zjada deficyt finansów publicznych. Podatki są wysokie dlatego, że wydatki są jeszcze wyższe.

Dlatego narzekanie na wysokie podatki bez zabrania się za wydatki jest biciem piany. Wreszcie zbyt mało jest innowacyjnych projektów, za co po części odpowiada zbyt słaba reforma szkolnictwa publicznego. Dlatego uważam, że socjalizm nie sprawdza się w produkcji butów lub cegieł, ale na pewno w usługach oświatowych. a