Hanna Kamieniecka ma dziś jedną z największych w Polsce plantacji lawendy. Znajduje się w Bieniądzicach pod Wieluniem. 27-letnia mieszkanka pow. wieluńskiego znalazła się w gronie dziesięciu laureatek plebiscytu "Dziennika Łódzkiego" - Kobieta Przedsiębiorcza Województwa Łódzkiego 2014.

O tytuł Kobiety Przedsiębiorczej w plebiscycie "Dziennika Łódzkiego" rywalizowało 35 kobiet. To jednak pani działalność wzbudziła zainteresowanie Czytelników. Może dlatego, że prowadzenie plantacji lawendy, to do tej pory niespotykana dziedzina, zwłaszcza jeśli zajmuje się tym 27-letnia kobieta
- Znalezienie się w finałowej dziesiątce było dla mnie dużym wyróżnieniem i motywacją do dalszej pracy, tym bardziej, że moje nazwisko pojawiło się obok tak wpływowych kobiet jak Małgorzata Rosołowska-Pomorska, właścicielka Fabryki Rajstop Adrian, która zajęła pierwsze miejsce w plebiscycie. Jestem fanką kampanii reklamowej tej firmy. Chciałabym podziękować wszystkim, którzy dostrzegli w tym konkursie moją działalność i oddali na mnie głos. Wiem, że poza rodziną z takiej możliwości skorzystali mieszkańcy Bieniądzic, którzy na bieżąco śledzili wyniki konkursu, a także osoby, które tak jak ja pokochały Lisie Pole. To wyjątkowe miejsce na ziemi. A dziś dowiaduję się o nim coraz więcej osób, co mnie niezwykle cieszy. Myślę, że to właśnie inny pomysł na prowadzenie biznesu, właściwie niespotykany w woj. łódzkim sprawił, że ludzie zaciekawili się tym, co robię.

Wróćmy do początków tworzenia plantacji lawendy. Jak to się stało, że zdecydowała się pani porzucić Wrocław, gdzie wyjechała pani na studia i wrócić do niewielkich Bieniądzic, by prowadzić plantację.

- Po ukończeniu I LO w Wieluniu dostałam się na prawo na Uniwersytecie Wrocławskim. Choć to rodzinna tradycja, po zakończeniu II roku studiów, uświadomiłam sobie, że nie wiążę z tym zawodem przyszłości,  dlatego przeniosłam się na historię sztuki. Dziś mogę powiedzieć, że to była fantastyczna decyzja. Ukończyłam specjalizację urbanistyka. A wiedzę wyniesioną ze studiów wykorzystuję teraz w pracy, co sprawia, że czuję się spełniona.

Naprawdę nie żal pani życia w wielkim mieście i możliwości, które daje młodym ludziom?
- We Wrocławiu wcale nie jest tak łatwo o pracę. Ze względu na ogromną ilość studentów w wielu instytucjach kultury przyjmuje się ich na bezpłatne staże albo wolontariat. W pewnym momencie zaczęłam tęsknić za rodzinnymi stronami, a ponieważ w Bieniądzicach stało blisko pół hektarowe niewykorzystane pole, a obok dom pomyślałam, że warto je zagospodarować. Szukałam tylko pomysłu na biznes. I go znalazłam. Dziś tak dużych plantacji lawendy jak moja, w Polsce można policzyć na palcach jednej ręki.

Niedługo miną trzy lata od momentu założenia plantacji lawendy w Bieniądzicach. Co oferuje klientom Lisie Pole?
- Można u nas zamówić świeże oraz suszone bukiety lawendy, susz sprzedawany na kilogramy, woreczki zapachowe i lawendowe rękodzieło. Zajmuję się też florystyczną opraw imprez okolicznościowych. Z moich usług dekoracyjnych korzystają m.in. hotele i restauracje. Ponieważ lawenda działa antydepresyjnie, a jej zapach uspokaja to do swoich gabinetów zamawiają ją właściciele przychodni lekarskich i rehabilitacyjnych, a także osoby robiące domowe kosmetyki. W wielu krajach lawenda jest wykorzystywana jako przyprawa. U nas to jeszcze niepopularne, aczkolwiek są klienci, którzy zamawiają lawendę do celów kulinarnych - do aromatyzowania miodu, cukru i dodawania do lukru na pierniki. W tej chwili uczymy się także destylacji lawendy.

Uprawa lawendy stała się dla pani nie tylko sposobem na życie. To pasja, którą może pani łączyć z zamiłowaniem do sztuki, co  wkrótce zaowocuje realizacją nowych pomysłów,
- Tak. Jeszcze w tym roku mam zamiar uruchomić plenerowe kino. Myślę, że lawendowe pole będzie doskonałą przestrzenią do wyświetlania reportaży fotograficznych i pogadanek o sztuce. Będzie to też okazja do poopowiadania odwiedzającym  o właściwościach lawendy. W planach mam zorganizowanie rękodzielniczych warsztatów. Nadrzędny cel jaki przed sobą postawiłam to jednak stworzenie marki Lisiego Pola. Na tym zależy mi najbardziej, aczkolwiek zdaje sobie sprawę z tego, że jest to długotrwały proces. Już dziś przygotowując dekoracje, dbam o detale, by były spójne z ideą Lisiego. Fajnie jest zrobić coś co będzie rozpoznawalne. Staram się wykorzystać duże zainteresowanie plantacją w rozsądny sposób. Chciałabym wziąć udział w warszawskich Targach Rzeczy Ładnych, na które dostałam zaproszenie.

Stworzenie marki nie będzie chyba trudne. Pani  plantacja już wzbudziła  zainteresowanie ogólnopolskich mediów. I nie ma się czemu dziwić. W ubiegłym roku była pani inicjatorką pierwszego w Polsce Festiwalu Lawendy w Uniejowie, który został zorganizowany dzięki gościnności Lawendowych Term. To wszystko potwierdza, że pracuje pani nad osiągnięciem zamierzonego celu.
- Staram się mądrze wykorzystać czas zainteresowania moją plantacją. Miałam przyjemność występować w radiowych audycjach, jako ekspert od lawendy. W ramach cyklu o przedsiębiorczości wywiad ze mną ukazał się także na stronie Witryny Wiejskiej.

Jest pani wzorem dla młodych rolników, którzy  przyjeżdżają do Bieniądzic, szukając inspiracji do rozkręcenia biznesu.
- Przyjeżdżają młodzi ludzie zwłaszcza z woj. łódzkiego, którzy chcieliby w nowy, nietypowy sposób wykorzystać ziemię, którą posiadają. Jesteśmy przecież regionem rolniczym. Zastanawiają się nad uprawą ziół a nawet lawendy. Usłyszeli o mojej działalności i zawitali do Bieniądzic, by przekonać się, czy uprawa lawendy to zajęcie, które przynosi zyski, jak funkcjonuje, ile wymaga pracy. Zanim założyłam Lisie Pole zastanawiałam się, gdzie na rynku istnieje przestrzeń do wykorzystania. Trzeba wszystko skalkulować, jak w przypadku każdego biznesu. Uprawa lawendy jest sezonowym źródłem dochodu - należy mieć dodatkowe zabezpieczenie. Większa ilość roślin wcale nie oznacza większych zysków, przynajmniej na początku. Na plantacji da się zarobić, jeśli ma się na nią pomysł, ale nie wmawiam ludziom, że powrót na wieś to czysta sielanka. Panuje taki mit. Ja nie ukrywam, że życie na wsi jest kosztowne. Koszty ogrzewania, eksploatacji, utrzymania ogrodu, pola... Nie zamieniłabym jednak tego na życie w dużym mieście, bo kocham to co robię, a życie w zgodzie z naturą sprawia, że czuję się szczęśliwa.

Prowadzi pani warsztaty ekologiczne dla dzieci, młodzieży i dorosłych...
- Oprócz dzieci z naszych szkół i przedszkoli w ostatnim czasie odwiedziły mnie nauczycielki ze szkoły plastycznej w Łodzi, które chcą tu zorganizować zajęcia dla uczniów. Ostatnie zgłoszenie napłynęło z Krakowa. Na polu lawendy wkrótce mają się odbyć warsztaty motywacyjne. Jak widać siła tego miejsca jest olbrzymia.

Plantację w Bieniądzicach dostrzegło też organizacja Greenpeace zajmująca się problemami ekologicznymi. Nagrodziła panią za szczególną dbałość o pszczoły.
- Wygrałam konkurs „Ratujmy pszczoły". To nagroda za to, że na plantacji stworzyłam przyjazne środowisko dla pszczół. Dla mnie była to naturalna decyzja. Jestem przeciwniczką tworzenia ogrodów pod linijkę. U mnie są łąki, rosną maki i mlecze, a pszczoły mogą pobrać pyłek, kiedy rozkwitnie lawenda. Na końcu pola zostawiam im część lawend do całkowitego przekwitnięcia. Kiedy siedzę na tarasie to słyszę ich brzęczenie. To dla mnie dodatkowy urok. Myślę, że taki naturalny widok zachwyca nie tylko mnie.

Rozmawiał Daniel Sibiak

 

Lisie Pole

Hanna Kamieniecka: Miałam kilka lat i wielką chęć, by wykorzystać spędzone na wsi wakacje jak najlepiej. Pamiętam wałęsanie się po łąkach, zapach kwitnących jabłoni, dźwięk łańcucha uderzającego o ziemię gdy krowy wracały z pastwisk i to mleko każdego ranka - przynoszone jeszcze ciepłe w szklanych butelkach. Było wybieganie boso o poranku na rosę, ostre lipcowe słońce i smak lepkich słoneczników. Pamiętam przetwory moich babć, zrywane wprost do ust porzeczki i agrest. To był mój świat - zapachy i natura, pasjonująca przyroda. Nie mogłam nie wrócić w to miejsce po wielu latach mieszkania w mieście. Był moment, że marzyłam o wielkich aglomeracjach, życiu na pełnych obrotach, wyprasowanych spódniczkach i pracy w dużej firmie, ale zawsze coś nie pasowało, układance brakowało elementów, ostatecznie wracałam do miejsca swojego dzieciństwa. W końcu udało mi się zostać, na stałe związałam się z ziemią, którą uprawiam. Mam plantację lawendy, całą masę kwitnących na fioletowo krzewów.  To moje miejsce na ziemi.

Fot. Przemysław Chrzanowski