Łódzki Próchnik wraca z Chin. Firma, która wzorem światowych potentatów wyprowadziła produkcję do Azji, do wiosny 2014 roku chce wszystkie swoje ubrania szyć w Polsce. Coraz mniej w Chinach, a coraz więcej w Polsce szyją też inne polskie firmy, w tym łódzkie Monnari i Redan.

Rafał Bauer, prezes Próchnika, mówi, że szycie spodni zleca już jednej z łódzkich firm. W Łodzi Próchnik farbuje też swoje tkaniny, tu również zaopatruje się w większość dodatków. Niestety, na razie Próchnik nie planuje wskrzeszenia własnego zakładu w Łodzi, zamkniętego kilka lat temu w związku z przeprowadzką produkcji do Azji. Nie jest to jednak wykluczone w przyszłości.

- Większość produkcji już przenieśliśmy do kraju, do Myślenic, Wrocławia, Nowego Sącza. Poza tym kupujemy dużo ubrań w polskich firmach - mówi Rafał Bauer. - Szycie spodni zlecamy jednej z łódzkich firm, wszystkie nasze tkaniny są farbowane w Łodzi, również istotną część dodatków kupujemy w Łodzi. Proszę sobie wyobrazić, że w Rzgowie jest firma, produkująca swetry, które są lepszej jakości niż chińskie, a kosztują tyle samo. Gdyby nasza odzieżówka zdecydowała się w całości na powrót do Polski, to Łódź otrzymałaby takie kopnięcie, jakiego nie zapewni żaden program rządowy - dodaje Bauer

Co ciekawe, prezes Rafał Bauer, który na początku tego roku zainwestował w Próchnik i dziś chce zwiększać rolę firmy na gospodarczej mapie Łodzi, kilka lat temu wystąpił w mieście w roli czarnego charakteru. To on bowiem, jako prezes Wólczanki, wyprowadził tę słynną markę z Łodzi do Krakowa, gdzie połączył ją z Vistulą.

Próchnik wyprowadził produkcję na Daleki Wschód kilka lat temu, zamykając własny zakład w Łodzi przy ulicy Kilińskiego. Na razie nie jest planowane wznowienie w nim produkcji, bo - jak mówi Rafał Bauer - lepiej pomóc działającym na rynku firmom, niż z pobudek ideologicznych wskrzeszać zakład własny, lecz nieistniejący. Aczkolwiek w przyszłości nie jest to wykluczone, zwłaszcza że nie zostały zdemontowane urządzenia technologiczne, poza samymi maszynami.

Dlaczego Próchnik wraca do Polski? - Gdyby osiem lat temu ktoś powiedział mi, że szycie w kraju będzie konkurencyjne, to śmiałbym się do rozpuku. Ale tak właśnie się stało. Już kilka lat temu, gdy pracowałem w Vistuli, zamiast sprzedać zakład w Myśleniacach, zacząłem go modernizować, przekonałem się, że można powalczyć o produkcję w Polsce. Dziś jestem już tego całkowicie pewien, wiedzę to w liczbach. Kiedyś różnica w kosztach szycia w Polsce i Chinach wynosiła 70 procent, dziś maksymalnie 10 procent. W Chinach ludziom płaci się więcej niż kiedyś. Jeśli dodatkowo spojrzeć, jak wzrosła wartość chińskiego juana od 2004 roku, jeśli uwzględnić, że polski złoty od 2008 roku zdewaluował się o 35 procent, to mamy odpowiedź, dlaczego warto przenieść się do kraju - mówi Rafał Bauer.

CZYTAJ: Zakłady z Azji nie zapewnią krótkich terminów dostaw i odpowiednio wysokiej jakości

Próchnik nie jest jedyną firmą, która dostrzega wady szycia na Wschodzie. - Zawsze mieliśmy jakąś część produkcji w Polsce. Ale teraz szyjemy w kraju więcej niż w minionych latach - przyznaje Mirosław Misztal, prezes Monnari.

Radosław Wiśniewski, którego Redan też zaczął produkować więcej w kraju, mówi, że w dzisiejszych czasach, gdy klienci chcą podążać za najnowszymi trendami, decydująca jest szybkość dostarczania ubrań do sklepów, a w Azji proces produkcyjny może trwać ponad pół roku. Wiśniewski studzi jednak emocje, zauważając, że powrót do Polski utrudnia ograniczona liczba dobrych szwalni. O ile nietrudno o dobre szwaczki, o tyle wciąż jest problem z dobrymi materiałami i z barwieniem tkanin. Bogusław Słaby, prezes mieszczącego się w Łodzi Związku Przedsiębiorców Przemysłu Mody "Lewiatan", zauważa, że barierą dla rozwoju produkcji w Polsce jest także brak konstruktorów, mistrzów krawieckich i szefów produkcji.

- Nasza firma składa się z dwóch części: dyskontowej i fashion. Jeśli chodzi o pierwszy segment, czyli sklepy Textilmarket, to zawsze produkcja w Polsce sięgała 50 proc. Natomiast jeśli chodzi o pozostałe marki, były lata, gdy nawet 99 procent produkcji było lokowane na Dalekim Wschodzie - mówi Radosław Wiśniewski. - Ale to się zmienia. Dwa lata temu proces lokowania produkcji w Polsce i innych krajach europejskich był w naszej firmie szczątkowy, dziś jest bardzo istotnym procesem. W Polsce produkujemy już ponad 10 procent ubrań z segmentu fashion, to bardzo dużo towaru. Zdecydowaliśmy się nie ze względu na koszty, bo te mimo wszystko są w Chinach wciąż niższe, ale ze względu na model konsumpcji. Klienci chcą szybko podążać za trendami. A jest to praktycznie niemożliwe ze względu na długi cykl produkcji na Dalekim Wschodzie. Od momentu, kiedy fabryka dostaje papierowy projekt, cykl produkcji zajmuje od czterech do pięciu miesięcy w Chinach i powyżej pół roku w Bangladeszu - tłumaczy Wiśniewski.

Oczywiście prezesi polskich firm nie odkrywają Ameryki. Światowi potentaci odwrót z Chin zaczęli już dawno. Od przynajmniej dwóch lat media trąbią o zachodnich firmach, które wolą szyć albo w jeszcze tańszych krajach niż Chiny, albo w Europie. Co więcej, sami Chińczycy zaczynają się rozglądać za miejscami, gdzie można produkować taniej. "Forbes" podawał pod koniec 2012 roku, że średnia płaca w regionie kantońskim (Chiny) wynosi 3 tys. juanów. To około 384 euro, czyli prawie 1.600 zł. To pokazuje, że w innych krajach Azji można produkować o kilkadziesiąt procent taniej, ale też dowodzi, że szycie ubrań w Chinach - po doliczeniu kosztów transportu - wcale nie musi przynosić krociowych zysków firmom z Polski.