Na sprzedaży mieszkań komunalnych z olbrzymią bonifikatą wygrać miało miasto Łódź, bo pozbywało się lokali, które wymagały wielkich nakładów. Wygrać mieli także łodzianie, którzy stawali się właścicielami lokali za ułamek ich rynkowej wartości. W wielu przypadkach skończyło się to jednak osobistymi tragediami. Jest rok 2001. Pani Anna spodziewa się drugiego dziecka. Z mężem czeka na wymarzone mieszkanie, które buduje deweloper. W tym samym czasie miejscy urzędnicy proponują im wykup starego mieszkania z dużą bonifikatą.

Początkowo w ogóle ich to nie interesuje. Małżeństwo spłaca kredyt za nowe mieszkanie, a do tego dochodzą koszty wykupu. W administracji i magistracie jednak słyszą, że mogą od razu sprzedać mieszkanie (po cenie rynkowej) i przeznaczyć pieniądze na cele mieszkaniowe. W ich przypadku to pieniądze na lokum budowane przez dewelopera. Tak to zapamiętują.

Wykupują więc mieszkanie od gminy. Za niespełna 12 tys.

zł stają się właścicielami 50 mkw. Przed urzędnikami nie ukrywają, że mają zamiar je sprzedać i zamieszkać w czymś większym. W 2003 r. przeprowadzają się do trzech pokojów i salonu z aneksem kuchennym. Na 80 mkw. każdy będzie miał własny kącik. Jest dobrze.

Tysiące naliczone po latach

Po latach o pani Annie przypomnieli sobie miejscy urzędnicy. Wezwali ją do zwrotu bonifikaty z odsetkami. Urzędnicy tłumaczą, że za szybko sprzedali wykupione od miasta mieszkanie.

Łodzianka idzie do sądu i przegrywa. Batalia trwa ponad rok i sporo kosztuje. Łodzianka sądzi, że wystarczy powołać się na przepisy, a te są jasne: przed 22 wrześniem 2004 r. gmina tylko mogła, ale nie musiała żądać zwrotu bonifikaty. Po nowelizacji ustawy urzędnicy nie mają już nic do gadania: jeśli mieszkaniec łamie przepisy, wystawiają wezwanie do zwrotu.  


Jak miasto może się bogacić na krzywdzie mieszkańców? Nigdy nie wykupiłabym mieszkania, gdybym miała świadomość, jak to wszystko się skończy

Jest rok 2015. Rachunki związane z wykupem i sprzedażą mieszkania rodziny pani Anny diametralnie się zmieniają. Rodzina ma oddać ponad 58 tys. zł bonifikaty z odsetkami, ponad 11 tys. zł kosztów sądowych i innych, poniesionych na rzecz miasta. Kwotę zamyka 13 tys. zł, które stanowi honorarium adwokackie. Jakkolwiek by nie liczyć, rodzina traci blisko 39 tys. zł (mieszkanie sprzedała za niewiele ponad 54 tys. zł).

Kobieta nie wiedziała o uchwale łódzkich radnych, którzy w 1998 r. zdecydowali, że gmina nie będzie wzywać do zwrotu bonifikat. Nie mogła się więc na nią powołać. Nie pomogło podkreślanie, że przecież w akcie notarialnym nie ma ani słowa o odpowiedzialności za przedwczesną sprzedaż mieszkania, a poza tym prawo nie działa wstecz. Dziś pani Anna płaci, a jej żal do urzędników rośnie.

- Jak miasto może się bogacić na krzywdzie mieszkańców? - pyta. - Nigdy nie wykupiłabym mieszkania, gdybym miała świadomość, jak to wszystko się skończy.

Równi wobec prawa

Urzędnicy podkreślają, że robią swoje. Tak samo tłumaczą w przypadku pani Jolanty z Łodzi, która ma do zwrotu ok. 130 tys. zł. Mieszkanie wykupiła za 20 tys. zł, bonifikata wyniosła 80 tys. zł. Przepisała je na bliskich, którzy jednak w świetle ustawy bliskimi wcale nie byli. A to oznacza, że pani Jolanta złamała prawo, więc musi płacić.

To wszystko też miało miejsce przed 2004 r. Łodzianka ma obecnie już tylko jedno wyjście: sprzedać mieszkanie i spłacić roszczenia urzędników. Na zakup nowego lokum już nie wystarczy. Ale takie jest prawo.


Prezydent Łodzi nie odstępuje od żądania zwrotu bonifikaty, bo tego wymaga zasada równego traktowania wobec prawa

Grzegorz Gawlik z łódzkiego magistratu tłumaczy, że prezydent Łodzi nie odstępuje od żądania zwrotu bonifikaty, bo tego wymaga zasada równego traktowania wobec prawa. 

Powołuje się na zmieniające się przepisy, takie jak z 1997 r., gdy można było żądać zwrotu bonifikaty, jeśli mieszkanie zostało sprzedane przed upływem 10 lat (z wyłączeniem sprzedaży na rzecz osobie bliskiej).

W 2000 r. ustawa została znowelizowana, ale znalazły się w niej podobne zapisy, dotyczące zwrotu bonifikaty. Kolejny raz przepisy zmieniły się w 2004 r. Od tego czasu miejscy urzędnicy zostali zobligowani do żądania zwrotu bonifikaty, jeśli sprzedaż nastąpiła przed upływem 5  lat. W lipcu 2009 r. Mirosław Wieczorek, wiceprezydent miasta, wydał zarządzenie, w którym polecił sprawdzić, czy uda się odzyskać zwaloryzowane bonifikaty, dotyczące mieszkań odsprzedanych przed upływem 5 lat od wykupienia i przed 22 września 2004 r. Urzędnicy doszli do wniosku, że można tak zrobić i zaczęli domagać się zwrotu bonifikat.

Żądanie, które krzywdzi

Takiego podejścia nie może zrozumieć Honorata Foryś ze Szczecina, która założyła stowarzyszenie Skrzywdzeni Żądaniem Zwrotu Bonifikaty. To tam pomocy szukała m.in. pani Anna z Łodzi.

Honorata Foryś także czuje się skrzywdzona tym, że ma oddać 150 tys. zł. Nie sądziła, że do tego dojdzie, gdy w 2000 r. kupowała od miasta 76-metrowe mieszkanie. Wystarczyło 20 tys. zł, by mieć je na własność. Nie było jej łatwo: miała małe dziecko, chorą mamę i koszmarnych sąsiadów. Na porządku dziennym były alkoholowe libacje i burdy, a uciążliwych współlokatorów nie można się było pozbyć.

Decyzja była więc jedna: sprzedać wykupione mieszkanie i uciec, gdzie się da. Udało się, ale po 10 latach okazało się, że nie do końca. Wówczas bowiem w skrzynce pojawiło się wezwanie do zwrotu bonifikaty.


Gdybym tylko miała pojęcie, jak się to skończy, tobym się dalej męczyła. Wtedy nikt jednak nie mówił o zawrocie bonifikaty, więc sprzedałam wykupione mieszkanie

- Wytrzymywałam z tymi pijakami 15 lat, to czy jeszcze te 2,5 roku bym nie wytrzymała? - retorycznie pyta pani Honorata. - Gdybym tylko miała pojęcie, jak się to skończy, tobym się dalej męczyła. Wtedy nikt jednak nie mówił o zawrocie bonifikaty, więc sprzedałam wykupione mieszkanie i cieszyłam się spokojem.

Dziś Honorata Foryś stara się wspierać innych w podobnej sytuacji

W Łodzi w latach 1998 - 2004 miasto sprzedało 5.879 mieszkań z bonifikatą. Do tej pory wezwania do jej zwrotu otrzymało 635 rodzin. W sumie władze Łodzi domagają się od nich 36,6 mln zł. Łatwo nie jest, jedno małżeństwo nie wytrzymało napięcia, związanego ze zwrotem pieniędzy, których nie mają, i się rozpadło. Dla kolejnego mężczyzny wezwanie było jednym obciążeniem za dużo. Powiesił się