Mają po dwadzieścia parę lat. Za sobą co najmniej kilka wizyt u psychiatrów i psychologów, dziesiątki pytań o samopoczucie oraz setki połkniętych tabletek psychotropowych.

Według danych statystycznych gromadzonych przez warszawski Instytut Psychiatrii i Neurologii w 2012 r. przez ośrodki zajmujące się zdrowiem psychicznym przewinęło się 1 338 637 osób z zaburzeniami psychicznymi. W kolejnych latach: 1 397 542 (2013 r.) i 1 382 686 (2014 r.).

Zwróćmy uwagę na grupę w przedziale 19-29 lat. W 2012 r. przez gabinety specjalistów przewinęło się 187 822 pacjentów w tym wieku. W kolejnych latach ich liczba zwiększała się: w 2013 r. do 194 447, w 2014 r. do 198 054.

Liczba pacjentów w ośrodkach zdrowia psychicznego w latach 2012-2014 z podziałem na grupy wiekowe:

- Młodzi ludzie zawsze potrzebowali pomocy i autorytetu, bo brakuje im doświadczenia życiowego. Ale kiedyś tej pomocy udzielała rodzina lub rodzeństwo, nauczyciel, który był autorytetem, osoba duchowna czy sąsiad. Oni niejednokrotnie mogli lepiej niż psycholog czy psychiatra pomóc osobom zdrowym, ale zdezorientowanym czy wylęknionym - mówi dr Piotr Radziwiłłowicz, psychiatra i nauczyciel akademicki. - W ostatnich latach odebrano starszemu pokoleniu przywilej bycia mentorem, ponieważ recepty na życie, które młodzi ludzie mogą usłyszeć od rodziców i dziadków, wydają się być już mocno przeterminowane - oderwane od rzeczywistości i czasem nie sprawdzają się w obecnym galopującym świecie. Od 20-30 lat każde pokolenie dwudziesto- i trzydziestolatków czuje się coraz bardziej osamotnione, wyobcowane i - przede wszystkim - pozbawione wsparcia autorytetów. Prawdopodobnie dlatego też sięgają po pomoc specjalistów szukając czasem jedynie mądrej rady życiowej lub wsparcia.

Tę grupę wiekową reprezentuje trójka młodych ludzi, którzy zgodzili się opowiedzieć mi swoje historie – Marcin, Magdalena i Weronika. Choć dopiero wkraczają w dorosłe życie mają za sobą już co najmniej kilka wizyt u psychiatrów i psychologów, dziesiątki pytań o stan zdrowia i umysłu oraz setki połkniętych tabletek psychotropowych. Każde z nich zmaga się z jakimś zaburzeniem psychicznym.

Dystymia, czyli stały niedobór szczęścia

Dystymia to depresyjne zaburzenie osobowości, które objawia się przewlekłym obniżeniem nastroju. Tylko tyle i aż tyle. Nie jest to zaburzenie odpowiadające zespołowi depresyjnemu, choć bywa tak potocznie nazywane. Często, ze względu na dyskretne objawy, pozostaje niewykryte. Osoby cierpiące na dystymię mogą sprawnie funkcjonować w społeczeństwie, jednak nie odczuwają pełnej satysfakcji z życia. Tego wszystkiego dowiaduję się od Marcina, który dokładnie przestudiował, czym jest dystymia – zaburzenie, na które sam cierpi.

- Od kilku, a może nawet kilkunastu lat, odczuwałem zupełnie poczucie beznadziei. Nie miałem chęci do podejmowania jakichkolwiek wyzwań. Utrzymywałem kontakty ze znajomymi, ale tylko na tyle, na ile było to konieczne - opowiada Marcin. - Jednak - pomimo mojego introwertycznego charakteru - podejrzewałem, że moje nastawienie do życia nie jest do końca właściwe.

Wizyta u psychiatry zaczęła się tak, jak w przypadku spotkań z innymi specjalistami, od pytania, które na stałe zapisało się w kanonie rozmów z lekarzami: „co pana do mnie sprowadza?”.
- Opowiedziałem o moich objawach. Lekarz zadał mi kilka dodatkowych pytań m.in. o to, czym się zajmuję - relacjonuje Marcin. - W końcu postawił diagnozę: dystymia.

Marcin otrzymał od psychiatry receptę na dwa leki psychotropowe: Amisan i Nexpram. Jednak kuracja farmakologiczna to nie wszystko. Konieczna jest również zmiana trybu życia - wypracowanie odpowiednich zachowań, aby stosowane leki mogły zostać odstawione w ciągu przewidywanych dwóch lat kuracji farmakologicznej.

- Zauważyłem, że od kiedy zacząłem przyjmować leki mam więcej energii, którą muszę w jakiś sposób spożytkować. Lekarz zachęcał mnie do aktywności fizycznej - kupiłem sprzęt do ćwiczeń. Codziennie ruszam się przez co najmniej pół godziny - opowiada Marcin.

Szereg wizyt u specjalisty pozwala pacjentom poznać siebie - wypracować nawyki, które pomogą radzić sobie z tym zaburzeniem. Jednak warunkiem powodzenia - zapobiegania nawrotom dystymii - jest podtrzymywanie wypracowanego w czasie leczenia trybu życia.

Nic mi nie jest, ale wszystko mnie boli

Zdarza się, że niekiedy nękają nas objawy, które w ogóle nie powinny nas dotykać, ponieważ wszystko z naszym ciałem jest w porządku. A jednak pojawiają się. W ich powstawaniu i rozwoju główną rolę odgrywają czynniki psychiczne. Zmaga się z nimi Magdalena.

- W pewnym momencie mojego życia pojawił się szereg niepokojących dolegliwości - m.in. problemy z żołądkiem czy przewlekłe bóle kręgosłupa. Ciągle brakowało mi energii. W końcu zanikła chęć do wykonywania hobby, któremu dotychczas poświęcałam niemal każdą wolną chwilę. Miałam problemy z pamięcią i koncentracją - relacjonuje Magdalena. - Do tego pojawił się jeszcze lęk przed kontaktem z innymi ludźmi. Unikałam miejsc, gdzie mogłam natknąć się na liczniejsze grupy, ponieważ zwykle - już po kilkunastu minutach - występowały gorączka i duszności, serce kołatało. Wydawało mi się, że mam „skręcone kiszki”. Ale na tym nie koniec - jeszcze po powrocie do domu męczyła mnie bezsenność.

Magdalena chodziła od gabinetu do gabinetu w celu rozpoznania choroby. Pomimo przeprowadzenia wielu badań, nie udało się postawić właściwej diagnozy. U kolejnych lekarzy dostawała albo recepty na inne leki, albo skierowania do kolejnych specjalistów. Dopiero po którejś z kolei wizycie zaproponowano, aby skorzystała z pomocy psychiatry.
- Nie byłam zadowolona z kontaktu z pierwszym psychiatrą. Umówiłam się na prywatną wizytę. Wywiad trwał 15 minut. Za spotkanie zapłaciłam 120 złotych. Lekarz wystawił receptę na leki, które - jak ostrzegała ulotka - powodują problemy z układem trawiennym. Obawiałam się, że mogą mi zaszkodzić - w końcu wśród dolegliwości, przez które trafiłam do gabinetu lekarskiego były m.in. problemy z żołądkiem. Wzięłam kilka tabletek. To był błąd, bo tylko mi zaszkodziły - mówi Magdalena. - Zdecydowałam się na zmianę lekarza.

Tym razem w gabinecie spędziła niemal godzinę. Lekarz przeprowadził szczegółowy wywiad. Pacjentka otrzymała skierowanie na kolejne badania, aby ostatecznie potwierdzić, że dolegliwości rzeczywiście uwarunkowane są czynnikami psychicznymi. Podejrzenia potwierdziły się. Magdalena dostała receptę na wenlafaxynę - lek przeciwdepresyjny.
- Od tego czasu widziałam się jeszcze kilka razy z lekarzem. Za każdym razem pyta, jak się czuję, zmienia dawki leków. Moja kuracja będzie trwała minimum 1,5 roku - komentuje Magdalena.

Nie chcę się już lękać

- Nie byłam w stanie normalnie funkcjonować w społeczeństwie. Do napisania jakiegoś oficjalnego maila zbierałam się trzy dni. Problemem było załatwianie formalności, np. w urzędach. Nie wspominając o wystąpieniach na forum. Takie sytuacje sprawiały, że ogarniał mnie potworny, wręcz porażający, stres - zwierza się Weronika.

Na początku udała się do psychiatry przyjmującego w prywatnym gabinecie.

- Wtedy nie sądziłam, że można od ręki zapisać się do psychiatry lub psychologa na NFZ. Martwiłam się również o piętno posiadania „żółtych papierów”, które - niekoniecznie w tym momencie, ale, np. za kilka lat - mogłyby odbić się na mojej karierze. Bo kto chciałby zatrudniać osobę, która ma problemy psychiczne? Uważałam, że moje tajemnice są bezpieczniejsze w prywatnym, a nie publicznym gabinecie lekarskim - stwierdza Weronika.

Weronika ma już za sobą spotkania zarówno z psychiatrą, jak i psychologiem. Jak przyznaje, początkowo stawanie twarzą w twarz z zupełnie obcą osobą, której ma opowiadać o swoich problemach, było wyzwaniem.
- Pierwsze wizyty u psychiatry, wymiana lekarza, masa pytań o problemy, w tym także rodzinne, to wszystko ogromnie mnie stresowało. W czasie rozmów trzęsłam się, jąkałam i płakałam. U psychologa już tak nie dramatyzowałam. Zapewne pomogły tabletki, które zapisał mi lekarz - komentuje Weronika. - Obecnie wizyty zarówno z psychiatrą, jak i z psychologiem, stały się na pewien sposób schematyczne - do psychiatry przychodzę po receptę, a do psychologa porozmawiać.

Weronika codziennie zażywa 60 miligramów fluoksetyny - często stosowanego leku przeciwdepresyjnego. Dodatkowo doraźnie stosuje leki uspokajające. Wymienia listę powikłań, które może powodować ich przyjmowanie. Można sądzić, że jest świadoma możliwych efektów ubocznych stosowanej farmakoterapii.
- Po roku kuracji farmakologicznej, za zgodą lekarza, zdecydowałam się na odstawienie leków. Przez pewien czas było całkiem nieźle. Z czasem jednak powróciły stany lękowe. Co więcej, były nieporównywalne z tymi, których wcześniej doświadczałam - opowiada Weronika. - Niestety, pomimo tego, że wiem, jakie mogą być konsekwencje przyjmowania leków psychotropowych, postanowiłam wznowić leczenie. Nie sądzę bym kiedykolwiek ponownie odważyła się je przerwać...

Wizyta u psychiatry to nie powód do wstydu

Trójka bohaterów artykułu, którzy zdecydowali się opowiedzieć o swoich problemach, zgodnie twierdzi, że wizyta u psychiatry nie jest powodem do wstydu. Co więcej, znacznie wpływa na poprawę komfortu życia.

Marcin skorzystanie z pomocy specjalisty poleca każdemu, kto czuje się w jakiś sposób przytłoczony.

- Mam wrażenie, że kiedyś moim życiowym celem było codziennie powracanie do łóżka, aby ponownie zanurzyć się w świecie snów. Nie miałem problemów wykonywaniem swoich codziennych obowiązków, ale były dla mnie czymś do „odbębnienia”. Do wszystkiego podchodziłem bez emocji - komentuje Marcin. - Ale teraz już tak nie jest. Prozaiczne odczuwanie frustracji, np. z powodu wykonywanej pracy, to dla mnie zupełna nowość! Nie podejrzewałem, że w życiu można doświadczać tylu różnych nastojów.

Z kolei dziewczyny podkreślają, że spotkania z psychiatrami przede wszystkim pozwoliły im normalnie funkcjonować.

- Dolegliwości, z którymi zmagałam się przez tyle czasu, zanikają. To niesamowita ulga. Odrodziła się również chęć stawiania czoła codziennym obowiązkom - mówi Magdalena.

- Kiedyś, po wystąpieniu przed stosunkowo niewielką publicznością, wylądowałam na pogotowiu z potwornym bólem brzucha. Nie miałam pojęcia, co mi jest. Okazało się, że to po prostu dolegliwość, którą wywołał stres. Dziś już to się nie zdarza. Jasne - zawsze jest trema, ale przynajmniej potrafię częściowo opanować jej fizyczne objawy takie jak nadmierne jąkanie, gubienie wątku czy pocenie się - mówi Weronika. - Ludzie, którzy nigdy nie doświadczyli tego typu lęków, nie zrozumieją, jakie cierpienie odczuwa osoba z fobią społeczną. Bez pomocy specjalisty, stosowania kuracji farmakologicznej, nie byłabym w stanie ani studiować, ani pracować. Ze strachu przed ludźmi schowałabym się w domu. Prawdopodobnie nie osiągnęłabym nic w życiu, bo bałabym się podejmować jakiekolwiek wyzwania.

Nie tylko tabletki

Jak podkreślają psychoterapeuci podstawowym i najważniejszym celem psychoterapii jest leczenie, a rolą psychoterapeuty postawienie diagnozy i praca z pacjentem nad odnalezieniem nieświadomych przyczyn choroby. Efektem ma być redukcja objawów, zbudowanie dojrzalszych mechanizmów obronnych i poprawa jakości funkcjonowania w ramach relacji społecznych.

- Niekiedy leczenie farmakologiczne jest niezbędnym elementem, bez którego psychoterapia nie byłaby możliwa. Zawsze w razie wątpliwości zalecamy pacjentom konsultacje psychiatryczne. Nieraz jednak leczenie farmakologiczne jest przez pacjentów nadużywane. Wydaje się szybszą i łatwiejszą droga do poprawy samopoczucia - mówi Agnieszka Pienkowska, psycholog i psychoterapeuta z Pomorskiego Ośrodka Psychoterapii Psychodynamiczny.pl. - Natomiast przejście, czasem wieloletniego, procesu psychoterapeutycznego daje możliwość odstawienia leków bez skutków podobnych, do tych opisywanych przez Weronikę, zwiększając szansę na długoletnią poprawę funkcjonowania. Jednak trudno w tej kwestii o generalizację. Do każdego pacjenta podchodzimy indywidualnie. Mamy świadomość, że psychoterapia nie jest dla wszystkich i też ma swoje ograniczenia.

- Wielu moim pacjentom radzę, aby jednocześnie konsultowali się zarówno z psychoterapeutą, jak i z psychiatrą – komentuje dr Piotr Radziwiłłowicz. - Pacjent często waha się, do którego specjalisty udać się. W najlepszej sytuacji jest wtedy, gdy trafi do psychoterapeuty, który w zarysie zna elementy psychiatrii lub psychiatry, który dysponuje również wiedzą z zakresu psychoterapii. W ten sposób możemy uniknąć pomyłek diagnostycznych.

Weronika stara się regularnie spotykać z psychologiem, jednak nie jest przekonana, czy rzeczywiście te wizyty mają jakikolwiek sens. Co więcej, uważa je za nieco irytujące.

- Sprowadzają się do paplania o niczym i wypełniania tabelek pozytywnymi i negatywnymi emocjami lub myślami - komentuje Weronika.

- Na proces psychoterapii składa się mnóstwo czynników. W nurcie psychodynamicznym, w którym pracuję, niezadowolenie pacjenta, emocje - również te negatywne, które pojawiają się w stosunku do psychoterapeuty lub psychoterapii, są ważnym materiałem do pracy - komentuje Agnieszka Pienkowska. - Zachęcam, a wręcz nakłaniam pacjentów do dzielenia się wszystkimi odczuciami. Wtedy można próbować rozeznać, co pochodzi z wewnętrznego świata pacjenta, a co może wynikać z niewiedzy czy niekompetencji psychoterapeuty. Zachęcam więc wszystkich do dzielenia się z psychoterapeutami wszystkimi wątpliwościami dotyczącymi skuteczności leczenia.

Marcinowi i Magdalenie lekarze proponowali udział w psychoterapii, jednak żadne z nich nie zdecydowało się w niej uczestniczyć.

- Nie jestem krytycznym przypadkiem, nie chcę zajmować kolejki mając świadomość, że dla innych taka kuracja może być niezbędna. Myślę, że wystarczą mi leki i zmiana nawyków - stwierdza Marcin.

- Obecnie dolegliwości psychiczne już mi niemal nie doskwierają, a fizyczne jedynie niekiedy dają o sobie znać. Czuję ogromną poprawę, dlatego też nie zdecydowałam się na psychoterapię - komentuje Magdalena.

Czy bohaterowie artykułu postępują słusznie, rezygnując z psychoterapii?

- Zdecydowanie zachęcałabym Marcina i Magdalenę do uczestnictwa w psychoterapii i przyjrzenia się emocjonalnym przyczynom ich problemów. Czasem zaleczone farmakologicznie trudności wracają po pewnym czasie w postaci zupełnie innych objawów. Jednak niezbędnym elementem kwalifikującym do procesu psychoterapii jest przede wszystkim własna motywacja i chęć współpracy z psychoterapeutą – dodaje Agnieszka Pienkowska.

Nie traktujmy leków psychotropowych jako panaceum

Leki psychotropowe – zwane potocznie „psychotropami” - stosowane są w leczeniu różnych zaburzeń psychicznych. Ale społeczeństwo się ich po prostu… boi. Z ich stosowaniem związanych jest kilka mitów świadczących o ich szkodliwości m.in., że wszystkie uzależniają, że muszą być zażywane do końca życia, że uniemożliwiają prowadzenie pojazdów czy zmieniają osobowość. To - jak podkreśla Piotr Radziwiłłowicz - nieprawda. Ponadto, leki psychotropowe mylone są z lekami narkotycznymi.

- W społeczeństwie funkcjonuje duży lęk przed lekami psychotropowymi, który zniechęca do podejmowania takiej kuracji. Zwłaszcza, jeśli ktoś czyta fora internetowe na ten temat. Tam nie brakuje niepochlebnych opinii o lekach psychotropowych. Prawda jest jednak taka, że wiele z nich nie uzależnia - mówi dr Piotr Radziwiłłowicz. - Ulotki przylekowe zawierają wiele możliwych powikłań, które spotykane są jednak bardzo rzadko. To przeraża pacjentów.

- Jednak na niektóre z leków psychotropowych rzeczywiście powinniśmy szczególnie uważać - ostrzega Piotr Radziwiłłowicz.

Należą do nich m.in. leki uspokajające, takie jak, np. diazepam czy clonazepam, które istotnie uzależniają.

Z dystansem powinniśmy podchodzić również do leków przeciwdepresyjnych, bo niektórzy lekarze nagminnie traktują je jako „pocieszacze”. To jednak leki psychotropowe, które nie są obojętne dla organizmu; mogą wchodzić w interakcje z innymi lekami.

- W ostatnich 15-20 latach pojęcie depresji zdeprecjonowało się i przedostało do języka potocznego. Określenie „depresja” stosowane jest w odniesieniu do wszystkich stanów smutku nawet tego całkowicie zrozumiałego - komentuje dr Piotr Radziwiłłowicz. - Psychiatra pod pojęciem depresji czy też zespołu depresyjnego rozumie kilka lub kilkanaście objawów osiowych, które muszą być spełnione, aby zidentyfikować epizod depresyjny trwający minimum 14 dni. Gdy przychodzi do mojego gabinetu pacjent, który jest już od dwóch dni przygnębiony, bo go odwiedził komornik, to - mimo tego, że ma smutną minę i płacze - nie stwierdzam żadnej depresji. Ale wielu pacjentów domaga się w takiej sytuacji leków przeciwdepresyjnych z przekonaniem, że to są to leki pocieszające, które dadzą ukojenie i poprawią humor. Stąd obserwuję w ostatnich latach prawdziwą nadrozpoznawalność depresji.

- Warto jednak zaznaczyć, że niekiedy ewidentne stany depresyjne diagnozowane są jako kryzysy adolescencyjne lub „nerwice”, ewentualnie rozpoznawane jako - obecnie niezwykle modne - „osobowości borderline” - dodaje Piotr Radziwiłłowicz.

Zdrowie Polaków w statystykach

Przyjrzyjmy się jeszcze danym statystycznym zebranym przez Zakład Zdrowia Publicznego Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

ZABURZENIA PSYCHICZNE

Grupą zaburzeń, z którymi najczęściej Polacy zgłaszają się do poradni, są tzw. nerwice. W 2012 r. zidentyfikowano 373 887 zaburzeń nerwicowych, a w kolejnych latach: 413 256 (2013 r.) i 414 470 (2014 r.). Schorzeniami, które - po nerwicach - najczęściej trapią polskie społeczeństwo są zaburzenia afektywne, czyli nieprawidłowości nastroju; zalicza się do nich m.in. depresję. W 2012 r. zdiagnozowano 314 119 przypadków zaburzeń afektywnych, a w kolejnych latach: 323 523 (2013 r.) i 325 029 (2014 r.). Stosunkowo rzadko, choć sporo się o nich mówi, cierpimy na zaburzenia odżywiania (2012 r. - 7 689, 2013 r. - 8 089, 2014 r. - 7 953).

UZALEŻNIENIA

W latach 2012-2014 zmieniała się liczba osób, które zgłaszały się do lekarzy z uzależnieniami od alkoholu. W 2012 r. było to 177 869 pacjentów, w 2013 r. - 179 820, w 2014 r. - 173 332. Zawsze w tych grupach więcej jest mężczyzn niż kobiet - w 2012 r. było ich odpowiednio – 137 371 i 40 498, a w kolejnych latach: 2013 r. - 136 950 i 42 870, 2014 r. - 130 913 i 42 419. Podobny trend można zauważyć w podziale na poszczególne ośrodki - więcej jest mieszkańców miast niż wsi – odpowiednio: w 2012 r. - 132 408 i 45 461, 2013 r. - 133 852 i 45 968, 2014 r. - 126 889 i 46 443.

Stały wzrost liczby pacjentów odnotowuje się wśród osób, zmagają się z uzależnieniami od substancji psychoaktywnych. W 2102 r. było ich 29 649, w 2013 r. - 33 181, w 2014 r. - 38 998. Podobnie jak w przypadku uzależnień od alkoholu więcej zgłaszało się mężczyzn niż kobiet, odpowiednio: w 2012 r. - 19 575 i 10 074, 2013 r. - 23 030 i 10 151, 2014 r. - 26 375 i 12 623 oraz więcej mieszkańców miast niż wsi, odpowiednio: w 2012 r. - 23 619 i 6 030, 2013 r. - 25 673 i 7 508, 2014 r. - 32 201 i 6 797.