Żeby przyjechać do Poznania, musiała sprzedać tapczan. Choć miasta nie pokochała od razu, to poznaniacy do dziś mówią o niej „nasza pani Krysia kochana”. Feldman - „Pyra” pełną gębą. Aktorka, o której krytycy mówią „królowa drugiego planu”, zmarła 24 stycznia 2007 roku w swoim poznańskim mieszkaniu.

Sezon teatralny 1975/1976 trwał w najlepsze, gdy Roman Kordziński, dyrektor artystyczny Teatru Polskiego chciał ściągnąć do Poznania... Krystynę Feldman. Aktorkę charakterystyczną, temperamentną i nietuzinkową. Już jej pierwsza filmowa rola - dewotki w „Celulozie” Jerzego Kawalerowicza (1953 rok) na długo ukształtowała jej kinowe emploi. Stała się jedną z najbardziej wyrazistych aktorek drugiego i trzeciego planu.

Na ekranie tworzyła różne postaci, w których groteska mieszała się z powagą, ekscentryczność ze spokojem, fizyczna słabość z siłą i charyzmą. Choć w teatrze nie była amantką, to każda z jej ról pozostawała w pamięci widowni na długi czas. A może właśnie dlatego?...

- Dotąd Poznań znałam tylko ze słyszenia, a to, że nie ma tu w ogóle zieleni, że są same kamienne, zimne ulice, że poznaniacy są kompletnie wyzuci z poczucia humoru i że jest to bardzo nieprzyjemne miasto, a już mało przyjazne dla artystów, pomimo iż jest tam uniwersytet. (...) I gdy już przyjechałam do Poznania, to prosto z dworca gdzie poszłam? Na ulicę Głogowską - tak swój przyjazd do stolicy Wielkopolski wspomina w książce „Krystyna Feldman albo festiwal tysiąca i jeden epizodów” sama aktorka.

Zasłonięty jeszcze wtedy kamienicami Teatr Polski nie wyglądał dobrze. - Dlaczego ten teatr tak się chowa? - zastanawiała się, gdy zobaczyła go po raz pierwszy.

Do Poznania przyjechała uboższa o tapczan - „dorobek” jej aktorskiego życia. Mebel ten - „garb”, z którym jeździła po całej Polsce - od teatru do teatru - odsprzedała koleżance, a sobie Krystyna Feldman zostawiła tylko rower. - Bardzo długo mi służył, aż w końcu się rozleciał... - wspominała.

Poznańska tułaczka i męski debiut

Zanim Krystyna Feldman dostała swoje mieszkanie, musiała się „wpoznańczyć”. W rozbudowującym się właśnie mieście, aktorka najpierw mieszkała w hotelach: „Merkurym” i „Polonezie”, później teatr wynajmował jej pokoje przy rodzinach. Niestety, nie wszystkie z nich okazały się tak „porzundne” jak o poznaniakach się mówi. I tak przygotowująca się do debiutu na deskach Teatru Polskiego aktorka poznawała w wolnych chwilach uroki życia na Dębcu w wielodzietnej rodzinie, gdzie możliwość skorzystania z łazienki graniczyła z cudem, czy na osiedlu Wielkiego Października (obecnie osiedle Pod Lipami), gdzie wprowadził się brat gospodyni, lubiący alkohol, i jego przyjaciółka z dzieckiem. I znów poszło o łazienkę... Gdy pani Krysia chciała rano z niej skorzystać, w wannie nagusieńki spał brat gospodyni.