- Gotowanie bez mięsa jest stare jak świat - mówi Marta Dymek, autorka bloga "Jadłonomia" i książki o tym samym tytule, które poświęcone są kuchni wegańskiej - prostej, aromatycznej, smacznej i bez ideologii. Niedawno do księgarni trafiła druga książką tej popularnej blogerki. Tuż przed premierą "Nowej Jadłonomii" rozmawialiśmy z nią o tym, co jedzą weganie i czy czytanie przepisów, może sprawić, że ktoś zrezygnuje z jedzenia mięsa. Poniżej znajdziecie też przepisy.

"Mam na imię Marta, mam 26 lat i mieszkam na warszawskim Mokotowie. Pięć lat temu zaryzykowałam i rzuciłam pracę w agencji reklamowej, żeby poświęcić się w całości blogowi – wegańskie gotowanie i podróżowanie po świecie w poszukiwaniu nowych inspiracji to teraz moja praca na pełen etat - pisze autorka bloga Jadłonomia. - Nareszcie wiem, że była to najlepsza decyzja w moim życiu, a dzięki niej wydałam książkę "Jadłonomia.

Kuchnia roślinna – 100 przepisów nie tylko dla wegan", która doczekała się już siedmiu dodruków, oraz nakręciłam swój program kulinarny "Zielona Rewolucja Marty Dymek", który jest emitowany na antenie Kuchni+".

Przeglądając "Nową Jadłonomię" naszła mnie refleksja, że ta książka to dobra odpowiedź na pytanie o to, co weganie jedzą na co dzień. To chyba jedno z pytań, które często pani słyszy?

Tak, spotykam się z nim bardzo często, ale szczerze mówiąc im częściej je słyszę, tym bardziej mnie cieszy. Jeszcze kilka lat temu niektórzy zamiast po prostu zapytać, nastawiali się sceptycznie i odpowiadali sami sobie, że weganizm nie jest dla nich I nie ma sensu się tym interesować. Słuchanie tego pytania po raz tysięczny ma ogromny sens, bo to znaczy, że mogę takim ludziom udzielić całkiem, mam nadzieję, smacznej odpowiedzi (śmiech).

Tak, z jednej strony to może dobrze, ale z drugiej często są to pytania podszyte taką fałszywą troską o czyjeś zdrowie. “Skąd bierzesz białko?”, “czy masz wystarczająco dużo żelaza?” i tak dalej. To już mniej przyjemne pytania…

To prawda. Osoby, które nie jedzą mięsa, muszą liczyć się z tym, że ich stan zdrowia jest elementem powszechnej społecznej troski. Pytania o żelazo czy białko będą słyszeć z różnych, często nieoczekiwanych stron. Na przykład, od bardzo dalekiego współpracownika czy koleżanki z innego działu w pracy. Pamiętam, że gdy jeszcze pracowałam w dużej firmie, kiedy tylko pojawiałam się w kuchni, mnóstwo osób pytało mnie o to, co jem. Oglądali i ferowali wyroki: “no widzisz, ale białka mało”, albo: “tak, ale jak ty się tym najesz? Nie ma mięsa, nie będziesz miała energii”. Potem te same osoby jechały najczęściej po grupowe zamówienie do McDonaldsa (śmiech). Te sytuacje uświadamiają mi, jak wielki to jest absurd. Nie należy się na niego złościć, tylko cierpliwie na takie pytania odpowiadać, pamiętając, że czasem osoby, które je zadają, same często nie odżywiają się najlepiej.

"Nowa Jadłonomia" to zbiór przepisów niemal z całego świata. Jak powstała ta książka?

Po publikacji pierwszej książki wszyscy pytali mnie o to, kiedy będzie kolejna: wydawca, sekretarz wydawcy, moja mama, babcia, wszyscy. Każdy miał przekonanie, że skoro pierwszej książce towarzyszył sukces, to trzeba od razu wydać drugą. Ja nie do końca to czułam. Chciałam mieć coś do powiedzenia, a nie tylko wydawać książkę pod tytułem “wegańskie przepisy”. Pomyślałam, że dam sobie czas. Wróciłam do swojej drugiej pasji, do podróży. Miały one wymiar motywacyjny. Gdy już prowadzi się bloga, wyda książkę, czasem gotuje w telewizji, bardzo łatwo osiąść na laurach, poprzestać na tym, co już się umie, powtarzając cały czas te same “triki”. Podróżując do innych krajów, odkrywałam zupełnie nowe połączenia smaków, warzywa, które smakowały zupełnie inaczej niż wszystko, co do tej pory znałam. Wybierając miejsca, kierowałam się tym, by kuchnia danego regionu była interesująca oraz chociaż trochę wegetariańsko przyjazna. Potem szukałam tanich biletów, pakowałam plecak i jechałam.
Podczas którejś z podróży stwierdziłam, że moją wielką pasją jest przyglądanie się wegetariańskiemu i wegańskiemu jedzeniu na świecie.

No właśnie, trochę tego wegetariańskiego i wegańskiego jedzenia wbrew pozorom na świecie jest...

Każda kuchnia ma w sobie poupychane wegetariańskie potrawy. To pokazuje, że gotowanie bez mięsa jest czymś starym jak świat. Spójrzmy na kuchnię polską, o której mówi się, z czym się nie zgadzam, że jest kuchnią bardzo “mięsną”. Na pierwszy rzut oka widzimy, że można wymienić tu takie potrawy jak barszcz z uszkami, który jest wegański, kapustę z grzybami, kompot, kisiel, mnóstwo potraw, o których nie myślimy nawet, że są wegańskie.

Jedna grupa to potrawy po prostu bezmięsne, druga to te, w których można mięso po prostu na coś wymienić. Dla wielu ludzi takie potrawy to skojarzenia z prostymi zamiennikami, np. kotletami sojowymi. tofu, tempehem. Pani pisze w "Nowej Jadłonomi", że przed przepisami z tofu się broniła…

To prawda. Tofu ma kiepski PR. Moim zadaniem jest zachęcanie do jedzenia wegetariańskiego i wegańskiego. Jeśli ktoś ma z tofu złe skojarzenia, to za nim nie przepada. Nie chcę z tym walczyć za wszelką cenę. Można jeść bezmięsnie stosując mnóstwo różnych składników. Nie chcę wyciągać na wierzch stereotypów takich, jak kotlety sojowe czy tofu. Staram się opierać przepisy na tym, do czego wszyscy mają dostęp - na sezonowych warzywach, wprost z bazaru.

Oprócz “złego PR-u” zamienników mięsa, w społeczeństwie pokutuje też obraz weganizmu jako ideologii. Pani używa określenia “kuchnia roślinna””. To dlatego, że podchodzimy z dystansem do słowa “weganizm”?

Tak mi się wydaje. Wszystkie “izmy” (weganizm, feminizm) mogą działać dwojako. Jeśli ktoś do jakiejś idei jest przekonany, jest wyznawcą czy “bojownikiem”, to idea do niego trafia. Tyle, że przekonywanie wegetarian do wegetarianizmu to żadna sztuka. Dlatego zawsze starałam się przekonywać do weganizmu osoby, które jedzą mięso. Nie w sposób nachalny, który tłumaczyłby im, co mogą, a czego nie mogą jeść. Pokazuję im, że jeśli kiedykolwiek będą chciały przygotować bezmięsny obiad, mają taką możliwość. Ja podpowiem im, jak zrobić to łatwo, tanio i prosto, ale na tym moje zadanie się kończy.

Umówmy się, że weganizm nie jest rozwiązaniem wszystkich problemów świata, a żaden weganin nie jest świętym. Ta dieta nie daje nikomu prawa do tego, by ingerować w to, co inni mają na talerzu.

Zmieniając nieco temat: jak wygląda przeciętny dzień z życia blogerki kulinarnej?

Zaskakująco przeciętnie (śmiech). Wiele osób wyobraża sobie, że mieszkam w ogromnym domu, mam ogromną kuchnię i wielką spiżarnię. Tymczasem, mieszkamy z chłopakiem w zwyczajnym dwupokojowym mieszkaniu. Oprócz tego, że prowadzę bloga, który jest dla mnie działalnością non-profit (nie ma na nim reklam), to również współpracuję z magazynami, prowadzę swoje rubryki kulinarne czy program w Kuchni +. Czasami jestem na planie, czasem robię zdjęcia potraw, spisuję przepisy, odpisuję na komentarze. Gotuję i wymyślam przepisy przeważnie wieczorem, gdy mogę na spokojnie zamknąć się w kuchni, eksperymentować.

Czytaj więcej na: naszemiasto.pl