Amerykanie uznali, że jest liderką. Zaprosili ją więc do siebie na niemal rok. Tam zdobywała doświadczenia. Laura Augustyn właśnie wróciła do Białegostoku. I nadal chce działać.

Choć zaczęły się wakacje, Laura Augustyn myśli tylko o nauce. Bo od września będzie uczennicą I Liceum Ogólnokształcącego. Chce od razu wskoczyć do drugiej klasy. Dlatego za punkt honoru postawiła sobie, że w czasie gdy inni będą mieli dwumiesięczną labę, ona będzie zgłębiała tę wiedzę, którą jej rówieśnicy zdobywali przez cały ubiegły rok szkolny. Jest pełna dobrych myśli: - Mam dużą wiedzę jeszcze z gimnazjum. Powtórzę sobie wszystko i pewnie wystarczy. Największe problemy będą z matematyką i informatyką. Ale wezmę korki i wszystko będzie dobrze - ma nadzieję, że pozdaje wszystkie niezbędne egzaminy.

Laura ma zaległości, bo dopiero co wróciła ze Stanów Zjednoczonych. Była tam przez 10 miesięcy.

Jedna z kilku tysięcy

Stało się to całkowicie przez przypadek. Bo Laura nie planowała nawet, żeby pojechać na jakąś wymianę. Do jej mamy zadzwoniła koleżanka. - Słyszałaś o programie Flex Future Leaders Exchange? Dzieciaki mogą jechać za darmo do Stanów Zjednoczonych. Ale tylko z trzeciej gimnazjum albo pierwszej liceum. Twoja córka chyba jest w tym wieku - powiedziała. A mama od razu zapytała Laurę: - Spróbujemy?

Laura miała wątpliwości: - Eee, to pewnie jakaś kolejna loteria mejlowa: wygrałeś I-phona.

Ale zgłosiła się. - I nagle okazało się, że robi się coraz poważniej i poważniej.

Bo do pierwszego etapu mógł przystąpić każdy. Mejlowo odpowiadało się na pytania. Po angielsku trzeba było na przykład opisać sytuację, w jakieś wykazałeś się jako lider. Do drugiego etapu dostało się 1300 osób z całej Polski. Każda z nich dostała do uzupełnienia aplikację: wszystkie sprawy medyczne, ale też zainteresowania, zdjęcia, opis rodziny, znajomych. - Czyli moje życie w wielkim skrócie - uśmiecha się Laura. Później był wywiad w języku angielskim, test językowy, kolejne eseje, ale już nie pisane w domu, tylko na sali, wśród innych kandydatów, przed komisją.

A potem trzeba było udowodnić, że jest się liderem. - Podzielono nas na sześcioosobowe grupy. Dostaliśmy zadanie, by zareklamować rzecz, która po angielsku nazywa się: prong. Nikt z nas oczywiście nie wiedział, co to znaczy.

Zrobili burzę mózgów. Wymyślili, że to może być jakiś rower na sprężynie. A jak ją się ściska, to wydaje charakterystyczny dźwięk. Właśnie: prong!

Okazało się, że prong to po angielsku ząb od widelca. No, ale nie o to chodziło, by dobrze przetłumaczyć słowo. Ważniejsze było, kto do zadania podchodzi kreatywnie, kto wykazuje skłonności do bycia liderem, kto ma dobre pomysły i potrafi przekonać do nich innych.

Na wyniki trzeba było czekać kilka dobrych miesięcy. Laury telefon zadzwonił w kwietniu 2016 r. Była wtedy w szkole. Zapytano ją, czy chce być jedną z 30 osób, które pojadą do Stanów. Z emocji rozpłakała się. A w klasie już wszyscy krzyczeli: Łał! Laura! Gratulacje! - Byłam bardzo podekscytowana - przyznaje nastolatka. Ale im bliżej było wyjazdu, tym bardziej te emocje się zmieniały. - Nigdy nie doświadczyłam uczucia, że jestem tak szczęśliwa, a jednocześnie tak przestraszona. I nie wiem, czy płaczę ze szczęścia, czy ze smutku, że wyjeżdżam. Ale byłam pewna jednego: chcę skorzystać z tej okazji.

Bo to prawdziwa okazja. Cały program Flex jest finansowany przez departament Stanów Zjednoczonych. Czyli przelot, ubezpieczenie, wszelkie inne opłaty związane z życiem w Ameryce są opłacane przez rząd amerykański. A rodzina goszcząca, u której Laura mieszkała w trakcie pobytu - zapewniała cała resztę: czyli dach nad głową, jedzenie, finansowała wspólne wyjścia. A oprócz tego Laura dostawała stypendium - 125 dolarów miesięcznie.

- Naszą cała trzydziestkę porozrzucano po różnych stanach. Bardzo dużo osób trafiło do stanu Waszyngton, duża część na północ Ameryki. A ja trafiłam w sam środek - do stanu Kolorado, do miasta Kolorado Springs. I byłam jedyną Polką w tym stanie z programu Flex.

Trafiła - jak mówi - do rodziny bardzo oderwanej od jej rzeczywistości.

- Pięcioro dzieci, a szóste było w drodze. A ja mam tylko jedną siostrę. Ale tam mogłam zobaczyć, jak wygląda takie typowe amerykańskie życie w dużej rodzinie - uśmiecha się. - Duży dom, duże jedzenie, duży samochód. Ojciec pracuje, a mama zajmuje się w domu dziećmi. Co więcej - nawet uczy je w domu, bo w Stanach bardzo popularny jest właśnie taki model, żeby dzieci do 12. roku życia uczyły się w domu. Laura dostała swój pokój, dużą szafę i własną łazienkę. - Było bardzo wygodnie - zapewnia Laura.

Mówi, że pomagała w domowych obowiązkach - zwłaszcza przy dzieciach. - Były bardzo kochane.

Gorzej na początku było z aklimatyzacją: - Bo stan Kolorado leży mniej więcej na wysokości naszych Rys. - Tak jakbym cały czas mieszkała na górze. I bardzo odczułam różnicę wysokości. Brakowało mi tlenu, byłam bardzo śpiąca.

Przyjechała 10 sierpnia. W szkole była już 11 sierpnia. - I okazało się, że mój angielski nie jest wyśmienity. Na początku miałam problem z dogadaniem się, musiałam dużo gestykulować, pokazywać. Ale na szczęście z biegiem czasu to się poprawiało.

Ameryka? Taka wielka!

Ameryka? Pierwsze wrażenie? Laura opowiada, że wszystko tam jest trzy razy większe: i samochody, i jedzenie, i drogi, i całe sklepy, i wybór w sklepach. Ogromne są również odległości, które trzeba pokonywać na co dzień. Spotkanie ze znajomymi ze szkoły? To całe logistyczne przedsięwzięcie! Bo trzeba w jednym czasie zgrać nie tylko znajomych, ale i ich rodziców - bo młodzież przecież trzeba podwieźć samochodem. - Na piechotę nigdzie nie dojdziesz. Więc znowu poczułam się jak taka 10-latka, która mówi: mamo, proszę, zawieź mnie. A w Polsce jestem przyzwyczajona, że wsiadam w autobus i jadę.

Przez pierwsze dwa miesiące chodziła do szkoły, do której zapisali ją amerykańscy rodzice. - Ale ona w żaden sposób nie przypominała takiej typowej amerykańskiej High School. Wszyscy chodzili tam w mundurkach, chłopcy i dziewczyny mieli oddzielne klasy. Nie mogłam wybierać przedmiotów. A ja nie tego tam chciałam. Chciałam zobaczyć, jak naprawdę jest w Ameryce - mówi Laura.

Rodzice tłumaczyli, że zapisali ją tam dlatego, że do niej właśnie chodzą ich starsze dzieci, że to dobra szkoła, niedaleko domu, z dobrą edukacją. - A ja przecież nie przyjechałam po edukację, tylko po doświadczenia. Nie oszukujmy się - w Polsce edukację można dostać o wiele lepszą - przekonuje Laura.

Z problemami - ale udało się zmienić szkołę. Duża szkoła, duże szafki - wszystko jak amerykańskich filmach. Uczniowie powitali ją z uśmiechem. Nie było chyba osoby, która by nie podeszła, nie zapytała, jak się czuje, skąd przyjechała, czy podoba jej się w Stanach. Fajni, otwarci ludzie... Ale okazało się, że to tylko pozory. Bo tak było tylko przez kilka pierwszych dni. Potem zainteresowanie Laurą skończyło się tak szybko, jak się zaczęło. Sama musiała zabiegać o znajomości, o rozmowę.

Ale poradziła sobie. W końcu przecież pojechała do Stanów dlatego, że jest urodzoną liderką. Znalazła znajomych. I zaczęła działać. Zapisała się do drużyny pływackiej, zaczęła grać w tenis ziemny. Mogła wybierać przedmioty. Zdecydowała się na klasę artystyczną i zajęcia z drukarką 3D. Podkreśla, że takich możliwości w Polsce by nie miała.

Laura też trochę podróżowała. Była w Kalifornii: na plaży, w Los Angeles, w Universal Studio. Odwiedziła wujka w New Jersey, zobaczyła Nowy Jork. - Gigantyczne budynki. Podnosiłam głowę i nie widziałam końca - uśmiecha się Laura. Pojechała do Chicago. Widziała prerię w Illinois.

- No i mogłam zobaczyć, jak wygląda życie typowego amerykańskiego nastolatka - uśmiecha się.

Jednak najważniejsze było, by Laura wykazała się jako lider. Bo przecież w programie uczestniczą tylko te osoby, które chcą działać, zmieniać świat, są otwarte, nie boją się. - I wiedziałam, że jadę tam po to, żeby się czegoś nauczyć, a nie tylko imprezować w amerykańskim liceum - śmieje się Laura.

Dlatego już po przyjeździe musiała wybrać: działa w podstawowym lub rozszerzonym programie, który przygotowała dla niej organizacja.

Podstawowy program wymagał, by uczestnik wyjazdu zaangażował się w pracę jakiegoś szkolnego klubu, w zajęcia pozalekcyjne, w wolontariat.

Laura oczywiście wybrała program rozszerzony. - Sto godzin wolontariatu. Do tego projekt pomocowy, gdzie musiałam znaleźć osobę potrzebującą, a do jej pomocy zaangażować grupę ludzi. A potem to opisać.

Co miesiąc pisała raport- co zrobiła, w co się zaangażowała, komu pomogła, jak pomogła. A do tego bez liku mniejszych zadań - pisanie esejów, kręcenie filmików...

- Zrobiłam też w szkole prezentację na temat Polski. Pojechałam tam przecież jako nasza ambasadorka.

Laura przyznaje, że przez ten rok bardzo dorosła. I wiele się nauczyła. To taka wiedza życiowa, umiejętności, które mogą przydać się i w przyszłej pracy, i na co dzień. - Uczyłam się robić projekty, jak rozmawiać z ludźmi, współpracować. I jak się nie bać - bo jednak byłam sama na drugim końcu świata - opowiada Laura. - Na pewno dziś mój angielski jest o wiele lepszy. A ja sama jestem bardziej otwarta na ludzi i mam szersze horyzonty. Teraz podróż po Europie nie byłaby dla mnie czymś wielkim. Jestem też bardziej pewna siebie. Ale też potrafię zrozumieć, jak czują się ludzie, którzy są nowi w jakimś miejscu, w jakimś środowisku. Na pewno nie nauczyłabym się tego z książki.

A praca w Ameryce przyniosła nie tylko satysfakcję i nowe umiejętności, ale też nagrody. - Mój projekt znalazł się w dziesiątce najlepszych - uśmiecha się Laura. - To niesamowite wyróżnienie i motywacja do dalszej pracy.

A ten wyjazd Laura traktuje jako początek czegoś nowego. - Bo teraz my, którzy wróciliśmy, jesteśmy tu w Polsce amerykańskimi ambasadorami. Mamy szerzyć amerykańską kulturę, ale też po prostu działać. Zaangażować się w wolontariat, robić projekty, sprawiać, by świat był lepszy. Taka jest idea - tłumaczy dziewczyna.

To nie muszą być projekty związane z Ameryką. Mają pomagać, angażować się w życie. - Żeby świat był lepszy! Wiem, że to taka ogólna idea. Ale już widzę, że ludzie działają. Ja na pewno, póki mam czas, póki jestem w szkole, też chcę się w to angażować - zapewnia.

A teraz Laura jedzie na kolejne spotkanie przedwyjazdowe. Bo kolejne osoby z Polski zaraz znów jadą do Ameryki w ramach tego samego programu. A Laura ma ich przygotować na ten wyjazd, opowiedzieć o swoich doświadczeniach, podzielić się spostrzeżeniami.

Flex Future Leaders Exchange

Program działa już od 25 lat. W jego ramach do Stanów Zjednoczonych zapraszani są młodzi ludzie z Europy Wschodniej. Od roku działa również w Polsce. Laura uczestniczyła w pierwszej jego edycji. Chodzi o to, by budować relacje między krajami, ale jednocześnie wychowywać liderów.

Kolejne osoby lecą do Stanów już w sierpniu.

Kolejna edycja też jest już planowana. Do programu można zgłaszać się we wrześniu.