Producent powiedział mi: - Zróbmy taki film, żeby ludzie po obejrzeniu go i powrocie do domu chcieli się pokochać - opowiada Maria Sadowska.

Polskie kino nie rozpieszcza kobiet. Pani to jednak nadrabia. Najpierw w „Dniu kobiet”, a teraz w „Sztuce kochania”. To pomysł na kino autorskie?
Nie zarzekam się, że nie nakręcę kiedyś męskiej historii. Ale kobiety były przez lata spychane z ekranu. Nie kręcono filmów o kobietach, które zmieniały nasz świat. Dlatego mnie interesują jako bohaterki. Poza tym są w Polsce wspaniałe aktorki, które narzekają, że nie ma dla nich ról. I muszą grać głównie żony i kochanki, czyli dodatek do mężczyzn. A wnętrze kobiety, pełne sprzeczności i zagadek, jest niezwykle ciekawe, także filmowo.

Dlaczego Michalina Wisłocka?
Uważam, że film może być jak kropla, która drąży skałę. I można nim zmieniać świat. Przesłanie, które Michalina niosła 40 lat temu, nadal jest aktualne i ważne. Kiedy przeczytałam biografię Michaliny pióra Violetty Ozminkowski, a potem scenariusz, byłam zachwycona. Ta historia ma tyle niesamowitych zwrotów akcji i zaskakujących momentów. Michalina to postać tragiczna, pęknięta, dla filmowca wprost wymarzona. Pięknie mówiła o równowadze między naszymi uczuciami i emocjonalnością a pożądaniem i ciałem, ale z wyboru pozostała samotna. Z jednej strony odniosła wielki sukces zawodowy, z drugiej poniosła życiową klęskę. Zapłaciła wysoką cenę za bycie społecznikiem i poświęcanie się innym ludziom. Miała odwagę zmieniać świat. A ja podziwiam osoby, które są inne, łamią schematy i prą do przodu. W „Dniu kobiet” miałam podobną bohaterkę. Tylko że była to dziewczyna z gatunku „everyman”, podobna do każdego z nas. A Michalina to postać niezwykle ekscentryczna.

Magdalena Boczarska: Nie stawialiśmy Wisłockiej pomnika

Uprawia Pani artystyczny płodozmian. Raz film, raz płyta. I to się sprawdza.
Wcześniej nie wierzyłam, że uda mi się te dwie, wielkie miłości, ale zazdrosne o siebie, pogodzić. Wszyscy mi mówili, że powinnam wybrać, że nie dam rady. Że jedno będę robiła kosztem drugiego. A ja nie byłam w stanie się zdecydować. Mam jednak wrażenie, że ten płodozmian zaczyna się w moim życiu sprawdzać. Teraz oddaję widzom film. To moment, w którym filmowcy, jako rodzice nieznośnego dziecka, wypuszczają je w świat, uznając jego dorosłość i autonomiczność. Wieczór premiery był dla mnie podwójnie szczególny. Bo równo pięć lat temu o godzinie 22.30 urodziła się moja córeczka. O tej godzinie widzowie po raz pierwszy kończyli oglądać nasz film.

Czy Magdalena Boczarska w roli Wisłockiej nie była ryzykowną decyzją?
Podjęliśmy wiele ryzykownych decyzji przy tym filmie. Nie tylko w przypadku Magdy, ale też Piotrka Adamczyka czy Eryka Lubosa. Obsadzaliśmy tych aktorów niejako „na kontrze”, wbrew ich dotychczasowemu emploi. W Magdę wierzyłam, od kiedy zobaczyłam ją na castingu. Wtedy zwróciłam uwagę, że ma w sobie taką siłę, jaką miała Michalina. Że to też dziewczyna z jajami, jak się potocznie mówi. Magda również byłaby zdolna do tego, żeby zmieniać świat, i to gołymi rękami. Kiedy dostrzegłam w niej tę pasję i energię, wiedziałam, że mamy Michalinę. Magda, jak prawdziwa aktorka, nie bała się być brzydka, stara i zmęczona na ekranie. Chociaż wtedy kiedy trzeba, jest piękna, bo film jest również o tym, że kiedy dobrze się czujemy we własnym ciele, kiedy czujemy się kochane, doceniane i jest nam dobrze w sypialni, to od razu się prostujemy, wypinamy pierś do przodu, mamy ten błysk w oku i jesteśmy piękniejsze. Michalina może odstawała od kanonów urody, ale miała niesamowite powodzenie u mężczyzn, przez tę pewność siebie. Jako starsza pani miała wielu kochanków. Musiało być w niej coś wyjątkowego.

Seks polubiła dopiero po trzydziestce.
Dlatego ta historia jest tak ciekawa. Pani od seksu, która na początku seksu nie lubiła, miała wiele zahamowań, a swój pierwszy orgazm przeżyła jako już bardzo dojrzała kobieta. Wtedy ją oświeciło, że tak nie może być. Że na pewno jest więcej kobiet, które żyją w nieświadomości. Że trzeba coś z tym zrobić.

Co było w filmie najtrudniejsze do pokazania?
Historia związku w trójkącie. Bo z nią najtrudniej się utożsamić. I najtrudniej zrozumieć, dlaczego bohaterowie tak sobie ułożyli życie. A potem uwiarygodnić to tak, żeby widz był z bohaterami i rozumiał ich wybory psychologiczne.

Wisłocka dzieliła się mężem ze swoją przyjaciółką Wandą.
Którą też kochała, ale nie w sposób erotyczny, tylko platoniczny, jak przyjaciółkę. Chciała ją mieć przy swoim boku. I zgodziła się na taką transakcję wiązaną. Wtedy jeszcze nie wierzyła w miłość cielesną. Uważała, że miłość jest tylko duchowa. Sferę seksualną zostawiła więc mężowi i przyjaciółce. To był, jak się przekonała, błąd. Michalina to bohaterka, która się wielokrotnie potyka. I jak pięknie mówi o niej córka Krystyna Bielewicz - pięknie umiała radzić innym, jak żyć, a sama żyć nie umiała.

Sceny erotyczne były trudne?
Chcieliśmy, żeby seks w naszym filmie był wciągający. Producent podczas pierwszej rozmowy powiedział mi: - Maria, zróbmy taki film, żeby ludzie po obejrzeniu go i powrocie do domu chcieli się pokochać. Ale przyznam, że panowie byli jednak trochę zachowawczy. I w pierwszej wersji scenariusza, którą zaproponowali Krzysztof Rak oraz producent, znalazła się tylko jedna scena seksu. Powiedziałam wtedy: no nie, w tym filmie musi być seksu więcej. I to nie takiego zawoalowanego, romantycznie pokazanego. Przecież kobieta ma takie same potrzeby jak mężczyzna. Jest tak samo rozbudzona. Nie jesteśmy już wstydliwe i nie oblewamy się pąsem, kiedy pada słowo seks.

Wideo: Agencja TVN/ x-news

Wygląda na to, że mężczyźni są bardziej zachowawczy.
To prawda. Ostatnio brałam udział w debacie z profesorem Bralczykiem na temat języka dotyczącego seksu w Polsce. I profesor, światły człowiek, którego bardzo szanuję, stwierdził, że o seksie nie powinno się rozmawiać. Że szczególnie w ustach kobiet ten temat brzmi nieprzystojnie. Dla mnie był to kubeł zimnej wody. Ogarnęła mnie wściekłość. Tłumaczyłam profesorowi, że my, kobiety, często na ten temat rozmawiamy. Bo seks jest w naszym życiu obecny i każdy z nas, bez względu na podziały wiekowe, klasowe, uprawia go. Czasami seks jest romantyczny, czasami śmieszny i zabawny. Bywa dziki i namiętny albo rozpaczliwy czy wręcz obleśny. Do tych scen przygotowywaliśmy się z operatorem Michałem Sobocińskim skrupulatnie. Pracowaliśmy nad tym, żeby było filmowe mięcho, nakręcone ze smakiem, ale nie pornografia.

Aktorzy się nie buntowali?
Wiedzieli, w jakim filmie biorą udział. Od początku im tłumaczyłam, że reżyser będzie mieć na tyle dobrą scenę, na ile mu aktor pozwoli. Nad tymi scenami pracowaliśmy długo, opracowywaliśmy choreografię, prowadziliśmy prześmieszne czasami rozmowy w stylu, jak to zrobić - tak czy siak, od przodu czy od tyłu. Nieraz zadawaliśmy sobie zadania domowe, żeby każdy z nas sprawdził, czy lepiej będzie w ten, czy w inny sposób (śmiech). Ale dzięki temu aktorzy czuli się pewnie na planie. Nie byli skrępowani, bo wiedzieli, co mają robić. To był pewien proces. Piotrek Adamczyk, na przykład, miał najpierw dublera. Nie był pewny, na ile się otworzy w scenach, kiedy ma być nagi. Ale już właściwie drugiego dnia powiedział, że dubler nie jest potrzebny. I potem zaskakiwał mnie swoją otwartością. Bardzo odważnie pokazał się w tym filmie. Podobnie jak Eryk Lubos, który przyjechał na plan i powiedział: Maria, gdzie ja, kochankiem? Przecież jestem brzydki. Ja się nigdy Magdzie nie spodobam.

Ale na ekranie jest seksowny.

I ja mu to cały czas tłumaczyłam - Eryczku, podobasz się dziewczynom. Naprawdę, uwierz mi. A dzisiaj zobaczyliśmy się z Erykiem po raz pierwszy od zdjęć i on mnie wyściskał, klęczał przede mną i całował po rękach za rolę - jak mówił - życia.

Michalinie Wisłockiej zawdzięczamy rewolucję seksualną. Ale czy, Pani zdaniem, przydałaby się nam dzisiaj jeszcze jedna taka rewolucja?

Dzisiaj nam się wydaje, że już wszystko wiemy. Ale to wiedza bardzo powierzchowna. To, co proponuje internet czy szołbiznes, jest raczej zakłamanym obrazem seksu. Michalina zwróciła kobietom orgazm, a my dzisiaj stałyśmy się ofiarami tego orgazmowego terroru. I słyszymy ciągle - musisz być piękna, młoda i mieć zawsze orgazm. Bo jak go nie masz, to coś z tobą nie tak. Michalinie jednak chodziło o inną prawdę, nadal aktualną. Namawiała do tego, żeby o seksie rozmawiać szczerze i poważnie, nie tylko w związku, ale na forum publicznym. Bo jak powtarzała - seks to poważna sprawa. Może być wzniosły jak modlitwa albo przyziemny jak wyrzucanie śmieci. I miała rację.