Szef Sądeckiej Kongregacji Kupieckiej uważa, że wszyscy powinni się złożyć na przyszłe mamy. Wiesław Pióro z firmy Wiśniowski twierdzi, że byłby to nowy podatek obciążający pracodawców

Pracodawcy mają opory przed zatrudnianiem młodych kobiet. Obawiają się, że gdy tylko podpiszą z nimi umowę o pracę, panie „uciekną” im na urlop macierzyński.

- Nikt by w ten sposób nie kalkulował, gdyby przedsiębiorca nie ponosił znacznych kosztów związanych z ciążą jego pracownicy - uważa Józef Pyzik, prezes Kongregacji Kupieckiej w Nowym Sączu. Dodaje, że mało kto wie, jaki to wydatek dla pracodawcy.

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Wydaje mi się, że jeśli kobieta w ciąży pójdzie na zwolnienie lekarskie, pracodawca jak w przypadku każdego L4 płaci za pierwsze 30 dni chorobowego. Resztę, w tym macierzyński wypłaca ZUS - mówi Magdalena Biskup, mama od trzech miesięcy na urlopie macierzyńskim.

Pani Magda nie rozumie pracodawców, którzy nie chcą zatrudniać kobiet na umowę o pracę i utrudniają skorzystanie z przysługujących świadczeń, gdy pracownice zajdą w ciążę i urodzą dziecko.

- Jestem nauczycielką, więc nie miałam z tym problemu, ale moja znajoma, która pracuje w niewielkiej firmie, została zatrudniona na umowę zlecenie. A kiedy zaszła w ciążę nie mogła liczyć na pracodawcę - opowiada pani Magdalena.

Nie opłaca się zatrudniać

Większość kobiet na urlopach macierzyńskich, uważa, że pracodawca nie ponosi wtedy żadnych kosztów.

- Obawiam się, że to błędne przekonanie mają także rządzący, dlatego zawnioskowałem do naszych posłów o zajęcie się sprawą - mówi Józef Pyzik, który prowadzi sklepy i zatrudnia w nich 140 osób. W tym 97 procent kobiet.

- Doskonale znam więc problem urlopów macierzyńskich i widzę, jakie może rodzić konsekwencje dla małych i średnich przedsiębiorców - dodaje szef sądeckich kupców. Wylicza, że pracodawca ponosi koszty nie tylko pierwszego miesiąca chorobowego, na który lekarze często posyłają ciężarne kobiety. Po rocznym urlopie macierzyńskim pracownica ma też prawo do 26 dni zaległego urlopu.

Pracodawca musi za ten czas zapłacić jej pełną pensję. A Józef Pyzik uważa, że naliczanie urlopu za nieprzepracowane dni jest niesprawiedliwe. Do tego wiele kobiet po macierzyńskich decyduje się na urlopy wychowawcze. Wówczas pracownica również musi wybrać urlop należny jej za dany rok. - To też koszt pracodawcy. Sumując wszystko wychodzi wartość ponad trzech pensji. A trzeba zapłacić jeszcze osobie, która naszą pracownicę podczas urlopu zastąpi. Być może te koszty nie są odczuwalne dla korporacji, ale dla niewielkich firm, zatrudniających do dziesięciu osób, to bywa ogromne obciążenie. Czasem to nawet być albo nie być dla takiej firmy - uważa Pyzik, który sam w jednym „rekordowym” roku miał 16 pracownic na urlopach macierzyńskich.

- Należy się cieszyć, że rodzą się dzieci. I na pewno moim celem nie jest pozbawianie kobiet świadczeń, jakie gwarantuje im kodeks pracy. Przeciwnie, twierdzą, że powinny być jak najdłużej po urodzeniu ze swoimi dziećmi - mówi Pyzik. Uważa jednak, że koszty z tym związane powinni ponosić solidarnie wszyscy Polacy. Inaczej powstają patologie, a pracodawcy zatrudniają młode kobiety na śmieciówkach, żeby uniknąć późniejszych kosztów i kłopotów. - A przedsiębiorcy, którzy uczciwie zatrudniają kobiety na umowy o pracę, uchodzą za frajerów - mówi Pyzik.

Fundusz macierzyński

Kongregacja Kupiecka wymyśliła rozwiązanie problemu. Jej prezes uważa, że sprawę mógłby rozwiązać specjalny fundusz, z którego pokrywane byłyby koszty, jakie pracodawcy ponoszą w związku z ciążą i urlopem macierzyńskim swoich pracownic. - Podobnie jak pracodawca musi odprowadzać składki na Fundusz Pracy za osoby niepełnosprawne, tak obowiązywałaby wszystkich składka na cele, nazwijmy to, prorodzinne - mówi Józef Pyzik.

Z propozycją zapoznał już sądeckich parlamentarzystów, między innymi posła Jana Dudę z PiS-u.

- Nie zdawałem sobie sprawy ze skali problemu, który rzeczywiście może mieć wpływ na relacje między pracownikiem a pracodawcą i przyczyniać się do zatrudnienia na tak zwane umowy śmieciowe - przyznaje poseł.

Jego zdaniem propozycja przedstawiona przez Józefa Pyzika to przyczynek do dyskusji na ten temat. - Fundusz, który sprawi, że wszyscy płacą solidarnie, nie jest złym pomysłem. Wymaga jednak analizy - mówi Duda, obiecując, że sprawę przedstawi na najbliższym spotkaniu Parlamentarnego Zespołu na Rzecz Wspierania Przedsiębiorczości i Patriotyzmu Ekonomicznego. Zaznacza jednak, że kwestia pierwszych dni chorobowego, które płaci pracodawca, jest poza dyskusją.

- To koszt, który ponosi każdy, bez względu, czy na chorobowe idzie mężczyzna czy kobieta - mówi poseł Duda.

Wiesław Pióro, dyrektor w sądeckiej firmie Wiśniowski, która zatrudnia w większości mężczyzn, nie popiera pomysłu tworzenia funduszu obciążającego wszystkich przedsiębiorców jak kolejny podatek.

- Stworzenie wspólnej kasy to zły pomysł. Prowadzi do uruchomienia nowej biurokratycznej machiny. Według mnie należałoby pomyśleć o systemie ulg lub refundacji z ZUS-u dla pracodawcy, jeżeli na zwolnienie lekarskie idzie jego pracownica, która jest w ciąży. W końcu po co płacimy tak wysokie stawki ubezpieczenia? - pyta Wiesław Pióro.
OPINIA EKSPERTA
Dr Dariusz Woźniak, ekonomista, wykładowca Wyższej Szkoły Biznesu w Nowym Sączu: To fakt, że przedsiębiorcy mają opory przed zatrudnieniem młodych kobiet ze względu na przewidywane, zgodne z zegarem biologicznym, macierzyństwo. Boją się przede wszystkim kosztów i zawirowań organizacyjnych (zastępstwo, przekazanie obowiązków, itd.). Niestety, nie sądzę, że proponowane przez Kongregację rozwiązanie przyniesie wymierne korzyści, tak dla przedsiębiorców, jak i dla kobiet. Kolejny fundusz to zwiększenie biurokracji i nowe obciążenia fiskalne dla przedsiębiorców. Dodatkowo, takie rozwiązanie będzie zupełnie nieskuteczne w odniesieniu do problemów organizacyjnych w przedsiębiorstwach.
Generalnie, nie uważam, że ten problem może być rozwiązany dodatkowymi, odgórnymi przepisami. Naturalną kwestią jest występowanie ryzyka związanego z zatrudnieniem (dla obydwu stron). Jedynie bezpośrednie zaufanie partnerów i dialog może to ryzyko zminimalizować.
Niemniej bardzo się cieszę, że ten temat poruszyli właśnie sądeccy przedsiębiorcy. To kolejny dowód ich zainteresowania sprawami gospodarczymi. Doceniam, że nie tylko identyfikują problemy, ale też od razu proponują rozwiązania. Nawet te dyskusyjne.