Pogotowie dostało listę szpitali gotowych do przyjęcia chorych. Nie musi z niej skorzystać (© fot. Krzysztof Szymczak)
Magda Szrejner
2010-02-08 06:39:02, aktualizacja: 2010-02-08 09:46:19
Dyrektorzy łódzkich szpitali podsumowali pierwszy miesiąc od zniesienia tzw. ostrych dyżurów, czyli od chwili, gdy w łódzkiej służbie zdrowia zapanował chaos. Wnioski? Zadowoleni są pracownicy pogotowia. Ale wściekli szefowie lecznic. Bałagan, jaki się wytworzył, jest tak potężny, że dyrektorzy zapowiadają protest u wojewody.
Od 1 stycznia wszystkie szpitale w Łodzi mają obowiązek przez 24 godziny na dobę być gotowe do przyjęcia pacjentów. To niby oczywiste, ale do tej pory szpitale, w których były takie same oddziały specjalistyczne, dzieliły się dyżurami. Konsultanci wojewódzcy ustalali, gdzie pogotowie ma zawieźć pacjenta w stanie zagrożenia życia. I tak na przykład w poniedziałek dyżurowała urazówka w szpitalu im. Kopernika, we wtorek "Jonscher", w środę szpital przy Drewnowskiej.
- Ale to była tylko nieformalna umowa między szpitalami - mówi Jacek Raczyński, dyrektor wydziału bezpieczeństwa i zarządzania kryzysowego przy wojewodzie. - Szpitale umawiały się między sobą, bo tak było taniej i wygodniej, ale przez to dochodziło do absurdów. Pogotowie wiozło na przykład człowieka z wypadku na Bałutach do Pabianic, bo akurat ten szpital dyżurował. Po drodze karetka mijała kilka specjalistycznych szpitali, ale nie mogła tam zostawić pacjenta, bo nie było obsady.
Zdaniem lekarzy i dyrekcji szpitali ostre dyżury miały sens. A nowy system dyżurowania niby działa na korzyść pacjentów, ale tylko w teorii. - Pogotowie ma teraz obowiązek zawieźć pacjenta do najbliższego szpitala, ale to nie oznacza, że akurat będzie w nim dyżurował potrzebny w danej chwili specjalista - opowiada Robert Starzec, szef szpitala MSWiA w Łodzi.
Przykłady? Choćby historia, która wydarzyła się podczas pierwszych kilku dni obowiązywania nowych zasad. Pacjentkę z urazem kręgosłupa karetka zawiozła do najbliższego szpitala. Problem w tym, że tam akurat nie było neurochirurga. Kobieta straciła półtorej godziny, bo szpital musiał znaleźć dla niej miejsce na neurochirurgii w innej placówce.
Jako najważniejszy minus nowego sposobu dyżurowania dyrektorzy wymieniają bałagan w planowaniu pracy. - Mamy tak dużo pacjentów z dyżurów, że musimy przesuwać terminy planowych zabiegów. A jak wytłumaczyć choremu, który kilka miesięcy czekał w kolejce na operację, że nie zrobimy jej, bo musimy operować tych, których przywiozło pogotowie - denerwuje się Robert Starzec.
Wtórują mu inni szefowie lecznic. - Mamy straszny tłok, zwłaszcza na internie i ortopedii - mówi Wiesław Chudzik, dyrektor szpitala im. WAM.
- Odetchnęła tylko naczyniówka, bo do tej pory miała dyżury niemal co drugi dzień - mówi Adriana Sikora, rzeczniczka szpitala im. Kopernika.
Drugim powodem zdenerwowania są pieniądze.
- Nasz dział finansowy już alarmuje, że to będzie nas słono kosztować. Całą dobę trzeba utrzymywać pełną obsadę lekarską i pielęgniarską, a przecież nocne dyżury są kosztowne - dodaje Adriana Sikora.
- Po pierwszym miesiącu trudno podać bezwzględne koszty, ale na pewno będą one znaczne - mówi dr Maciej Prochowski, dyrektor wydziału zdrowia w Urzędzie Miasta, któremu podlegają 3 dyżurujące szpitale. - Dlatego będziemy się odwoływać do wojewody.
Ale Jolanta Chełmińska zapytała już Ministerstwo Zdrowia, czy Łódź może wrócić do ostrych dyżurów. - Właśnie przyszła odpowiedź od minister Kopacz. Według niej, ostre dyżury nie istnieją - mówi Jacek Raczyński. - Pacjent zgodnie z ustawą o ratownictwie ma trafić do najbliższego szpitala.
Łódzcy lekarze postanowili jednak wprowadzić pewną planowość. Konsultanci wojewódzcy od 1 lutego ustalają plan szpitali, które danego dnia będą gotowe na przyjęcie chorych wymagających nagłej interwencji i wyśle je do pogotowia. Pogotowie może, ale nie musi się do niego stosować.